W toku epidemii spotkało mnie kilka niespodzianek. To znaczy kraje i stronnictwa, jakie onegdaj uważałem za wyważone i liberalne, z dnia na dzień przekształciły się w policyjne, autorytarne i hipokrytyczne despotie. Inne narody i środowiska, do których wcześniej miałem pewne zastrzeżenia, okazały się jednak przyjaciółmi zdrowego rozsądku i swobód obywatelskich.

Oczywiście od początku polityki tzw. lockdownu wielu ostrzegało, że jest to system niesprawiedliwy, być może nawet wymierzony w ochronę interesów tylko niektórych grup społecznych, często już dostatecznie uprzywilejowanych. Bliższe natomiast i bardziej odległe skutki zatrzymania życia społecznego oraz gospodarczego, a także sam wzrost represyjności państwa, musiały siłą rzeczy uderzyć w najuboższych, wykluczonych i tak zwanych zwykłych ludzi.

Hipokryzję tych uprzywilejowanych grup społecznych dało się zauważyć już na wczesnym etapie pandemii. Spójrzmy choćby na przykład Wielkiej Brytanii, gdzie prof. Neil Ferguson, który stał się twarzą lockdownu od strony naukowej, bardzo szybko naruszył jego zasady już od strony czystko ludzkiej, co zresztą szeroko opisywała brytyjska prasa. Podobnie gdy chodzi o kwestie polityczne, rząd Jej Królewskiej Mości kazał siedzieć obywatelom w domach i nasyłał policję na osoby zbyt daleko wyprowadzające psy, studentów mieszkających w akademikach, żebraków z konieczności kręcących się po ulicach i tak dalej. Sami politycy spotykali się w tym czasie na grupowych popijawach z udziałem premiera (chodzi o tzw. partygate). Lider brytyjskiej opozycji okazał się zresztą nie lepszy, bo przyłapano go na dwuznacznym popijaniu piwka w towarzystwie podwładnych (tym razem ukuto pojęcie „beergate”). Innymi słowy, naukowcy obliczyli sobie, że lockdown być musi, a politycy to chętnie wdrożyli w życie pod postacią formalnie drakońskiego prawa, chociaż po ludzku to wcale nie chcieli albo nie byli w stanie przestrzegać swoich oderwanych od rzeczywistości wymysłów. Jednocześnie groźnie pokrzykiwali na obywateli – tym razem za pośrednictwem pasa transmisyjnego w postaci usłużnych mediów – że są covidiotami i denialistami, kiedy ci wyszli po prostu w pojedynkę lub w małych grupach na spacer czy na plażę.

Systemowo i strukturalnie sprawa też okazała się skomplikowana. Na przykład na początku 2021 roku kilku szkockich duchownych musiało udać się aż do sądu, aby postarać się o dekryminalizację chociaż częściowej możliwości osobistego udziału w nabożeństwach. Kilka miesięcy później, już bez większych problemów i żadnej batalii sądowej, mogła się spotkać inna sekta, mianowicie uczestnicy szczytu klimatycznego w Glasgow. Były tam wprawdzie jakieś obostrzenia, ale podobne mogły być i w kościołach. Jak to więc jest, że do kościoła chodzić nie wolno, a na szczyt klimatyczny już bez problemów można przyjechać nawet masowo i to z daleka?

Niespodziewanymi przyjaciółmi wolności okazali się zresztą aktywiści z Amnesty International. Najpierw włoski oddział tej fundacji dostrzegł – wbrew panującej wówczas retoryce strachu, poniżenia i politycznej poprawności – że jednak dyskryminacja osób niezaszczepionych ma pewne granice, których ze względu na prawa i szacunek do drugiego człowieka nie należy przekraczać. Aktualnie natomiast Amnesty International opublikowało interesujący raport, z którego wynika, że „Nadmiernie represyjne polityki anty-covidowe spowodowały na całym świecie jeszcze większą stygmatyzację i dyskryminację wielu grup społecznych. Zamiast pomagać, wiele państw skupiło się tylko na karaniu.”. O czym niżej podpisany pisał od pierwszego dnia tej epidemii politycznych nadużyć i biurokratycznej hipokryzji. Przez ostatnie dwa lata naukowość i rozsądek równała się jednak popieraniu bezkarności urzędników, wszechwładzy służb o charakterze policyjnym i zadeptaniu autonomii człowieka, a w takich warunkach – które tylko z pewną dozą przesady można nazwać totalitarnymi – zawsze trudno o dysydenckie poglądy.

Ostatecznie sprawa nie jest oczywiście tak prosta, jak to wyżej przedstawiono. Bo i co to znaczy „chronić wrażliwe grupy społeczne”? To znaczy zakazać dzieciom chodzić przez prawie rok do szkoły, jak to zrobiono w Polsce, chociaż wiadomo, że im to szkodzi? Czy jednak zdjąć trochę ochrony na przykład z seniorów, żeby dzieci do szkoły chodzić mogły? Kto jest bardziej vulnerable: chory mieszkaniec domu starców czy zdrowe dziecko, które nie może iść do szkoły? Na ważeniu takich wartości opierają się wszelkie polityki społeczne. Dlatego nie możemy o zdanie pytać wyłącznie osób znających się na chorobach zakaźnych, kiedy w grę wchodzi na przykład edukacja. Nie powinniśmy w ogóle polegać tylko na opinii ekspertów, gdy okazuje się, że na skutek wprowadzenia nieelastycznego reżimu prawnego panuje powszechna niesprawiedliwość i arbitralność (jednemu wolno, a drugiemu nie wolno). Jak to mawiał Thomas Sowell: „There are no solutions, there are only trade-offs.”. Jednocześnie należy pamiętać o tym, że COVID to z pewnością nie katar, tylko choroba, która może zabić. Mam jednak wrażenie, że jedne narody lepiej niż inne potrafiły określić balans pomiędzy epidemiologiczną koniecznością a humanitarną względnością.

Michał Góra

Poprzedni artykułGrozi nam totalna kontrola naszych pieniędzy i naszego życia
Następny artykułTo państwo ma najlepszą cenę gazu w Europie