PRL za Gierka miała być dziesiątą potęgą gospodarczą świata. Kraje komunistyczne na czele z ZSRR planowały dogonić i przegonić wstrętny kapitalistyczny Zachód w każdej dziedzinie. Wiemy, jak się to skończyło. Jak każda gospodarka centralnie sterowana, także Unia Europejska chce wszystkie inne gospodarki dogonić i przegonić.

Tomasz Cukiernik

Pamiętam olbrzymi szum polityczno-medialny, kiedy w 2000 r. przyjęto strategię lizbońską. Miała ona w ciągu 10 lat uczynić z Unii Europejskiej najbardziej dynamiczny i konkurencyjny region gospodarczy na świecie. Unia miała się rozwijać szybciej niż USA. Jednak im bliżej było roku 2010, tym eurokraci mniej opowiadali o tym zaplanowanym kosmicznym postępie w rozwoju. W 2010 r. już w ogóle nikt o tym nie mówił. A to dlatego, że strategia lizbońska – jak każde centralne sterowanie państwem – zakończyła się totalną porażką. Unia nie tylko nie przegoniła USA, ale doszło do jej pogłębiającego się zapóźnienia wobec Amerykanów. Stany Zjednoczone – bez strategii, a dzięki znacznie bardziej wolnej gospodarce rynkowej – rozwijały się zdecydowanie lepiej.

Niestety co gorsze, nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków na przyszłość. Socjaliści, w tym także eurosocjaliści, są niereformowalni i nie uczą się na własnych błędach. Skoro okazało się, że interwencjonizm państwowy nie działa, to nie proponują odejścia od niego, tylko sugerują… jeszcze więcej interwencjonizmu państwowego. Ich zdaniem tym razem już na pewno zadziała, jak należy. I tak w kółko. Tak samo jest w przypadku produkcji akumulatorów. Choć dzięki podwrocławskiej fabryce koreańskiej firmy LG Energy Solution Polska jest liderem w Unii Europejskiej w zakresie produkcji akumulatorów do samochodów elektrycznych, to największymi na świecie wytwórcami baterii są Chiny, Japonia i Korea Południowa. W związku z prawdopodobnym wzrostem produkcji samochodów elektrycznych światowy rynek akumulatorów w najbliższych latach ma rosnąć w szalonym tempie. Dlatego eurokraci chcą, by to kraje Unii Europejskiej wyprzedziły Azję w ich produkcji. Niestety Bruksela jak zwykle robi wszystko, żeby skutek był dokładnie odwrotny. Proponowane unijne regulacje, które mają to umożliwić, nie tylko w tym nie pomogą, ale będą miały przeciwny efekt.

Unia Europejska swoją absurdalną polityką energetyczno-klimatyczną już wyrzuciła albo jest w trakcie wyrzucania poza swoje granice kilku branż przemysłowych jeśli nie w całości, to w znacznym zakresie: wydobycie węgla, produkcja stali czy aluminium. Podobnie będzie ze strategią dotyczącą akumulatorów. No bo w jaki sposób Unia chce się stać liderem w ich produkcji? I to liderem w produkcji nie zwykłych akumulatorów, a mają to być akumulatory – jak można się domyślać – najbardziej ekologiczne na świecie. Otóż ma się to stać nie poprzez uwolnienie branży od nadmiernej ilości przepisów, ale poprzez jeszcze większe ręczne sterowanie nią, poprzez nałożenie na firmy nowych regulacji, norm i obowiązków. Jak podaje serwis euractiv.pl, „kraje Unii Europejskiej będą produkować najbardziej ekologiczne akumulatory samochodowe na świecie. Komisja Europejska proponuje m.in. nakładanie limitów emisji CO2 na producentów, zobowiązanie ich do korzystania z materiałów pochodzących z recyklingu i wprowadzenie przepisów zapobiegających łamaniu praw pracowniczych przy produkcji akumulatorów”. To wszystko w skali całej UE ma zostać ujednolicone, co z kolei zabija konkurencyjność.

Mamy do czynienia z centralnym sterowaniem gospodarką w najczystszej formie. Jak w ogóle międzynarodowe forum może zajmować się takimi sprawami? W przeciwieństwie do wcześniejszej dyrektywy o bateriach z 2006 r., która pozwalała państwom na dostosowywanie przepisów do krajowych uwarunkowań, nowe rozporządzenie będzie miało jednolite zastosowanie dla wszystkich państw członkowskich (w przeciwieństwie do dyrektywy, która zawiera ogólne normy i wymaga aktów krajowych, które ją implementują, rozporządzenie unijne jest stosowane przez kraje członkowskie bezpośrednio). Szczegółowość tego aktu prawnego jest porażająca. Według euractiv.pl rozporządzenie obejmuje cały proces powstawania akumulatorów, od wydobycia surowców, przez produkcję aż do ich utylizacji. Nie zabrakło regulacji dotyczących zrównoważonego rozwoju, ustanawiających kryteria wydajności i trwałości baterii oraz zwiększenia przejrzystości poprzez wymogi dotyczące ich etykietowania. Obejmuje również wprowadzenie tzw. „paszportu bateryjnego”. Dojdą także obowiązki coraz wyższych progów ponownego wykorzystania surowców, z których produkowane są baterie.

Jednym słowem, unijnych producentów akumulatorów czekają przede wszystkim dodatkowe koszty oraz inne utrudnienia, które odciągną firmy od skupienia się na podstawowym zadaniu, czyli rynkowej walce konkurencyjnej polegającej na produkcji coraz tańszych, coraz lepszych i coraz nowocześniejszych baterii. Poniosą koszty, którymi nie będą obciążeni konkurenci z Azji. To jest raczej prosta droga do zwijania branży, jak w przypadku produkcji aluminium, a nie jej rozwijania.

Dlatego aby ręcznie usunąć z rynku pozaunijną konkurencję, w rozporządzeniu są przepisy nakazujące także zagranicznym producentom dokładnie mierzyć tzw. ślad węglowy, a także proponuje się eliminację z unijnego rynku firm, które nie podejmują działań przeciwko nadużyciom praw człowieka podczas produkcji akumulatorów. W najlepszym wypadku zablokowanie importu akumulatorów z Azji spowoduje, że branża w Unii będzie produkowała baterie, ale tylko na unijny rynek, jednocześnie powodując, że samochody elektryczne wytwarzane w UE będą droższe od konkurencji pozaunijnej. W tej sytuacji pochodzące z krajów Unii akumulatory nie zawojują pozaunijnych, bardziej konkurencyjnych rynków. Tak więc plany eurokratów to nic innego jak bajania podobne do pobożnych życzeń zapisanych w strategii lizbońskiej.

Centrum światowej gospodarki przesuwa się z rejonu Atlantyku na Pacyfik, albo i na sam Daleki Wschód. Tylko w ciągu 14 lat od 2004 r. do 2018 r. udział unijnej gospodarki w globalnym PKB spadł z 18,3 proc. do 14,3 proc. Nowe unijne regulacje dotyczące akumulatorów to kolejny przykład na to, jak NIE NALEŻY wtrącać się do gospodarki. Dopóki eurokraci nie zrozumieją, że gospodarki nie rozwija się centralnym sterowaniem i coraz głębszym interwencjonizmem państwowym, Unia Europejska będzie znaczyła coraz mniej w gospodarce światowej. Nie tylko z powodu depopulacji. Będzie coraz większym zaściankiem, z którym coraz mniej będzie się opłacało współpracować rzeczywistym globalnym liderom gospodarczym.

Tomasz Cukiernik