Ceny regulowane na podstawowe artykuły żywnościowe? Nie ma w tym nic zaskakującego. To po prostu kontynuacja i logiczne rozwinięcie socjalistycznego kursu, którym obecna władza płynie od początku swoich rządów. Faktem jest, że kontynuacja ekstremalna – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Bardzo niepokojąca jest sytuacja, gdy wystarczy na trochę ponad dwie godziny odłączyć się od niusów, żeby później stwierdzić, że władza miała w tym czasie kolejny genialny pomysł na naprawę gospodarki. Tak było, gdy w piątkowy wieczór poszedłem do kina na „Matrix. Zmartwychwstania”.

(Nawiasem, daję 6/10. Szału jak przy pierwszym „Matriksie” nie ma, ale jest dużo autoironicznych nawiązań do pierwszej serii, a także kontynuacja kilku, można by rzec, filozoficznych wątków z zastanawiającym i zaskakującym akcentem na koniec.

Dla fanów serii: scena ze stetryczałym Merowingiem (w tej roli znów Lambert Wilson, tyle że genialnie ucharakteryzowany), wyrzekającym na Zuckerberga i Netflix – kapitalna!)

Gdy siadałem w kinowym fotelu, nic nie zapowiadało, że poseł PiS Kazimierz Smoliński w programie w Polsat News cofnie nas już oficjalnie ku Peerelowi. Tu trzeba wspomnieć, że pan poseł zasiada w Sejmie już od czterech kadencji, czyli od lat 14, a więc poziom oderwania od realiów należy ocenić jako dość wysoki. Kiedy z kina wyszedłem, Twitter i wiadomości pełne były komentarzy do rewelacji, którą zresztą pan poseł podzielił się z nami właściwie mimochodem, wymieniając antyinflacyjne posunięcia rządu. Ot, tak, rzucił, że „chcemy też wprowadzić ceny regulowane na podstawowe artykuły żywnościowe”, a dopytywany wyjaśnił, że chodzi na przykład o chleb, cukier, mąkę. Obecni w studiu pozostali goście wyglądali, jakby zobaczyli lądujących Marsjan, ale przecież nie ma w tym nic zaskakującego. To po prostu kontynuacja i logiczne rozwinięcie socjalistycznego i etatystycznego kursu, którym obecna władza płynie od początku swoich rządów. Faktem jest, że kontynuacja ekstremalna.

Nie wiadomo, do jakiego stopnia są to autorskie pomysły posła Smolińskiego, a do jakiego – balon próbny, uzgodniony przynajmniej z jakąś częścią środowiska władzy. Pan poseł, mówiąc o sprawie, użył jednakowoż pierwszej osoby liczby mnogiej. To mimo wszystko zastanawia. Chyba że Krzysztof Smoliński ma zwyczaj stosować, mówiąc o sobie samym, pluralis maiestatis.

Na wszelki wypadek sprawdziłem życiorys pana posła, żeby sprawdzić, czy na jakimś etapie swojego życia miał kontakty z ekonomią i praktyczną gospodarką. Otóż, o dziwo, okazuje się, że niewielkie, ale jednak miał. W 2001 r. skończył podyplomowe studia z zarządzania przedsiębiorstwem. Co z nich wyniósł – nie wiemy, ponieważ żadnym przedsiębiorstwem dotąd nie zarządzał. Od 1994 r. jest również pan poseł członkiem rady ekonomicznej przy Parafii Podwyższenia Krzyża św. w Tczewie. Jak radzi sobie w związku z tym parafia – nawet nie śmiem pytać.

Pan poseł urodził się w roku 1955, zatem przeżył w komunie i realnym socjalizmie 34 lata. Jak widać – jeszcze za mało. Ceny regulowane i wyznaczane przez odpowiedni komitet roboczy przy Komitecie Centralnym PZPR i potem przez KC zatwierdzane, były jedną z podstawowych przyczyn tego, co w komunie trochę eufemistycznie nazywano niedoborami.

Może ktoś skłoni pana posła, żeby usiadł i się skupił, a potem przeczyta mu ten fragment tekstu.

Szanowny Panie Pośle Smoliński!

W gospodarce rynkowej cena towaru jest wypadkową podaży i popytu – mówiąc najprościej. Wykres to pokazujący w postaci przecinających się linii prezentuje się na pierwszych lekcjach ekonomii. W końcowej cenie towaru odbija się też oczywiście koszt jego produkcji, transportu, obsługi sprzedaży. Na każdym etapie tego procesu jego kolejni uczestnicy muszą też coś zarobić, bo inaczej ich praca nie miałaby sensu.

I teraz, proszę sobie wyobrazić, powstaje Narodowy Komitet Cen Regulowanych z posłem Smolińskim na czele. Siada sobie poseł Smoliński – czyli pan – za stołem, otwiera kajecik z notatkami i powiada do zebranych:

– Wicie rozumicie, towarzysze, moim zdaniem to standardowa kostka masła powinna kosztować tak do 2,5 złotego maksymalnie.

Towarzysze kiwają z aprobatą głowami i cyk – końcowa cena maksymalna zostaje wprowadzona.

Jak Pan sądzi, panie pośle, co się wówczas dzieje? Czy półki sklepowe zalewa wspaniałej jakości masło po 2,5 zł? Otóż nie, panie pośle – wówczas masło znika z półek. Całkowicie. Ponieważ nikomu nie opłaca się go produkować, przewozić ani sprzedawać. I naprawdę nie ma znaczenia, czy tę maksymalną cenę ustawi pan na tak niskim poziomie, czy na przykład w okolicach 6 zł, czyli tylko trochę niżej, niż ona się obecnie znajduje. Wchodząc z socjalistycznymi buciorami w czysto wolnorynkowy mechanizm, zakłóca pan jego funkcjonowanie, a konsekwencją tego nieuchronnie będą klasyczne peerelowskie „niedobory”.

Oczywiście wielbiciele socjalizmu nie rozumieją, dlaczego tak się dzieje, więc skoro na ostatnim etapie wyskakuje im brak masła, mają skłonność do regulowania wcześniejszych etapów. Ustalą maksymalne ceny transportu i produkcji, a na koniec zaczną centralnie zarządzać tym, ile masła musi zostać wyprodukowane. Ponieważ prywatne podmioty w tej farsie nie będą uczestniczyć, będzie musiał powstać – obok NKCR – Narodowy Koncern Maślarski, którego wydajność i sprawność będzie identyczna jak w przypadku wszystkich peerelowskich państwowych koncernów, zrzeszeń i przedsiębiorstw.

Jakiś czas temu Instytut Ludwiga von Misesa przesyłał do posłów po egzemplarzu „Ekonomii w jednej lekcji” Henry’ego Hazlitta. Panie pośle Smoliński, proszę sprawdzić, może gdzieś pan to jeszcze ma.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułFrancja nakłada miliony euro kar na Google i Facebooka
Następny artykułZnamy plany firm na 2022 rok