Były doradca Theresy May miał wpływ na rewolucję, która aktualnie rozgrywa się w brytyjskiej Partii Konserwatywnej, a w wywiadzie rzuca przenikliwe spojrzenie na Wielka Brytanię w dobie Brexitu – pisze Arnaud De La Grange w swoim artykule w „Le Figaro” z 24/07/2020.

Był dla Theresy May tym, kim dla Borisa Johnsona jest dzisiaj Dominic Cummings, czyli głównym doradcą, głównym strategiem. Po katastrofalnej kampanii wyborczej w 2017 roku Nick Timothy miał wpływ na wewnętrzną rewoltę, która aktualnie rozgrywa się w brytyjskiej Partii Konserwatywnej.
W niedawno opublikowanej książce („
Remaking One Nation: The Future of Conservatism”, wydanej przez wydawnictwo Polity Press), ten 40-latek rzuca wnikliwe spojrzenie na Wielką Brytanię doby Brexitu i szerzej na kryzys „polityczny i kulturalny” zachodnich demokratycznych państw.

LE FIGARO: Czy Wielka Brytania przechodzi kryzys polityczny, czy bardziej kulturowy?

Nick TIMOTHY: Stoimy w obliczu kryzysu gospodarczego i kulturowego, a w pewnym stopniu, połączenie ich obu stworzyło wrażenie, że mamy też kryzys polityczny. W sferze gospodarczej, musimy uporać się ze skutkami pandemii, ale tak naprawdę, to kryzys rozpoczął się już wcześniej. Nasza gospodarka jest mocno niezrównoważona, są regiony, które są daleko za Londynem i południowo-wschodnią częścią Anglii, regiony gdzie płace są w stagnacji, a rynek pracy pcha ludzi do podejmowania pracy dla średnio wykwalifikowanej siły roboczej, która jest nisko opłacana. Natomiast musimy konfrontować się także z kryzysem kulturowym, który cechuje się wysoko spolaryzowanym społeczeństwem, kontrastami rasowymi, białą klasą robotniczą skonfrontowaną z dużymi trudnościami oraz elitą społeczną, która wierzy, że nic nikomu nic jest winna, gdyż dotarła do miejsca, w którym obecnie się znajduje tylko dzięki swoim zasługom, co jest jednym dużym żartem…

Kryzys polityczny może nie jest tak duży, jak w chwili, gdy Parlament blokował przeprowadzenie Brexitu, natomiast jeśli partie polityczne nie przyjmą do wiadomości, ze kryzys polityczny naprawdę istnieje, jeśli nie posłuchają wyborców i nie zaczną poświęcać więcej uwagi solidarności społecznej i konieczności ofiarności wobec innych, czego wymaga dobro społeczne, jeśli nie zaczną stawiać dobra społeczności nad dobro jednostki, kryzys ten będzie się pogłębiał.

Czy jesteśmy świadkami prawdziwej rewolucji w Partii Konserwatywnej?

W naszym życiu politycznym zachodzą ogromne zmiany i w tym kontekście należy rozpatrywać zmiany, jakie mają miejsce w Partii Konserwatywnej. Podobnie jak w wielu krajach zachodnich, (także w Wielkiej Brytanii) obserwujemy zmiany na mapie poparcia dla poszczególnych partii. Lewica zdobywa więcej głosów w zamożnych częściach kraju, obszarach miejskich, miastach uniwersyteckich itp. Prawica zdobywa więcej głosów na prowincji, na przedmieściach… Nowi konserwatywni wyborcy są mniej zamożni niż w przeszłości. Wynika to częściowo z faktu, że poparcie, jakiego obywatele udzielają w wyborach, ma związek zarówno z kulturą i tożsamością, jak i kwestiami społeczno-ekonomicznych. To Brexit ujawnił podział, jaki istnieje w Wielkiej Brytanii między kulturą i tożsamością, ale przyspieszył także zmiany polityczne, a to ze względu na sposób, w jaki wielu polityków próbowało uniknąć realizacji wyników referendum. Boris Johnson szedł do wyborów w 2019 roku, wiedząc, że w tamtych wyborach straci niektórych dotychczasowych wyborców Partii Konserwatystów – część z tych, którzy głosowali za pozostaniem w UE. Dlatego musiał pozyskać nowych wyborców, aby zapewnić sobie większość. Ta grupa jego nowych zwolenników, jak zresztą słusznie ich zidentyfikował, to dotychczasowi wyborcy Partii Pracy, którzy z kolei popierali Brexit. Niegdyś to była grupa wywodząca się z białej klasy robotniczej, zamieszkującej na terenach Anglii i Walii. Widać, że zmiany w preferencjach wyborczych przyśpieszają, a to oznacza, że Partia Konserwatywna będzie musiała w kwestiach gospodarczych przesunąć się w lewo, a jednocześnie wykazać się twardym stanowiskiem w kwestiach kulturowych.

Niektóre zagadnienia, o których tutaj mówimy, są wspólne dla wszystkich krajów zachodnich. Czy konserwatyści stoją w obliczu kryzysu tożsamości?

Nie nazwałbym tego kryzysem tożsamości, ale na pewno partia będzie musiała się zmienić, a niektórym członkom partii ta zmiana się nie spodoba. Wielu ekonomicznych i kulturowych liberałów – którzy byli całkiem szczęśliwi, gdy u władzy byli David Cameron i George Osborne – czuje się teraz trochę na uboczu. Część z nich została wyrzucona z partii z powodu Brexitu. Niektórzy znikną z pola widzenia, niektórzy być może zostaną i będą walczyć. Ale myślę, że odkryją, że toczą przegraną bitwę. Partia staje się teraz atrakcyjna dla tych ludzi, którzy nigdy wcześniej nie uważaliby się za konserwatystów.

