Axel Kaiser, 38-letni obywatel Chile, uznany za jednego z najbystrzejszych umysłów w Ameryce Łacińskiej. Prawnik i doktor filozofii, konserwatywno-liberalny myśliciel, który przez lewicę nazywany jest czarną bestią. Autor bestsellerów takich jak „Fatalna Ignorancja” (Fatal Ignorance), „Populistyczne kłamstwo” (Populist Deception), czy „Tyrania równości” (The Tyranny of Equality).

Oprócz pracy jako pisarz i promotor, Kaiser jest także dyrektorem Fundacji na rzecz postępu (Foundation for Progress) – organizacji o ogromnym wpływie w kręgach intelektualnych prawicy Ameryki Łacińskiej. I to jeszcze nie koniec: ten chilijski intelektualista jest w trakcie przygotowywania premiery swojej pierwszej powieści, a także w ramach kontraktu z Hoover Institution, prestiżowego centrum studiów Californian University of Stanford pod opieką słynnego historyka Nialla Fergusona, prowadzi badania dotyczące Miltona Friedmana i Fryderyka von Hayeka.

Kaiser jest zakochany w Hiszpanii i odwiedza ten kraj każdej jesieni i każdej wiosny. Przy swojej ostatniej wizycie w Madrycie redakcja „Actualidad Economica” chciała poznać jego wrażenia dotyczące odczuwanego w Hiszpanii klimatu społecznego, politycznego i gospodarczego.

Czwarte wybory za mniej niż miesiąc. Hiszpania jest bardziej upolityczniona niż kiedykolwiek. Jak Pan ocenia jakość debaty publicznej?
W Hiszpanii, jak i na całym Zachodzie, przekracza się bardzo niebezpieczne granice. Poprawność polityczna tłumi pluralizm i uniemożliwia swobodną debatę na temat problemów naszych czasów. Myślę, że żyjemy w apogeum powstania kulturalnie rewolucyjnego ruchu, nasyconego duchem totalitaryzmu. Podobnie jak w książce Orwella „Rok 1984”, teraz również elity polityczne i medialne lewicy decydują, które tematy są dopuszczalne, a które nie mogą być przedmiotem debaty publicznej. Wobec takiego wywierania nacisków prawica jest często tłumiona, zastraszana i w końcu ustępuje. Dlatego też nie można ocenić jakości debaty publicznej, ale raczej należy stwierdzić, że za każdym razem jest coraz mniej zagadnień, o których można swobodnie mówić.

Na przykład ?
Jeśli krytykujesz pozytywną dyskryminację, jesteś seksistą. Jeśli nie podzielasz poglądu, że grupy LGBT muszą otrzymać specjalne przywileje lub też specjalną pomoc, jesteś homofobem. Jeśli bronisz przedsiębiorców, jesteś wyzyskiwaczem. Jeśli poprosisz o uporządkowanie kwestii imigracji, jesteś ksenofobem. I tak jest ze wszystkim. Nazywanie kogoś faszystą nigdy nie było tak łatwe jak teraz. Za pomocą języka chce się stworzyć nową rzeczywistość, a każdy, kto nie zgadza się z tym nowym paradygmatem, musi stawić czoła dyskredytacji, uczestniczyć w brudnej kampanii mającej na celu cywilne zabójstwo dysydenta i zniszczenia reputacji każdej osoby, która nie podziela poprawnych politycznie postulatów. Każda opinia inna niż powszechnie przyjęta retoryka jest automatycznie uznawana za postulat ultraprawicowy. W ten sposób lewica unika debaty, bazując na atmosferze strachu i cenzury.

