Pojawiła się nowa forma histerii, która pociągnie za sobą poważne skutki gospodarcze i społeczne. Jaka? O tym najnowszy felieton Stanisława Michalkiewicza.

Starsi ludzie pamiętają, że za pierwszej komuny nasz nieszczęśliwy kraj co roku nawiedzały dwie klęski i cztery kataklizmy. Jedna klęska to była klęska nieurodzaju, a druga – klęska urodzaju. Klęska nieurodzaju – co tu wyjaśniać; wiadomo – klęska. „Ulewa smagała srebrnym swym biczem wiosenne zasiewy. I ziemia we łzach zaledwie wydała. Słomę, a plewy” – pisała poetka-społecznica Maria Konopnicka. Ale klęska urodzaju? Od przybytku głowa nie boli – powiada przysłowie – czy jednak aby na pewno? Wszystko zależy od tego – kogo.

Już chyba o tym wspominałem, ale powtórzę, że za moich czasów w czytance dla drugiej klasy było zestawienie: ZSRR i USA. Już w pierwszym punkcie można było przeczytać, że „w ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa”, podczas gdy „w USA pracuje się bez planu”. To oczywiście fatalnie, ale nie da się ukryć, że ta sytuacja ma również plusy dodatnie. Skoro nie było planu, to nie można mówić ani o klęsce nieurodzaju, ani o klęsce urodzaju. Tymczasem w gospodarce planowej klęski muszą być, bo wszystko jedno – za mało, czy za dużo, to tak czy owak – niezgodnie z planem.

Toteż nic dziwnego, że za pierwszej komuny naszą biedną ojczyznę regularnie nawiedzały obydwie klęski – nieraz nawet jednocześnie. Ale na tym nie koniec, bo niezależnie od klęsk, nasz nieszczęśliwy kraj regularnie nękały cztery kataklizmy: wiosna, lato, jesień i zima. Chociaż w tamtych czasach partia nie prowadziła jeszcze nieubłaganej wojny z klimatem, bo przede wszystkim zwalczała stonkę i wroga klasowego, to jednak klimat co i rusz złowieszczo dawał o sobie znać. Chodzi o to, że klimat się zmienia, a nie wszystkie zmiany zachodzą zgodnie z planem. Wiosna wprawdzie nadchodzi, ale albo za wcześnie, albo za późno, z kolei lato może być albo za chłodne, albo za gorące, a poza tym ni stąd, ni zowąd okazywało się, że brakuje sznurka do snopowiązałek, więc partia na gwałt… – i tak dalej.

O jesieni szkoda w ogóle mówić, bo zawsze, albo prawie zawsze towarzyszyła jej klęska urodzaju, w związku z tym, by z pól spółdzielni produkcyjnych i PGR-ów zebrać plony, trzeba było mobilizować uczniów, studentów, a nawet wojsko. „Na spółdzielczych polach pracy dźwięczy rytm, pójdziemy po szkole, pomożemy im. Pójdziemy po szkole palić chwasty, perz. Naszą nową rolę wzbogacimy też” – głosiła popularna wtedy w środowisku uczniowskim piosenka. Wynikało z niej expressis verbis, że spółdzielcze pola musiały być nieźle zachwaszczone i zaperzone, a jedynym remedium było ich spalanie i w ten sposób wyjałowiona ziemia była tym popiołem jednak trochę nawożona. Były to bowiem czasy, kiedy dwutlenkiem węgla nikt jeszcze się nie przejmował, ponieważ dziura ozonowa pojawiła się dopiero w latach 70. tak samo nagle, jak potem zniknęła, żeby ustąpić miejsca globalnemu ociepleniu spowodowanym dwutlenkiem węgla. No i się zaczęło.

Okazało się bowiem, że dwutlenek węgla nie tylko ociepla „planetę”, ale w dodatku jest głównym składnikiem „smogu”, to znaczy – mieszaniny mgły, dymu i właśnie dwutlenku węgla. Toteż w związku z tym pojawiła się kolejna, nowa forma histerii, która też pociągnie za sobą poważne skutki gospodarcze i społeczne. Chodzi o to, by nie używać „kopciuchów”, to znaczy kominków i pieców, w których pali się drewnem albo węglem. Powstające bowiem wskutek spalania drewna lub węgla dymy i gazy bardzo źle wpływają na organizmy żywe, które powoli się nimi zatruwają, wskutek czego potem umierają. Organizmy żywe co prawda umierały i wcześniej, ale umierały byle jak, podczas gdy chodzi o to, by – skoro już jest taki rozkaz – umierać, ale nie byle jak, tylko zgodnie z zasadami sztuki lekarskiej. To znaczy jak? Ano – chodzi o to, by umierać nie wcześniej, jak dopiero będąc całkowicie wyleczonym.