Czy ta brytyjska mutacja Partii Konserwatywnej utoruje drogę innym konserwatywnym partiom w Europie?

Uogólnianie jest zawsze ryzykowną rzeczą, ale jasne jest, że niektóre z zagadnień, o których tutaj mówimy, są wspólne dla wszystkich krajów zachodnich. Niektórzy powiedzieliby, że część krajów europejskich (na przykład kraje skandynawskie) nie mają problemów takich jak Wielka Brytania. Jednakże w rzeczywistości poparcie dla tradycyjnego modelu skandynawskiego słabnie wraz z dywersyfikacją społeczeństwa, tak jak to ma miejsce w Szwecji. To dobry przykład, który pokazuje jak kryzysy kulturowe i ekonomiczne mogą się zbiegać. Gospodarka niemiecka wygląda zdrowo, gdy spojrzy się na rezultaty w skali kraju, ale na wschodnich terenach kraju naprawdę występują trudności. We Francji konserwatyści z pewnością muszą pomyśleć o tym, jak mogą zastosować ich filozofię do rozwiązywania obecnych problemów i wyzwań.

Dominic Cummings jest w stanie wojny z „biurokratami” i „elitami”? Co pan myśli o kompetencjach, jakie posiadają?

Jeśli chcemy zmienić kraj, będziemy musieli zmienić system władzy. „Dom” ma rację, mówiąc że reforma służby cywilnej jest fundamentalna dla sprawnego rządzenia w przyszłości. Uważam, że Wielka Brytania musi radykalnie zdecentralizować system władzy. Musimy zakończyć proces dewolucji władzy w kierunku Szkocji, Walii i Irlandii Północnej i stworzyć system prawdziwie federalny. Całość musi ulec decentralizacji na rzecz narodów, za wyjątkiem tych kompetencji, które muszą konieczne pozostać w Londynie. Szerokie kompetencje muszą być powierzone burmistrzom i radom powiatów. Musimy zreformować system władzy w jego centrum, aby zmiana była skuteczna.

To pod koniec posiłku dowiemy się, czy pudding był dobry. Pan obwinia „ultraliberałów”…

Trzeba wiedzieć, że istnieją różne formy liberalizmu, proponuję spojrzeć na nie jako na koncentryczny krąg. Mamy „liberalizm zasadniczy”, z którego założeniami (poza garścią ekstremistów) możemy wszyscy na Zachodzie się zgodzić. On głównie dotyczy instytucji, norm i praw, które sprawiają, że demokracja parlamentarna i wolne społeczeństwo funkcjonują, opiera się na: wyborach, praworządności, niezależnym systemie sądowniczym, wolnej prasie, prawach mniejszości i gospodarce rynkowej. Następnie, w kolejnym kręgu, mamy „liberalizm elitarny”, czyli zbiór przekonań podzielanych przez członków klas rządzących oraz członków elitarnych instytucji, z którym jednak większość społeczeństwa się nie zgadza. Mowa tu między innymi o masowej imigracji, wielokulturowości, pozbawionym wszelkich regulacji rynku pracy, ograniczonym wsparciu dla rodziny i członkostwie w ponadnarodowych instytucjach. Natomiast jest jeszcze jeden krąg, który nazywam „ultraliberalnym zatrzaskiem”. W takim systemie prawica skupia się na fundamentalizmie rynkowym, a lewica na liberalizmie kulturalnym, przy jednocześnie coraz bardziej aktywnej polityce tożsamości. Wspomniane dwa nurty oddziałują na siebie, wzmacniając wzajemnie dwie przeciwstawne sobie postawy i powodując atomizację, dyslokację społeczną i podziały gospodarcze.

A więc pana punkt widzenia jest zgodny z agendą Borisa Johnsona.

Być może… Uznałem, że jego program wyborczy jest słuszny, w tym działania gospodarcze jakie podjął on od czasu kryzysu Covid-19. Wydaje się, że premier przesuwa stanowisko partii w lewo, jeśli chodzi o sferę gospodarczą. Za to w niektórych kwestiach – ale nie wszystkich, wystarczy spojrzeć na imigrację – Johnson wykazuje przywiązanie do tradycjonalizmu kulturowego. Ale to pod koniec posiłku dowiemy się, czy pudding był dobry i to pod warunkiem, że Johnson będzie gotowy posunąć się tak daleko w realizacji swoich założeń w obu sferach, jak to będzie konieczne.

Czy nadal uważa pan, że Brexit jest właściwą drogą, którą należy dalej kroczyć?

Absolutnie! Brexit zmieni charakter naszej gospodarki i będziemy musieli podjąć poważne decyzje, aby się do takiej zmiany dostosować. Natomiast dla mnie, Brexit był kwestią suwerenności. Nigdy nie uważałem, że członkostwo w UE jest w zgodzie z demokracją parlamentarną.

Czy istnieje poważne ryzyko „braku porozumienia” w grudniu?

Myślę, że nasz rząd jest bardziej niż kiedykolwiek gotowy odrzucić porozumienie, jeśli nie będzie wynikało z niej nic rozsądnego.

Źródło: Arnaud De La Grange/„Le Figaro”