Uniwersytet powinien być forum otwartym na debatę, ale właśnie tam widzimy bardzo niefortunne przykłady sekciarstwa i indoktrynacji.
Na różnych uniwersytetach w Hiszpanii widzieliśmy, że skrajna lewica przejmuje całe wydziały, ale zjawisko to występuje również w innych krajach. Sytuacja jest tak niepokojąca, że ​​wybitni profesorowie z Oksfordu, Princeton i innych elitarnych ośrodków postanowili założyć czasopismo naukowe, które pozwoli na publikację pod pseudonimem. Chodzi o to, aby badania lub tezy, które mogą generować odrzucenie, ujrzały światło dzienne, jednocześnie chroniąc przed prześladowaniami ich autorów. Ale to, że doszliśmy do takiej skrajności, pokazuje prawdziwy stopień degeneracji uniwersytetów. Prawda jest taka, że ​​ten ruch od lat rozwijał się w anglosaskim świecie i ostatecznie zanieczyścił resztę Zachodu. Przeprowadzono badania nad poglądami profesorów akademickich w krajach takich jak Stany Zjednoczone i pomiary te pokazują, że prawicowi naukowcy przeszli do przeszłości jako… zjawisko niezwykłe. Na elitarnych uniwersytetach wydziały humanistyczne zatrudniają około 30 lewicowych profesorów na każdego jednego prawicowego wykładowcę. Jeśli wszyscy nauczyciele akademiccy będą myśleć tak samo, indoktrynacja będzie rosła a tolerancja wobec liberalnych lub konserwatywnych pomysłów będzie coraz mniejsza.

Rozmawiamy o uniwersytetach, ale co ze środkami masowego przekazu?
Pewien szwedzki uniwersytet badał ideologiczną orientację europejskich dziennikarzy. W Hiszpanii badanie wykonano z ramienia Uniwersytetu Króla Juana Carlosa. Wnioski są druzgocące, aż 50 proc. dziennikarzy otwarcie identyfikuje się z lewicą, z kolei pozostałe 50 proc. z centrum. Odsetek dziennikarzy uznanych za prawicowych był znikomy. I to nie jest odosobniony przypadek. W Stanach Zjednoczonych aż 90 proc. dziennikarzy i osób współpracujących z najbardziej wpływowymi środkami przekazu żyje w Nowym Jorku lub Los Angeles, czyli w lewicowych lennach. Dlatego nie rozumieją oni fenomenu Trumpa. Żyją w izolacji – postępowych bańkach i nie znają uczuć milionów Amerykanów, którzy tego nie kupują. To paradoksalne. Nieustannie mówi się o wspieraniu różnorodności etnicznej i orientacji seksualnych… Ale najważniejsza różnorodność, czyli różnorodność myśli, nie jest akceptowana i w rzeczywistości jest prześladowana. Uniwersytety i media powinny służyć konfrontacji idei, przedstawianiu przeciwnych stanowisk, a w konsekwencji rozstrzygnięciu, jakie teorie mogą pomóc nam w lepszej interpretacji rzeczywistości. Ale ośrodki te stały się lewicowymi fabrykami, maszynkami, które ujednolicają sposób myślenia.

Skupia się Pan na szkolnictwie wyższym, ale przecież w szkołach średnich też można zaobserwować różne formy indoktrynacji. Chociażby podręczniki, które na okrągło oskarżają kapitalizm…
Albo w nauczaniu podstawowym, z którego eliminuje się niektóre bajki… Chociażby Bajkę o Czerwonym Kapturku. Należy zatrzymać to szaleństwo.