Ta sprawa nabiera, że tak powiem, palącej aktualności, jako że nieubłaganie zbliża się kolejny kataklizm w postaci zimy. Wprawdzie zarządzone zostało globalne ocieplenie, ale mimo to w zimie nadal bywa zimno, zimniej niż w lecie, a nawet – niż w jesieni. W tej sytuacji nie ma rady – trzeba jakoś się ogrzewać – ale jak, skoro i rząd, i samorządy proklamowały nieubłaganą walkę z „kopciuchami”, czyli wspomnianymi kominkami i piecami? Węgiel wprawdzie jeszcze nie został zakazany, ale to tylko kwestia czasu, a niezależnie od tego specjalne służby sprawdzają, czym taki jeden z drugim obywatel pali.

Może nie byłoby to takie groźne, gdyby nie rosnąca rzesza ormowców, obecnie nazywanych „sygnalistami”, przed których argusowym okiem nic się nie ukryje i którzy zaraz o tym sygnalizują: „Szanowny Panie Gestapo…!” – i tak dalej. W rezultacie administracja rządowa i samorządowa soli surowe kary, które potem egzekwują niezawisłe sądy, bo jużci – nie ma takich ofiar, których nie można by ponieść dla zdrowotności.

W tej sytuacji nie ma innego wyjścia, jak ogrzewać się gazem, ale to nie jest takie proste, bo gazociąg Nord Stream 2 nie został jeszcze całkiem ukończony, więc Niemcy jeszcze nie sprzedają Polsce rosyjskiego gazu, zimny ruski czekista Putin przykręcił kurek, a mściwy  Aleksander Łukaszenka odgraża się, że całkiem go zakręci. Skoro tak, to nie ma innego wyjścia, jak ogrzewać się własnym gazem, bo – po pierwsze – jest to źródło odnawialne, po drugie – nie powoduje złowrogiego „smogu”, a po trzecie – nie pociąga za sobą dodatkowych kosztów. Wśród tych plusów dodatnich jest jednak jeden plus ujemny. Taki mianowicie, że z tego odnawialnego źródła uzyskiwać możemy nieznaczną ilość energii, a w dodatku, żeby w ogóle cokolwiek uzyskać, to najpierw musimy znacznie więcej energii dostarczyć. Tak samo było z tak zwanym „kotłem stachanowskim”, jaki w sowieckich łagrach wymyślił Naftali Aronowicz Frenkiel. Żeby otrzymać porcję z „kotła stachanowskiego”, trzeba było zużyć w pracy znacznie więcej energii, niż dostarczał posiłek i – jak pisze Aleksander Sołżenicyn – amatorzy „kotła stachanowskiego” umierali najszybciej.

Tymczasem media donoszą, że zbliża się ku nam mróz od wschodu, więc kataklizm w postaci zimy może w tych okolicznościach okazać się poważny. Czy jest jakieś wyjście z sytuacji? Sałtykow-Szczedrin radził, by w sytuacji bez wyjścia dać trzy ruble feldfeblowi i wyjście zaraz się znajdzie. Chodzi o to, by w momencie, gdy po staremu będziemy w „kopciuchach” palili węglem lub drewnem, a nakryje nas jakiś ormowiec-sygnalista, dać mu parę złotych. To i tak będzie mniej kosztowało, niż zapłacenie kary.  On co prawda będzie nachodził nas przez całą zimę, ale przecież lepiej dać mu trochę pieniędzy, niż zamarznąć, albo nabawić się jakiejś choroby. Bowiem „z wszystkiego można szmal wydostać” – poucza poeta w nieśmiertelnym poemacie Towarzysz Szmaciak. Z wszystkiego – a więc również z obydwu klęsk i czterech kataklizmów.

Stanisław Michalkiewicz