Dyskusja o Unii Europejskiej zamknięta w naiwnych formułkach, mieleniu tych samych niby oczywistych faktów i dystrybuowaniu ich, gdzie się da, to jeden z poważniejszych problemów polskiej debaty publicznej. Koniecznie trzeba to zmienić!

Fot. Pixabay

Funkcjonujemy w świecie skrótów. Zalewa nas potok tematów i spraw, o których często nie mamy zielonego pojęcia. Aby sobie zatem ułatwić życie, posługujemy się uproszczeniami, skojarzeniami, które szybko przychodzą nam do głowy, gdy coś widzimy lub słyszymy. Tak samo jest z pojęciem Unii Europejskiej. Kiedy dochodzi do naszych uszu nazwa tej organizacji, natychmiast mamy jakieś skojarzenia. W obecnej Polsce, jak mniemam, wiążą się one głównie z poprawą bytu ekonomicznego, nowymi obiektami infrastrukturalnymi i możliwością podróżowania bez konieczności okazywania paszportu. Nie zaś z unijnym dorobkiem prawnym, orzecznictwem TSUE czy ostatnimi uchwałami Parlamentu Europejskiego. Ogólnie UE to dla Polaków źródło dobrobytu i poczucia bezpieczeństwa. Tak przez wiele lat prezentowano ten podmiot, tak nas go uczono i teraz ciężko myśleć o Unii inaczej niż w powyższy sposób.

Problem polega na tym, że jest to ujęcie niezwykle zafałszowane. To zafałszowanie ma swoje źródło w uproszczeniu, żeby nie powiedzieć sprymitywizowaniu dyskusji o tym, czym w istocie jest i czym staje się Unia Europejska. Mamy w głowach pewną podrasowaną w programie graficznym, statyczną wizję tego międzynarodowego bytu, która nie oddaje jej obecnego wyglądu. Zdjęcie zawsze odnosi się do przeszłości, niejednokrotnie patrząc na nie, idealizujemy ją, przywołuje bowiem miłe wspomnienia, czas miniony skłania do sentymentalnych refleksji. Z procesem integracji europejskiej nie można jednak tak postępować. On się ciągle dzieje. Dochodzi tutaj zatem element zmiany, który sprawia, że przedmiot naszych refleksji nie jest tym, co w rzeczywistości istnieje. Już nie jest i pytanie, czy kiedyś w ogóle był tym, czym myśleliśmy, że jest.

Dyskusja o Unii Europejskiej zamknięta w naiwnych formułkach, mieleniu tych samych niby oczywistych faktów i dystrybuowaniu ich, gdzie się da, to jeden z poważniejszych problemów polskiej debaty publicznej. Wynika on z tego, że każdego, kto chce ową dyskusję ożywić, urozmaicić, czy skierować na trochę inne tory, poddaje się symbolicznej przemocy. Dochodzi do swego rodzaju linczu intelektualnego, próby wykluczenia z debaty, zaszufladkowania. Nie, normalni ludzie mogą mówić i myśleć o tym, jak teraz wygląda integracja europejska, tylko dobrze. Kto tak nie uważa, winien zostać skierować do jakiej psychuszki, podleczyć trzeba takiego delikwenta, a póki co, won z przestrzeni publicznej. Taka dyktatorska postawa ma zastraszyć ewentualnych śmiałków. Niech się nie wychylają, niech siedzą w swoich skrytkach i nie wychylają głowy.

Trzeba wyartykułować zdecydowany sprzeciw wobec takiego meblowania debaty publicznej. Po pierwsze, jest ona w ten sposób zupełnie demolowana. Praktycznie jej nie ma, bo co to za debata, skoro mogą brać w niej udział tylko identycznie myślący? Absurd. Po drugie, prowadzi ona do neutralizacji instynktu samozachowawczego. Jak możemy się bronić przed nawet najgłupszym pomysłem danego podmiotu, skoro z definicji zakładamy jego faktyczną nieomylność?

Poważna dyskusja o Unii Europejskiej w jej obecnym kształcie chyba się dopiero w Polsce zaczyna. Widać pewne zwiastuny nadziei, jest coraz więcej odważnych wyrażających swoje „dość” dla tego, jak obecnie mówi się u nas o kierunku integracji europejskiej. I oby tak dalej!