Jakie prądy myśli leżą u podstaw tej ofensywy?
Oczywistym jest, że mamy tutaj do czynienia z zaczerpnięciem z ideologii Antonio Gramsciego, czyli doktryną hegemonii kulturowej. Kluczowymi teoretykami leżącymi u podstaw tego nurtu są: Michel Foucault, postmodernizm i szkoła frankfurcka…

W zakresie ekonomii klimat też jest dość ponury. Amancio Ortega, największy hiszpański biznesmen, padł ofiarą wszelkiego rodzaju ataków i krytyki za przekazywanie pieniędzy na zdrowie publiczne!
Amancio Ortega to innowacyjny przedsiębiorca, historia jego sukcesu jest omawiana na całym świecie. Właśnie dlatego lewica tak bardzo go nienawidzi, ponieważ jego osoba w bardzo widoczny sposób przedstawia dowody korzyści płynących z gospodarki wolnorynkowej. Wrogowie rynku nie akceptują faktu, że społeczeństwo chwali bogactwo, które można rozwijać w oparciu o innowacje i konkurencję. Właśnie dlatego wytykają palcem Ortegę. Uderza mnie to, że można demonizować sukces ludzi takich jak Ortega, zwłaszcza że w Hiszpanii wciąż są trzy miliony bezrobotnych, a kraj potrzebuje jeszcze wielu przedsiębiorców. Ale gdy włączy się telewizor, można odnieść wrażenie, że głównym problemem narodowym Hiszpanów są kości Franco, a nie trzy miliony ludzi, którzy pozostają bezrobotni ponad dekadę po wybuchu kryzysu.

Zgodnie z teorią Deirdre'a McClosleya, broni Pan poglądu, że bogactwo kraju zależy od liberalnych instytucji i polityki, ale dodaje Pan również, że ważny jest klimat społeczny, w którym przedsiębiorcy muszą działać.
Demagodzy, intelektualiści i działacze lewicy wykorzystują i wzbudzają zazdrość społeczną, ponieważ chcą klimatu wrogiego wolności gospodarczej. Ich ostatecznym celem jest demonizacja przedsiębiorcy, stygmatyzacja go w taki sposób, aby ostatecznie wprowadzić w życie podatek psychologiczny od sukcesu. Chodzi o to, aby utrzymać przekonanie, że bogacenie się jest złe, że lepiej jest zadowolić się tym zatrutym cukierkiem, czyli pomocą ze strony państwa. Tak jak mówiłem, McCloskey pokazał, jak ważne jest istnienie kultury społecznej, która rozumie i docenia przedsiębiorczość. Potrzebujemy niskich podatków, prostych regulacji, stabilności monetarnej, otwarcia handlowego, pewności prawnej … Ale także podłoża, które ułatwia pogłębianie rynku. Krytyka Amancio Ortegi jest również sposobem na powiedzenie młodemu człowiekowi, który dąży do założenia własnego biznesu, żeby nie robił pierwszego kroku, że nie warto ryzykować, żeby nie inwestował, innymi słowy – żeby się nie wyróżniał, żeby wtopił się w tłum i był częścią masy. Zamiast świętować sukces, karzemy go i represjonujemy. Jako społeczeństwo nakładamy koszty na osoby wyróżniające się. Może dlatego tak wielu młodych ludzi jest gotowych wyjechać za granicę. A najgorsze jest to, że tak rozumiana kultura społeczna ma konsekwencje polityczne, ponieważ stanowi podstawę utrzymania środków które zubożają, takich jak na przykład konfiskaty podatkowe stosowane wobec tych, którzy zarabiają najwięcej.

Ale przecież podatki i inne środki uzasadnia się potrzebą „walki z nierównością”…
Absolutna równość wobec prawa jest centralną przesłanką demokracji, ale nie można starać się osiągnąć równość siłą, dopasowując wyniki, jakie ludzie osiągają w tych bezstronnych ramach demokracji. Ludzie są różni, mają różne talenty, nawet nasze zdolność do wysiłku i poświęcenia nie są jednakowe, stąd wywodzą się różnice ekonomiczne. Należy skoncentrować się na tych, którzy mają mniej. Elastyczna gospodarka oferuje możliwości mobilności społecznej, ale interwencjoniści chcą ujednolicić wszystkich, ściągając nas w dół. Ciągle próbują podporządkować nas idei, że nierówność jest synonimem ubóstwa. Oczywiście, tak nie jest. Wmawiają nam, że nierówność jest niemoralna, mówiąc o nierówności w kontekście merytokratycznym, rynkowym i konkurencyjnym, chyba coś tu jest nie tak?

