Dziwi mnie trochę, że mimo iż za wskazanie sprawców została wyznaczona milionowa nagroda, to nikt jeszcze nie wpadł na oczywisty trop, że ryby w Odrze wytruł zbrodniarz wojenny Putin. W czynie społecznym zgłaszam się po nagrodę i jeśli iustitia nie polegnie w tej potrzebie, mam nadzieję ją dostać – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wielokrotnie wspominałem o kanikularnej chudości tematycznej, ale – jak wszystko na tym świecie – i ona ma – obok plusów ujemnych – również plusy dodatnie. Skoro trzeba wyduszać z coraz to ciaśniej otaczającej nas rzeczywistości jakieś rewelacje, to nic dziwnego, że prędzej czy później musi dojść do niedyskrecji. Nie są to może niedyskrecje tak brzemienne w skutki, jak opublikowanie przez dziennik „Dziennik” „tajnych” zeznań pana Petera Vogla, że panu generałowi Gromosławowi Czempińskiemu, byłemu szefowi Urzędu Ochrony Państwa, jakiś Turek zwinął ze szwajcarskiego konta milion dolarów. Jak pamiętamy, ta rewelacja uruchomiła lawinę w postaci afery hazardowej, w następstwie której Donald Tusk dostał od rozwścieczonych starych kiejkutów szlaban na prezydenturę i prezydentem został ichni ulubieniec, Bronisław Komorowski. Wszystko jednak zakończyło się wesołym oberkiem, bo Nasza Złota Pani, która w Donaldu Tusku bardzo sobie upodobała, załatwiła mu Nagrodę im. Karola Wielkiego, co było ukrytą aluzją, że jeśli teraz ktoś podniesie rękę na Donalda Tuska, to będzie miał z nią do czynienia. Toteż stare kiejkuty natychmiast przestały Tuska sekować, chociaż prezydentura już niestety przeleciała mu koło nosa, ale krzywdy nie miał, bo Nasza Złota Pani na wszelkie wypadek Mocną Ręką przeniosła go na brukselskie salony i w ten sposób zrobiła zeń człowieka formatu europejskiego. Dzisiaj, zgodnie z ustanowioną w Magdalence zasadą: my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych – takie niedyskrecje już się prawie nie zdarzają – ale skoro czymś trzeba rozhuśtywać emocjonalnie publiczność, to jakieś niedyskrecje pojawiać się muszą.

Toteż w dniach ostatnich niezależne media głównego nurtu, które widocznie dostały cynk, żeby zbytnio nie rozgrzebywać sterty śniętych odrzańskich ryb, bo wtedy mogłyby wyjść na jaw jakieś śmierdzące dmuchy, pokornie przyjmują do wiadomości, że prokuratura prowadzi w tej sprawie tak zwane energiczne śledztwo, podobne do tego, jak w przypadku Amber Gold i sprawców rybobójstwa „nas pewno” wykryje. Nawiasem mówiąc, pojawił się w tej aferze wątek moralizancki, bo środowiska radykalnych sanitarystów zaczęły rozpowszechniać fałszywe pogłoski, że przyczyną rybiego holokaustu w Odrze było to, że ryby nie zaszczepiły się na odrę. Jak tam było, tak tam było, chociaż dziwi mnie trochę, że mimo iż za wskazanie sprawców została wyznaczona milionowa nagroda, to nikt jeszcze nie wpadł na oczywisty trop, że ryby w Odrze wytruł zbrodniarz wojenny Putin. Takiej wiadomości nikt, z niezależną prokuraturą włącznie, nie ośmieliłby się chyba zakwestionować w obawie przed oskarżeniem, że jest ruskim agentem, albo przynajmniej – onucą. Tedy w czynie społecznym zgłaszam się po nagrodę i jeśli iustitia nie polegnie w tej potrzebie, mam nadzieję ją dostać.

