Większość z delegatów na szczyt doleci pewnie samolotami, zużywając więcej „fossil fuel” i zostawiając większy „carbon footprint”, niż ja zapewniam środowisku w kilkanaście lat. Będą jednak debatowali głównie o tym, żebym to ja „zmienił swoje przyzwyczajenia”, mieszkał z dziećmi w kawalerce, zezłomował samochód, płacił większe podatki i żeby moje podróże krajowe i zagraniczne były mniej wygodne i droższe niż dotychczas – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Fot. PAP/DPA.

Od 31 października do 12 listopada w szkockim Glasgow odbędzie się szczyt klimatyczny, organizowany wspólnie przez rządy Zjednoczonego Królestwa i Republiki Włoskiej, oczywiście pod egidą Narodów Zjednoczonych. Szczyt ten miał odbyć się już w zeszłym roku, jednak ze względu na pandemię COVID-19 został przełożony.

Co ciekawe, w połowie października 2020 r. w Szkocji oficjalnie występowało około 1400 przypadków zakażeń nowym koronawirusem dziennie, natomiast rok później – w połowie października 2021 r. – Szkoci notują już nawet ponad 2600 przypadków każdego dnia. Przykładowo, w odpowiadających sobie dniach 14 października, w 2020 r. w Szkocji oficjalnie w związku z COVID-19 zmarło 15 osób i 49 osób przebywało na intensywnej terapii, natomiast w 2021 r. zmarło już 29 osób, przy czym 50 pacjentów przebywało na intensywnej terapii.

Nie wiem zatem, jaka to pokrętna logika kieruje organizatorami szczytu, jakoby w zeszłym roku jego zorganizowanie było niestosowne, natomiast w tym roku można sobie pozwolić na sprowadzenie nawet 25 tys. ludzi z różnych stron świata do jednego miasta. Oczywiście pewne znaczenie ma to, że wówczas w Szkocji obowiązywały różne restrykcje, a ponadto teraz mamy dostępne szczepienia.

Nie ukrywajmy jednak, wyżej przytoczone liczby wskazują na to, że nawet w państwie wyszczepionym w blisko 80 proc. nie mamy do czynienia ze stanem sielanki. Szkocja ma tylko 5,5-milionową populację, zatem śmierć 29 osób dziennie odpowiada 203 zgonom covidowym w Polsce. W zeszłym roku organizowanie jakichkolwiek masowych konferencji przy takim poziomie śmiertelności – a przecież takie mechanizmy jak masowe testowanie i kwarantanna były już wówczas dostępne – wzbudziłoby niesmak. Dzisiaj wszyscy się na szczyt klimatyczny niezmiernie cieszą i nikt nie pyta uczestników: czy nie wstyd wam szykować się do lotów samolotami i bookować pobytów w hotelach, kiedy na OIOMach wciąż umiera nawet 30 Szkotów dziennie, dwa razy więcej niż rok temu?

Być może większe znaczenie niż nauka, fakty i liczby mają nasze psychologiczne projekcje odnośnie do poziomu zagrożenia i to, co władza i społeczeństwo uznają za oficjalnie dopuszczalne. Mając na uwadze to, że pochwalano niektóre protesty, odbywające się nawet w szczycie epidemii, a inne brutalnie rozganiano, jestem prawie pewien, że jest to kwestia kluczowa.

Oburzenie powinno jednak wywołać co innego. Sprowadzanie 25 tys. ludzi, w tym głównie obcokrajowców – którzy spokojnie sprawę mogliby załatwić przez telekonferencję albo wymianę dokumentów – do jednego miasta jest działaniem nie tylko epidemiologicznie, ale także klimatycznie wątpliwym. Przez rok przekonywano nas, że na przykład pół roku bez nauki stacjonarnej dzieci wcale im nie zaszkodzi. Niektórzy twierdzili nawet, że tradycyjna szkoła stacjonarna to przeżytek i w ogóle najlepiej przenieść naukę do internetu. Dlaczego zatem dorośli (metrykalnie) delegaci nie mieliby się dogadać online i korespondencyjnie? Większość z delegatów na szczyt doleci pewnie samolotami, zużywając więcej „fossil fuel” i zostawiając większy „carbon footprint”, niż ja zapewniam środowisku w kilkanaście lat. Będą jednak debatowali głównie o tym, żebym to ja „zmienił swoje przyzwyczajenia”, mieszkał z dziećmi w kawalerce, zezłomował samochód, płacił większe podatki i żeby moje podróże krajowe i zagraniczne były mniej wygodne i droższe niż dotychczas.

Organizowanie masowych szczytów klimatycznych w trakcie jeszcze trwającej pandemii, na które uczestnicy docierają z różnych stron świata, często drogą lotniczą, niepotrzebnie i nadmiernie w tym czasie konsumując rożne dobra, to trochę tak, jakby dżentelmeni w barze ze striptizem urządzili sobie pogadankę na temat praw kobiet. Już z tego względu nie traktuję tych wydarzeń ani ludzie poważnie.