Innym ciągle powracającym w debacie publicznej tematem jest środowisko…
Ponieważ polityka związana z ochroną środowiska budzi tyle wątpliwości, lewicowi działacze postanowili wysłać jako posłanniczkę 14-letnią dziewczynę [Gretę Thunberg – przyp. red.], która mówi, że świat się wkrótce skończy. Znów emocje i dobroć jako pułapka niwelująca możliwości poważnej debaty. Jeśli poświęcimy czas na porównanie klasyfikacji wolności gospodarczej ze wskaźnikami ochrony środowiska, możemy zauważyć, że najbardziej kapitalistyczne kraje osiągają najlepsze wyniki, jeśli chodzi o ochronę przyrody, zwiększenie efektywności energetycznej i produkują mniej zanieczyszczeń na jednostkę PKB… Właśnie dlatego postępowe elity wolą, aby twarzą apokaliptycznej wizji końca świata było dziecko. To, co robi ta dziewczynka, szokuje bardziej niż studium badawcze, oparte na konfrontacji dominującej wizji naukowej z opiniami niezależnych ekspertów i, co ważniejsze, z oceną ekonomistów, którzy są w stanie zbadać koszty i korzyści proponowanych przez naukowców środków i rozwiązań. Jeśli ta dziewczynka uczestniczy w międzynarodowych forach na najwyższym poziomie, to dlatego, że jest idealnym posłańcem, aby uniknąć debaty i utrzymać poziom alarmu społecznego na takim, który uzasadnia wszelkiego rodzaju polityki sprzeczne z rynkiem.

I co robi prawica w obliczu tego wszystkiego? Jeśli rzeczywiście toczy się wojna kulturowa, logicznym wydaje się podjęcie rękawicy i wygranie chociaż paru bitew.
Prawicowe elity są przyzwyczajone do tego, że to lewica zazwyczaj „daruje im życie”. Wynika to ze swego rodzaju kompleksu niższości, przez który nie są w stanie przeciwstawić się dominującemu dyskursowi, który jest im narzucany. Po części generuje to reakcje na zasadzie ruchów społecznych, tak jak miało to miejsce w przypadku Voxa w Hiszpanii, Trumpa w Stanach Zjednoczonych lub Bolsonara w Brazylii. Ruchy te są sygnałem alarmowym dla establishmentu, sposobem na powiedzenie tym, którzy są po prawej stronie, chociaż tkwią w systemie lewicy, że nie można poddać się bez walki.

