Jeśli się dobrze przyjrzeć, to nawet podatnik, który nie płaci PIT, oddaje państwu w formie składek, innych podatków i różnego rodzaju opłat – w tym tych zawartych w cenie kupowanych towarów – grubo ponad połowę swoich zarobków.

To już pewne. 1 stycznia 2022 r. podatkowy Polski Ład, mimo niedoskonałości swoich przepisów, wchodzi w życie. Odpowiednie przepisy trafiły już bowiem do Dziennika Ustaw.
Podatnicy zatem – w zależności od tego, do której grupy zaliczył ich rząd – mogą już albo cieszyć się z wyższej kwoty wolnej (30 tys. zł) oraz progu podatkowego (120 zamiast nieco ponad 85 tys. zł), albo płakać z powodu konieczności zapłacenia znacznie wyższych niż dotychczas składek zdrowotnych.

Co wydaje się działaniem dość konsekwentnym, rząd po raz kolejny ruszył z kampanią informacyjną, jakim to dobrodziejstwem dla obywateli są wprowadzane zmiany (dopuszczając się przy okazji kilku mniej lub bardziej istotnych przekłamań). Przede wszystkim rząd chwali się, że dzięki tym zmianom 9 mln podatników przestanie płacić podatki. Można by zatem jedynie przyklasnąć i pochwalić – jak chcą jedni lub ponarzekać, że na te 9 mln będzie się musiało zrzucić pozostałe 17 mln podatników – jak chcą drudzy. Nie w tym jednak rzecz. Bo to, że ktoś nie płaci PIT, wcale nie oznacza, że państwo mu nic nie zabiera. Mimo zmian w PIT nikt chyba się przecież nie spodziewa, że teraz – mając 3000 zł pensji, właśnie tyle trafi co miesiąc na konto. Gdyby było inaczej, byłoby to dużą naiwnością. Liczy się bowiem suma obciążeń fiskalnych. A na nią składają się również płacone składki oraz podatki, które zostawiamy przy sklepowych ladach.

Zobaczmy zatem, jak to rzeczywiście wygląda i ile do kasy państwa trafi w 2022 r. od kogoś, kto otrzyma pensję minimalną, która ma wynosić 3010 zł miesięcznie (dla uproszczenia przyjmijmy, że jest to 3000 zł brutto).

Sam pracownik od wynagrodzenia musi opłacić przede wszystkim składki ZUS, które w sumie wynoszą 411,30 zł. Do tego dochodzi jeszcze składka zdrowotna – 9 proc. od wynagrodzenia pomniejszonego o składki ZUS, czyli 232,98 zł. Składki pomniejszają zatem naszą pensję o 644,28 zł (czyli 21,48 proc. pensji). Jako że nie ma w naszym założeniu PIT (dzięki Polskiemu Ładowi) to pensja netto wyniesie 2355,72 zł.

Dodajmy, że państwo zarabia w tym przypadku nie tylko na tym, co zabiera podatnikowi (pracownikowi). Od pensji 3000 zł brutto (przypominam, że dla uproszczenia pomijamy 10 zł, bo jak zapewne większość czytelników wie, pensja minimalna rośnie w 2022 r. do 3010 zł) dodatkowe składki odprowadza bowiem także pracodawca. W tym przypadku jest to ok. 18 proc. miesięcznie. Przy minimalnej pensji na rachunki w ZUS i NFZ trafi zatem łącznie 502,80 zł. Razem składki od 3000 zł pensji – i po stronie pracownika, i pracodawcy – wyniosą aż 1147,08 zł (czyli jedyne 38,24 proc. pensji). Im wyższa pensja, tym oczywiście wyższa dopłata po stronie pracodawcy.

Na składkach jednak wcale się nie kończy. Z tego, co trafia ostatecznie do naszych kieszeni, musimy przecież się utrzymać. Rzadko pamiętamy przy tym, że to my – dokonując zakupów konsumpcyjnych (kupując, żywność, odzież etc.) – płacimy zawarty w cenie towarów VAT. Płacimy według dwóch głównych stawek: 23 i 8 proc. Jeśli założymy, że całe wynagrodzenie netto zostawiamy w sklepach, to w mało realnym przypadku, w którym kupujemy tylko produkty opodatkowane według stawki 8 proc. z naszych zakupów trafia na konta fiskusa 188,46 zł (czyli 8 proc. z 2355,72 zł). Gdyby założyć, że wszystkie zakupy objęte są tylko stawką 23 proc. (co też jest mało realne), byłoby to już 541,82 zł.

W najbardziej optymistycznym wariancie, mimo braku PIT, z 3000 zł pensji na konta ZUS, NFZ i fiskusa trafia zatem nadal 832,74 zł. To oznacza, że wszystkie te instytucje dostają 27,76 proc. z wynagrodzenia pracownika, czyli praktycznie jedną trzecią. Jeśli uwzględnić jeszcze to, co do składek dopłaca pracodawca, robi się z tego 1335,54 zł i 44,52 proc. wynagrodzenia.

A przecież na podatku dochodowym, VAT i składkach na ZUS i NFZ się nie kończy. W cenach używanej przez nas energii elektrycznej, poza VAT, płacimy jeszcze akcyzę. Podobnie jest w przypadku paliwa do samochodów. A poza podatkami w ich cenie są jeszcze przecież różnego rodzaju dodatkowe opłaty (np. opłata paliwowa i opłata emisyjna w przypadku paliwa).

Jeśli zatem dobrze się tej sprawie przyjrzeć, szybko okaże się, że z tego, co zarabiamy, w formie podatków, składek i różnego rodzaju opłat do budżetowego worka trafia ponad połowa naszego wynagrodzenia. Nawet gdy wydaje się nam, że nie płacimy PIT.

Warto też pamiętać, że rząd co prawda chwali się tym, że poprzez zmiany podatkowe przekazał podatnikom sporo pieniędzy (ściślej mówiąc, raczej powinna być mowa o tym, że nie zabrał ich z kieszeni obywateli), jednak to nie do końca jest prawdą. Prawda jest mianowicie taka, że likwidując możliwość odliczania składki zdrowotnej, rząd zostawił sobie w budżecie – lekko licząc – grubo ponad 60 mld zł. O tyle bowiem w ostatnich latach odliczenie to zmniejszało płacone przez nas podatki. Teraz rząd zabrał te 60 mld, zamieniając je na wyższą kwotę wolną, wyższy próg podatkowy etc. – czyli w ramach zachwalanych zmian podatkowych rząd dał nam mniej więcej te same pieniądze, które wcześniej i tak zostawały w naszej kieszeni, tyle tylko, że nie w postaci wyższej kwoty wolnej i innych „nowych” przywilejów, ale jako odliczenie znacznej części składki zdrowotnej.

Najwyraźniej propagandowo udało się jednak na tyle namotać ludziom w głowach, że ten dość oczywisty fakt jakoś wszystkim umyka. Podobnie jak umykało wszystkim, że rozkręcająca się inflacja, która dodatkowo po cichu drenowała nasze kieszenie, przez długi czas mogła cieszyć się wsparciem rządu, dla którego była korzystna, bo przynosiła znacznie wyższe wpływy podatkowe niż było to planowane.