Moja nostalgia za czasami szkolnymi przejawia się jedynie w tęsknocie za beztroskimi wagarami. Szkoła, do której chodziłem, cierpiała na te same problemy, które widać także dziś i żadna reforma nie jest i nie była w stanie im zaradzić.

Takie wprowadzenie do felietonu, jakie niesie ze sobą powyższy akapit, połączone ze świadomością, że autor tych słów jest libertarianiem, powinno prowadzić do jednej oczywistej konstatacji: że cała reszta tekstu będzie na temat przymusu szkolnego i pilnej potrzeby jego zniesienia. Tak się jednak nie stanie. Każda frakcja ideowa potrzebuje dyskusji, debaty na temat tego, co by było gdyby i jak będzie wyglądał świat wtedy, kiedy przekroczymy wzgórze współczesności i znajdziemy się w krainie przyszłości – takiej, jaką przed sobą rysujemy, bo te wizje też są przecież zmienne i zależne od tego, co jest teraz. Nie każdy jednak musi być zainteresowany właśnie takimi aspektami myśli, tymi, z przedrostkiem meta-. Polska szkoła to poletko źle prowadzone na wielu poziomach. Także tych przystępnych czytelnikowi, który nie chce patrzeć na to, jak jakiś felietonista wypada przez okno Overtona.

Jakieś zmiany są jednak możliwe do wprowadzenia zawsze, nawet wtedy, kiedy różne całościowe wizje są jedynie odległymi wyobrażeniami. Zdawał sobie z tego sprawę Ivan Illich, teoretyk i praktyk edukacji, ktoś na kształt enfant terrible pedagogiki idący w poprzek wyobrażeń o tym, jak zorganizowana powinna być szkoła – no ale podobno tylko wariaci są coś warci. Tym więcej, kiedy zdamy sobie sprawę  z tego, że każde „wariactwo” to co prawda nie zawsze, ale przynajmniej czasami jakaś propozycja. Kreatywna i zmuszająca do rewizji tego, w czym jesteśmy, rewizji naszego teraz, przez ludzi nieumiejących myśleć o przyszłości rozciąganego także na nią. Myśliciele oryginalni i nietuzinkowi mają zdolność do uwalniania przyszłości spod władzy ludzi przeciętnych i propozycje Illicha – zupełnego odszkolnienia społeczeństwa, likwidacji szkół i zastąpienia ich samorzutnie zawiązującymi się węzłami edukacyjnymi, przylegającymi do lokalnych wspólnot i odpowiadających na ich potrzeby – to właśnie lepsza lub gorsza, ale wizja myślenia o przyszłości jako kartce, na której możemy napisać coś nowego.

Pełna, całościowa, dziś uważana za kontrowersyjną idea musi jednak pozostać tylko jako drogowskaz, bo zwyczajnie nie mieści się w dzisiejszej debacie, nie mieści się w głowach ludzi, którzy musieliby ją zaakceptować. Wprowadzanie jakiejś idei to długotrwały proces To, co da się zrobić teraz, to przeważnie coś mniej doniosłego. Illich na przykład zaproponował zupełnie akceptowalne dla ludzi swoich czasów kroki, takie jak wprowadzenie bonu oświatowego albo zniesienie obowiązku posiadania wykształcenia pedagogicznego przez nauczycieli. Radykalizm w wizji przyszłości. Gradualizm w walce o teraźniejszość. To dobra strategia zmiany i dotyczy nie tylko szkoły.

A ta w dzisiejszej Polsce jest tak naprawdę przereformowana, ale w osobliwy sposób, tak jakby bez nastawienia złamania ktoś cały czas wymyślał różne sposoby obandażowania i co chwilę zmieniał temblak na rzekomo lepszy. Zmiana goni zmianę, co wcale nie sprzyja procesowi nauczania. Musi on być prowadzony w warunkach niepewnych i o ile – dla przykładu – dystrakcje spowodowane nauczaniem zdalnym były jakoś do wytłumaczenia warunkami zewnętrznymi, które nauczyciele po prostu musieli przyjąć do wiadomości – o tyle wynalazki pedagogiczne, tak naprawdę ideologiczne, jak Historia i Teraźniejszość wymagają już rozmowy nie tylko o tym „jak”, ale też „po co” i „dlaczego”, do czego zachęcam z pozycji nie tylko liberalnych, ale również patriotycznych. Nic tak nie obrzydzi całemu pokoleniu uczniów najnowszej historii Polski jak toporność podręcznika (a tak naprawdę bardzo długiego eseju historiozoficznego, pełnego prywatnych idiosynkrazji) prof. Roszkowskiego i jedyną szansą na to, że tak się jednak nie stanie, jest to, że prawie wszyscy nauczyciele nie chcą z niego uczyć.

