Ekolog od ekologisty tym się mniej więcej różni, co certyfikowany psycholog od osoby psychologizującej. Ekologiści często nie chcą zajmować się prawdziwymi, pilnymi problemami i realnym zapobieganiem skutkom niszczenia środowiska naturalnego. Ogromne i rosnące z roku na rok zanieczyszczenie odpadami z tworzyw sztucznych wymaga nie tylko zmiany myślenia, ale ograniczenia produkcji plastikowych rzeczy oraz zastosowania innowacyjnych technologii ich utylizacji.

hhach/Pixabay

Od początku ogłoszenia pandemii COVID-19 do 23 sierpnia tego roku mieszkańcy 193 krajów wygenerowali 8,4 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych! Z tego – to jest naprawdę wstrząsające – co najmniej 25,9 tys. ton utopiono w oceanach, a niepoliczalną ilość w rzekach, jeziorach, strumieniach i innych zbiornikach wodnych – podał branżowy serwis PNA. Nie trzeba wyjaśniać, jak bardzo zaburza to ekosferę życia człowieka, niszcząc jego biologiczne zaplecze.

Według oceny ONZ – UNEP, zanieczyszczenie tworzywami sztucznymi oceanów, mórz i rzek może się jeszcze podwoić do roku 2030. Przytłaczająca ilość odpadów znacznie przekracza możliwości krajów do ich przetwarzania – nawet krajów najbardziej rozwiniętych.
Pandemia doprowadziła do zwiększonego popytu na przedmioty jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych. Takiego zalewu śmieci chyba nikt się nie spodziewał. I teraz chyba nikt też nie wie, co z nimi zrobić.

Pandemia plastiku

– Wyrzucone do wody tworzywa sztuczne mogą być w oceanie transportowane na duże odległości i niszczyć po drodze dziką przyrodę – twierdzą zgodnie naukowcy. Okazuje się też, że – globalnie – większość śmieci zanieczyszczających środowisko naturalne stanowią obecnie odpady szpitalne oraz produkcja „antykoronawirusowa”.
Aż 73 proc. zanieczyszczeń pochodzi, niestety, z Azji. Trzy największe rzeki, do których wyrzuca się odpady związane z pandemią to: Shatt al Arab w południowo-wschodnim Iraku (wyłowiono ich dotąd 5200 ton), Indus w zachodnim Tybecie (4000 ton) i Jangcy (3700 ton). Dziesięć największych rzek na świecie odpowiada za 79 proc. pandemicznego „zrzutu” plastiku. Większość śmieci pochodzi obecnie z odpadów medycznych wytwarzanych przez szpitale oraz przez firmy działające na rzecz ochrony przed tzw. pandemią.

Europejskie śmiecenie

W Europie liderem zanieczyszczania plastikowymi odpadami są… Niemcy. Tak, tak – te „zielone” Niemcy. Niemiecka Federalna Agencja Środowiska (UBA) ocenia, że indywidualni i komercyjni konsumenci końcowi wytworzyli w 2019 r. 18,91 mln ton odpadów opakowaniowych, tj. o 0,2 proc. więcej niż w roku poprzednim i o przeszło 1 proc. więcej niż w roku 2010. Zużycie odpadów opakowaniowych per capita wzrosło tam do 227,55 kg rocznie, podczas gdy średnia europejska wynosi 177,38 kg.
Góra śmieci (w Niemczech i w innych krajach) rośnie nie tylko za sprawą produktów medycznych, ale także przez stosowanie przez producentów coraz mniejszych rozmiarów – ale w coraz większej ilości – opakowań.

Więcej do recyklingu

Szkoda że problem ten nie wybrzmiewa tak wyraźnie na światowych forach klimatycznych jak sprawa emisji dwutlenku węgla. Politycy, ale i prywatne firmy, powinni bić na alarm i promować nowoczesne rozwiązania technologiczne w celu skuteczniejszego zbierania, klasyfikacji, przetwarzania i recyklingu odpadów z tworzyw sztucznych, a także w celu  rozwoju bardziej przyjaznych dla środowiska materiałów. – Konieczne jest lepsze zarządzanie odpadami medycznymi w ich epicentrach wytwarzania, zwłaszcza w krajach rozwijających się – brzmi opinia ONZ-UNEP.
Na całym świecie należy zwiększać świadomość społeczną na temat fatalnego wpływu tworzyw sztucznych na środowisko.

Z nieco innej beczki…

W Niemczech, w Dolnej Saksonii, właśnie zadekretowano obowiązkowe instalowanie paneli PV na dachach. Nie zdziwilibyśmy się, gdyby stał za tym jakiś lobbing ekologistów. Panelami będzie trzeba pokrywać co najmniej 50 proc. powierzchni nowokładzionego dachu, co – nie ma co ukrywać – stanie się dla inwestora bardzo kosztowne. Co prawda obowiązek montażu fotowoltaiki dotyczy na razie tylko nowowznoszonych budynków niemieszkalnych o powierzchni powyżej 75 metrów kwadratowych, ale wszystkie gmachy (także mieszkalne) muszą już być projektowane w taki sposób, by dało się na nich w przyszłości zamontować fotowoltaikę. Czas może przynieść i dalsze podobne „obowiązki”.
Nic tak dobrze biznesowi nie robi jak kontraktowanie się dzięki państwowemu obowiązkowi. Oczywiście to ironia.
Nowy obowiązek ożywi nieco przygasły ostatnio u naszych zachodnich sąsiadów rynek drobnej fotowoltaiki. Czy jednak inne branże i sektory (także te „zielone”) nie będą miały pretensji, że i one nie są tak dopieszczane przez państwo? Niemiecki przykład nie jest chyba dobry do naśladowania?