Od czasu złodziejskiej prywatyzacji polskiego majątku narodowego w czasach transformacji ustrojowej, na polskim rynku rozpanoszyło się wiele gigantycznych firm o obcym kapitale. W ich ręce trafiły strategiczne podmioty, które na lata zdestabilizowały wiele sektorów krajowej gospodarki. Jedną z najmocniej dotkniętych zmianami grup byli rolnicy, którzy do dziś pozostają bezsilni w starciach z rynkowymi hegemonami.

skyradar/Pixabay

Problem polega na tym, że zagraniczne podmioty usadowiły się na najbardziej niewygodnym – z punktu widzenia samych gospodarzy – ogniwie łańcucha dostaw. O ile jego początek stanowią producenci żywności a koniec konsumenci, o tyle najistotniejszą rolę pełni to, co pomiędzy – a tam właśnie działają wielkie obce firmy. Mowa tu o sklepach wielkopowierzchniowych, przetwórniach czy skupach.
Efektem takiej konstrukcji rynku jest to, że rolnicy za swoje produkty dostają często grosze (i to sporo po terminie płatności), konsumenci płacą za nie krocie, a pieniądze, które pojawiają się w międzyczasie… no właśnie… wyparowują? Otóż nie. Te miliardy zgarniają trzymające rynek w szachu firmy zagraniczne. To one wypłacają rolnikom głodowe stawki i przez nie – w znacznej mierze – za np. wiśnie, za które rolnik dostaje kilka złotych za kilogram, konsument musi zapłacić złotych kilkadziesiąt. To przykład, z którego wysnuć można daleko idące analogie.

Pewną przeciwwagę dla eldorado zagranicznych podmiotów stanowi od kilku lat ustawa o przeciwdziałaniu wykorzystywaniu nieuczciwej przewagi kontraktowej, która faktycznie – dzięki nowym uprawnieniom UOKiK – częściowo roztacza parasol ochronny nad gospodarzami. To jednak niezbyt wiele.

Narodowy Holding Spożywczy kołem ratunkowym?

W kontrze do zagranicznych podmiotów stawać ma Narodowy Holding Spożywczy (NHS), czyli reaktywowany flagowy projekt Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wisi oraz resortu aktywów państwowych. Jego zadaniem ma być stabilizowanie rynków rolnych, a w szczególności poziomu cen, których wahania rokrocznie wykańczają wielu polskich rolników przez faktyczną, rynkową właśnie, działalność.
Poprzez konsolidację większości aktywów rolno-spożywczych będących w państwowych rękach, holding może stać się istotną figurą na rolniczej szachownicy. Praktyka pokazuje, że nawet niewielka „interwencja” może pozwolić rolnikom na złapanie oddechu. Tak stało się w 2018 roku, kiedy zagospodarowanie – z inicjatywy Jana Krzysztofa Ardanowskiego – części jabłek, z których nadprodukcją rolnicy nie mogli sobie poradzić, uchroniło sadowników przed falą bankructw. NHS ma mieć jednak większą siłę przebicia niż Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa trzy lata temu.

Dziś wiadomo, że sektorami, w których Narodowy Holding Spożywczy mógłby realnie rozwinąć skrzydła są rynki cukru, ziemniaków, zbóż, młynów oraz nasiennictwo. Wynika to wprost z planowanego składu wielkiego podmiotu. Tworzyć go bowiem mają: Krajowa Spółka Cukrowa (jako element wiodący), ale także Elewarr (który w połowie października trafił już pod skrzydła ministerstwa aktywów państwowych), Danko, Małopolska Hodowla Roślin, Poznańska Hodowla Roślin, Kutnowska Hodowla Buraka Cukrowego, Pomorsko Mazurska Hodowla Ziemniaka, Hodowla Zwierząt i Nasiennictwa Roślin Polanowice i Kombinat Rolny Kietrz.
Taka grupa robi wrażenie. Kiedy rozwiązane zostaną kwestie legislacyjne nastąpi emisja akcji, które obejmie Skarb Państwa. Będzie miał on także decydujące prawo głosu w odniesieniu do 100 udziałów.

Zauważyć należy, że powstanie Narodowego Holdingu Spożywczego szczególnie leży na sercu ministrowi rolnictwa Henrykowi Kowalczykowi. Bardzo sprawnie „dogadał się” on w tej kwestii z Jackiem Sasinem, a obaj panowie zgodnie twierdzą, że holding powstanie i basta.
Rolnicy nie do końca jednak wierzą zapewnieniom polityków. Także Grzegorz Puda miał już bowiem holding „rozbujać”, ale – co potwierdzają źródła bliskie KPRM – szerokiej grupie osób nie na rękę było wówczas osłabienie pozycji wielkich zagranicznych graczy. Dziś ma być inaczej i resort rolnictwa zamiast, jak dotychczas, być wielkim hamulcowym projektu, stać się ma jego lokomotywą.

Czy to się może udać?

Pomysł nie jest zły. Jeśli holding nie będzie pełnił wyłącznie rolni sztucznego regulatora, do którego podatnicy będą tylko dokładać i – choć po części – odnajdzie się w realiach rynkowych, będzie szansa na powodzenie projektu. Problemy jednak istnieją i wynikają z wielkiej ilości kwestii, które do dziś pozostają niejasne.

Jak holding – co obiecano – zająć ma się trudną sytuacją na rynku mięsa? Jak chce zawładnąć rynkiem cukru, skoro sama KSC dzierży go raptem w 40 proc. (reszta pozostaje w rękach Niemców)? Dlaczego Elewarr miałby nagle zacząć płacić rolnikom więcej niż dotychczas, czyli wreszcie znacznie więcej niż zagraniczne podmioty? Czy spółki, które tworzyć będą NHS nie będą musiały najpierw poradzić sobie z szeregiem problemów rynkowych, w które wpędziła je powracająca jak bumerang susza rolnicza? Nadal też niewiele wiemy o tym, jak faktycznie wyglądać ma sieć dystrybucji produktów oraz kto i jak zadba o ich promocję w Polsce i poza jej granicami. Pytań pozostaje więcej niż odpowiedzi.

Nadzieja w człowieku, który chwyci cały wielki projekt za gardło i czuwać będzie nad sprawnością realizacji kolejnych kroków. Jeśli tak się nie stanie, państwo stworzy studnię bez dna, która – poza gigantycznymi środkami finansowymi – zasypywana może być pokładami daleko idącego nepotyzmu. Przecież już wielokrotnie to przerabialiśmy. Jeśli jednak pojawi się prawdziwy Herkules polskiej gospodarki, rolnicy dostaną naprawdę wielką szansę. Dziś nie mówią oni kategorycznie, że do tej roli nie nadaje się minister Kowalczyk.

Może pewną szansą byłoby otworzenie się państwa na udział w tworzeniu holdingu już działających na rynku rolników, spółdzielni czy grup producentów rolnych. Może.
Na razie pozostaje nam jeszcze kilka miesięcy czekania, bo rząd zapowiada, że Narodowy Holding Spożywczy pierwsze aktywności wykazywać ma już wraz z początkiem sezonu na owoce miękkie.