Wysokie ceny prądu to prawdziwy „killer”, zwłaszcza małych i średniej wielkości firm. Zawiadujący polską gospodarką, na czele z panem premierem, powinni mieć świadomość, że stoi ona nie tylko czempionami – dużymi spółkami kontrolowanymi przez państwo oraz wielkimi zakładami produkcyjnymi, ale setkami tysięcy małych firm. Te, jeśli nie będą już w stanie dźwigać rosnących kosztów działalności, zaczną upadać.

Wydaje się, że wchodzimy w krytyczną fazę dla gospodarki i biznesu. Ceny prądu w hurcie rosną i nie widać końca tych wzrostów – obecnie megawatogodzina energii kosztuje już ponad dwa tysiące złotych. Pięć razy więcej, niż była średniorocznie kontraktowana w zeszłym roku.

Droższa energia = drożej na półkach

Gospodarstwa domowe mogą jeszcze liczyć na łaskawe oko urzędów regulujących i akceptujących taryfy cenowe. Przedsiębiorców to już nie dotyczy, a rachunki systematycznie rosną. Zdaniem Henryka Kalisia, prezesa Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu (FOEEiG) skupiającego firmy należące do najbardziej energochłonnego sektora gospodarki, czekać nas może lawina spektakularnych likwidacji firm, co nastąpi już w pierwszym kwartale 2023 r.

Obecny kryzys energetyczny przełoży się bowiem w pełni na przedsiębiorców dopiero w przyszłym roku, uderzając w gospodarkę z ogromną siłą. Pierwsze uderzenie cenowe nastąpi jednak już tej jesieni. Według Konfederacji Lewiatan 81 proc. przedsiębiorców przewiduje, że jesienny wzrost cen energii zmusi ich do znacznego podniesienia cen swoich towarów. W oczywisty sposób przełoży się to na kolejny impuls inflacyjny dla całej gospodarki, zubożając portfele konsumentów i osłabiając ich siłę nabywczą oraz popyt wewnętrzny. Ktoś za tę sytuację na rynku energetycznym musi przecież zapłacić. Nietrudno przewidzieć, kto tym „kimś” będzie.

Lista branż energochłonnych

Rząd, wydaje się, zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, deklarując przygotowanie osłonowej pomocy dla tzw. branż energochłonnych. Kto jednak i na jakiej zasadzie będzie układał listę takich branż? Wyobrazić sobie można, że chodzi tu raczej o większy przemysł, o duże zakłady produkcyjne, a nie o mniejsze firmy, które – chociaż są ich setki tysięcy – często potrafią jakby „znikać” z oczu rządzących. A przecież to pan Wacław prowadzący warsztat samochodowy, pan Sebastian – właściciel osiedlowej pralni, czy pani Klaudia w salonie kosmetycznym wytwarzają gros polskiego produktu krajowego brutto. To oni dźwigają na swoich barkach nie tylko wysokie koszty podatkowe i parapodatkowe, ale też wciąż rosnące koszty za tzw. nośniki energii oraz wodę, które przecież są im niezbędne w działalności. Czy oni też stanowią „branżę energochłonną”, czy może czerpią darmową energię z kosmosu? Czy także będą mogli liczyć na ewentualne „postojowe”, czy inną formę rządowego wsparcia w związku z niezawinionym wszakże przez nich zawałem na rynku energetycznym? Czy im też ktoś pokryje straty, by zapewnić bezpieczeństwo finansowe i uchronić miejsca pracy?

I co na to wszystko Unia Europejska, która przecież na swoich sztandarach zawsze miała wypisaną „różnorodność’ i wsparcie „small businessu”? Pytanie to można potraktować jako retoryczne. Ale można także wziąć odpowiedzialność za próbę odpowiedzi na nie.

Poprzedni artykułTen towar również czekają podwyżki. I to spore
Następny artykułNa początku było Słowo czy Myśl? [WYWIAD Z MICHAŁEM GARAPICHEM]