To jest jednak problem nie aż tak głęboki. Jest głębszy. Brak jest w polskiej szkole choćby elementarnego myślenia o mechanizmach rynkowych, których wprowadzenie mogłoby poprawić jakość nauczania. I nie chodzi tu o prywatyzację szkolnictwa, bo ta – właśnie z uwagi na mocno futurystyczny, możliwy do zrealizowania w jakimś kiedyś charakter – nie mieści się w dzisiejszej debacie. Można jednak inaczej reformować szkołę. I zacząć nauczycieli traktować indywidualnie, a nie jako reprezentantów masy na tym albo innym stopniu awansu zawodowego.

Bo w szkole awansuje się nie za wyniki, ale za staż pracy – to oczywiście w skrócie, bo są pewne niuanse. Ocena odbywa się na podstawie z góry założonych przez ministerstwo kryteriów, nie na podstawie tego, jak kto uczy. Taki mechanizm powoduje jedno – nie trzeba się wychylać, nie trzeba dbać o uczniów, rezultaty procesu są drugorzędne, a najważniejsze jest wyrabianie godzin i lat pracy, współdzielonej zresztą z pracą na rzecz urzędników, którzy przynajmniej teoretycznie powinni czytać sprawozdania i raporty dostarczane im przez nauczycieli. Ci czas na te czynności skądś też muszą wziąć, czasami z puli tego, co mogliby przeznaczyć na własny rozwój i poprawę umiejętności. Dodatkowo, premiowani są nauczyciele starsi, a do zawodu zniechęcani są młodsi, choćby – choć nie tylko – przez absurdalną ścieżkę rozwoju zawodowego dla nauczyciela początkującego. Co więcej, zarobki dla wszystkich na starcie zawodowej drogi są po prostu niskie w porównaniu do tego, co jest na wejściu osiągalne w innych branżach i to też odstrasza, bo powidokami po siłaczce nie można napełnić lodówki.

Takie to właśnie rezultaty gwarantuje stosowanie karty nauczyciela, prawa bronionego przez nauczycielskich związkowców jak źrenica w oku, ustanowionego jeszcze przez generała Jaruzelskiego w czasie stanu wojennego po to, aby kupić przychylność tych nauczycieli, którzy uczyli w tamtych czasach. Jak widać, ta ideowo-łapówkarska „martwa ręka” ma się dobrze, bo zmieniło się wiele, ale nie w szkole, tkwiącej w zamrażalniku lat 80. I to pomimo reform mierzących się z rezultatami, a nie dotykającymi podglebia. Cały czas nauczyciel nie jest jednostką, którą może ocenić dyrektor, uczniowie i inni interesariusze systemu nauczania – jest on agregatem dostarczającym roboczogodzin, objęty klątwą awansowania po tylu a tylu latach i spełnieniu takich to a takich formalnych wymogów, oczywiście marnie współgrających z rzeczywistością. Niekiedy nazywa się to „jasną ścieżką awansu”,  ale zdecydowanie lepiej pasuje tu określenie dostawania premii za zasiedzenie, nie osiągnięcia. Skoro tak właśnie jest, to nie ma też osiągnięć, starych i słabych w swoim zawodzie nauczycieli nie można zwolnić, a nowi nie mają po co przychodzić do szkoły.

Zmiana gdzieś musi się zacząć i wszystkie śmiałe pomysły jakichś reform – nie tylko w duchu liberalizacji szkoły, w jakimkolwiek – zawsze rozbiją się w Polsce o kartę nauczyciela, o to betonowe molo systemu, świetnie powstrzymujące kolejne fale przemian i rozmieniające je na drobne. Tymczasem tylko taka reforma daje Polsce jakieś otwarcie na różne, konkurencyjne ze sobą wizje nauczania, prowadzące do różnorodnych wyników i pozwalające w przyszłości na zajmowanie lepszego niż dziś miejsca w globalnym podziale pracy. Zbudowanie koalicji chcącej zniesienia karty nauczyciela jest trudne, ale na pewno możliwe, w przeciwieństwie do wprowadzenia teraz jakiejś bardziej fundamentalnej reformy. Oddanie dyrektorom prawa do decydowania o tym, kogo chcą nie tylko zatrudnić, ale też zwolnić i w jakiej kolejności – wymusza konkurencję, powoduje wzrost zawodowej adrenaliny i stymuluje rozwój, poprawę wyników osiąganych przez nauczycieli, którzy są za nie oceniani, a nie za staż. Likwidacja karty, tu można sparafrazować Nozicka, nie byłaby utopią, byłaby za to fundamentem pod różne pomysły wprowadzania różnych utopii pedagogicznych, które na szczęście dla siebie byłyby zawsze niedokończone, niepełne, bo utopia to stan, do którego się dąży, a nie coś, co można zobaczyć za oknem.

Impuls do zmian pewnie jednak nie wyjdzie ze środowiska pedagogicznego. Bo czy sami nauczyciele by tego chcieli? Średni wiek nauczyciela w Polsce to 47 lat. Zbyt często jest to wiek, w którym chce się już tylko osiągać przeciętne cele w życiu – nawet kosztem młodszych koleżanek i kolegów.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułForum Ekonomiczne: Wicepremier Kowalczyk apeluje o budowę korytarzy wywozu zboża z Ukrainy
Następny artykułProducenci trzody chcą cen referencyjnych