Dość jednak tych dygresji, bo przecież chodzi o niedyskrecje. Otóż w niezależnych mediach głównego nurtu pojawiły się doniesienia o tym, że działacze PiS umieszczeni na stanowiskach w spółkach Skarbu Państwa tworzą swego rodzaju klub milionerów. Ta sprawa do dzisiaj była nie tylko owiana mgłą tajemnicy i to w dodatku – mgłą w najlepszym gatunku – ale widocznie chudość tematyczna komuś już za bardzo dokuczyła i mleko się rozlało. Kiedy jeszcze w UPR próbowaliśmy przekonać opinię publiczną, że państwo nie powinno prowadzić działalności gospodarczej, konkurując z własnymi podatnikami, mało kto chciał tego słuchać. Opinia publiczna chętniej nadstawiała ucha na ideologiczne uzasadnienie rozbudowy spółek Skarbu Państwa – że mianowicie są to „sektory strategiczne”, których nie można pozostawiać na pastwę ohydnych prywaciarzy, bo wtedy byłaby z tego Sodomia i Gomoria. Co innego, gdy zarządzanie tymi „sektorami strategicznymi” pozostawi się urzędnikom państwowym w ministerstwach i urzędach centralnych. Zwracaliśmy co prawda uwagę, że gdyby taki jeden z drugim urzędnik znał się na prowadzeniu biznesu, to zwyczajnie by go prowadził, a nie podlizywał się Donaldu Tusku, czy Naczelnikowi Państwa, żeby ulokował go w radzie nadzorczej albo zarządzie takiej dajmy na to Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Skoro się podlizuje, to nieomylny to znak, że na prowadzeniu biznesu się nie zna. Ciekaw jestem, jak to wygląda w przypadku wywodzącego się z banksterki pana Tadeusza Kościńskiego, który po dymisji z funkcji ministra finansów za sknocenie „Polskiego Ładu”, został ministrem w Kancelarii Premiera, odpowiedzialnym właśnie za zakupy uzbrojenia dla naszej niezwyciężonej armii. W niezależnych mediach głównego nurtu w charakterze Głównego Zakupowego występuje wprawdzie pan minister Mariusz Błaszczak, podczas gdy o panu ministrze Kościńskim – sza! Ale już Lis tłumaczył Małemu Księciu, że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.

Tak czy owak, mamy klub milionerów rekrutujący się z działaczy, których Naczelnik Państwa umieścił na synekurach w spółkach Skarbu Państwa. Dzięki temu lepiej rozumiemy przyczyny, dla których obóz zdrady i zaprzaństwa z Volksdeutsche Partei na czele z taką zacieklością zwalcza „dobrą zmianę”, posługując się strategią „ulica i zagranica”. Trudno im się dziwić, skoro od 2016 roku zostali odcięci od kurków  ze złotem. Mogą co prawda kręcić lody w samorządach, ale to nie to samo. Jak pisał poeta: „Targ na rynku, w rynku szynk, a w tym szynku – ciosek dzyng. A w tym szynku dymno, piwno; nic nie mówił, tylko kiwnął. Znaczy – śpyrt. Szklanka, dwie – tylko kiwnąć, Żyd już wie. Na czterdziestkę to by mrugnął, ale co czterdziestka? Gówno”. Tedy lepiej rozumiemy też, dlaczego obóz zdrady i zaprzaństwa nie różni się od obozu „dobrej zmiany” w kwestii konieczności istnienia rozbudowanego sektora publicznego w gospodarce.

Kiedyś w rozmowie z takim jednym przekonywałem, że sektor publiczny powinien być jak najmniejszy, a on słuchał i na koniec powiedział: może to i prawda, ale czym byśmy wtedy zarządzali? Przez delikatność nie wspomniał, w jaki sposób bez rozbudowanego sektora publicznego w gospodarce ludzie mogliby rosnąć wraz z krajem do tego stopnia, że niektórzy z nich już wkrótce nie będą mogli zmieścić się na ekranie telewizora – ale my wiemy to i bez niego.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że obóz zdrady i zaprzaństwa został odcięty od „sektorów strategicznych” już od siedmiu lat, to lepiej rozumiemy też przyczyny niedyskrecji o PiS-owskim klubie milionerów. Pojawiła się ona bowiem w mediach sympatyzujących z Volksdeutsche Partei również w celu, że tak powiem, mobilizującym. Chcesz zostać milionerem – to się uwijaj wokół Donaldu Tusku, klej mu plakaty, kicaj na demonstracjach, a może ktoś cię zauważy i wynagrodzi, żebyś i ty mógł, „pracując dla Polski”, rozwiązać sobie swoje problemy socjalne.

Stanisław Michalkiewicz 

Poprzedni artykułZakaz gotówki coraz ostrzejszy
Następny artykułBanki wydają więcej na reklamy