Jaka przyszłość czeka hiszpańską prawicę? Pięć lat temu jej głos był skupiony wokół PP [Partido Popular – Partii Ludowej – przyp. red.]. Dzisiaj niebiescy [chodzi o członków PP, których logo to dwie niebieskie litery P – przyp. red.] konkurują z Partią Obywatelską o centrum i z Voxem o prawe skrzydło.
W Hiszpanii już dawno zerwano z systemem dwupartyjnym i wszystko wskazuje na to, że w przyszłości nic w tym zakresie się nie zmieni, scenariusz będzie taki sam. Vox wyrósł i umocnił swoja pozycję, ponieważ dotknął wiele tematów i problemów, których inne ugrupowania nie odważyły się poruszać. Partia Ludowa i Partia Obywatelska nie powinny się bać negocjacji z Voxem, w zakresie paktu który pozwoli im sprawować władzę i prowadzić politykę, która przyniesie korzyść krajowi. Tworzenie kordonu sanitarnego wokół Vox jest błędem. Vox ma wszelkie kwalifikacje, aby zasiadać przy centroprawicowym stole i negocjować środki gospodarcze lub społeczne. Tymczasem Hiszpańska Partia Robotnicza (PSOE) swoje rządy sprawuje przy pomocy partii Razem Możemy (Unidades Podemos). A tak przy okazji, czy Podemos nie jest ugrupowaniem, które sympatyzuje z Chavezem? Partia Robotnicza, gdy tylko zajdzie taka potrzeba, sprzymierzy się także z katalońskimi separatystami, oskarżonymi przez prokuraturę krajową o zamach stanu. I to nie jest radykalne? Przy rozpatrywaniu wniosków przedwyborczych, czy też w głosowaniu nad wotum zaufania, Sanchez [lider Hiszpańskiej Partii Ludowej – przyp. red.] korzystał ze wsparcia EH Bildu, czyli baskijskich separatystów. Czy w sojuszach, które nawiązuje, nie ma nic nagannego? Ale ponownie to lewica narzuca i mówi prawicy, że nie można rozmawiać z Voxem, w tym samym czasie pertraktując, z kim popadnie, aby utrzymać stołek. Dlatego uważam, że Partia Obywatelska nie może dać się wciągnąć w tę grę. Poważnym błędem jest traktowanie Voxa jako formacji, z którą nic nie można negocjować. Kiedy ostatnio byłem w Hiszpanii, to właśnie Partia Ludowa, Partia Obywatelska i Vox po raz pierwszy pokonali lewicę i utworzyli rząd w Andaluzji. Takie sojusze są konieczne w instytucjach regionalnych i lokalnych, w których prawica ma większość. Ale oczywiście nic na ten temat nie usłyszymy w większości mediów, które są zdominowane przez lewicę i przez to zawsze będą wybielać partię Razem Możemy i piętnować prawicowego Voxa.

A co Pan sądzi o polityce gospodarczej opracowanej przez rząd Pedro Sancheza?
Socjaliści zawsze obiecują wydatki, wydatki i jeszcze więcej wydatków. Obywatele powinni być mądrzejsi i nie dać się nabrać na tego typu obietnice. Nie ma znaczenia, czy rząd mówi, że wyższe podatki będą płacić tylko najbogatsi, bo w rzeczywistości nigdy się tak nie dzieje. Podwyżki spadają na wszystkich, światowa gospodarka zwalnia i wszystko wskazuje na to, że kolejny kryzys dotknie Hiszpanię z długiem publicznym w wysokości 100% PKB.

Nie mogę nie zapytać o emerytury. W Hiszpanii rośnie obawa przed upadkiem obecnego systemu zabezpieczenia społecznego. Jakie lekcje możemy wyciągnąć z modelu chilijskiego, zaprojektowanego przez José Piñera w 1980 roku, wprowadzającego indywidualne konta oszczędnościowe?
W Chile emerytury z filara kapitałowego oferują średni roczny zwrot w wysokości 8 proc. powyżej inflacji. Jest to bardzo wysoka liczba, która pozwoliła, aby fundusze systemowe stanowiły 80 proc. chilijskiego PKB. W rzeczywistości, gdy pracownicy przechodzą na emeryturę, 70 proc. emerytury, którą otrzymują, pochodzi z uzyskanej rentowności, a tylko 30 proc. z wniesionych przez nich składek. Jakie wyniki osiąga taki model? Osoba, która uczestniczy w systemie przez całe życie zawodowe, otrzymuje 80 lub 90 proc. swojej pensji, chociaż składki są od trzech do czterech razy niższe niż w Hiszpanii i Europie. Więc dlaczego są słyszane głosy krytyki? Ponieważ zawsze są demagodzy, którzy twierdzą, że system musi gwarantować wszystkim obywatelom bardzo wysoką emeryturę, niezależnie od wniesionych przez nich składek. To nie ma sensu. W Argentynie widzieliśmy, co się stało, kiedy skończyły się konta oszczędnościowe. Fundusze, które przekazali pracownicy, zostały splądrowane, gospodarka zatonęła … Prawdziwa katastrofa.