Gospodarka polska jest w wysokim stopniu ze znacznie większą gospodarką niemiecką powiązana, więc jeśli Niemcy dostaną kataru, to u nas może się to skończyć zapaleniem płuc. Albo nawet czymś gorszym. Jeśli tedy rzeczywistym celem wojny na Ukrainie jest nie tylko obezwładnienie Rosji, ale i zrujnowanie gospodarek niemieckiej, francuskiej i włoskiej, to czyż nie lepiej rozumiemy nie tylko angielski „Brexit”, ale i obecny brytyjski zapał wojenny? – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

– Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu – powtarzał Małemu Księciu Lis w książce Antoniego de Saint-Exupery „Mały Książę”. Ta książka uważana jest za lekturę dla dzieci, ewentualnie dla dorastającej młodzieży – bo jest tam arcydelikatny wątek miłosny,  kiedy Mały Książę zakochał się w róży – o czym w 1967 roku pięknie śpiewała Katarzyna Sobczyk („W maleńkiej róży kochał się Książę na jednej z wielu gwiazd…”) – ale dzisiaj dorastająca młodzież woli inne utwory, bo nie rajcują jej żadne tam „róże” tylko całkiem inne sprawy – czy na przykład nie wybrać sobie innej płci, albo czy nie zakochać się w jakiejś „istocie czującej”, na przykład w kozie. Niedawno mimo woli usłyszałem rozmowę takich nastolatków, w której jeden przekonywał drugiego, że romans z kozą jest „zajebisty”.

Mniejsza jednak z tymi pedagogikami, które Judenrat „Gazety Wyborczej” lansuje swoim mikrocefalom, bo w „Małym Księciu” jest również wiele głębokich wskazówek praktycznych – również w dziedzinie sztuki rządzenia. Oto Mały Książę przybywa na planetę zamieszkałą przez Króla, który na jego widok z radością woła: „oto poddany!” – a następnie wprowadza swego gościa w arkana sztuki rządzenia. Ponieważ Król przedstawił się Małemu Księciu jako władca absolutny i nie znoszący sprzeciwu, Mały Książę poprosił go, aby zarządził mu zachód słońca. Tedy Król zajrzał do kalendarza i powiada: zarządzam zachód słońca na godzinę 19.15. – I zobaczysz, jaki mam posłuch! Innym razem wyjaśnia mu, że nawet władza absolutna ma swoje granice: „Jeżeli rozkażę generałowi, aby jak motylek przeleciał z kwiatka na kwiatek, albo zamienił się w morskiego ptaka, a generał nie wykona tego, to czyja to będzie wina?” – pytał retorycznie. Przykład Króla pokazuje, że miał on poczucie rzeczywistości, to znaczy zdawał sobie sprawę, że – zgodnie z zasadą przyczynowości – z określonych przyczyn muszą wyniknąć określone skutki.

Szkoda, że pan premier Mateusz Morawiecki najwyraźniej chyba tego nie wie albo nie rozumie, gdyż w przeciwnym razie chyba nie podpisywałby się pod programem „dekarbonizacji” Polski ani nie wychodziłby przed orkiestrę, blokując import do Polski rosyjskiego węgla, za który – mówiąc nawiasem – polscy importerzy już zapłacili. Toteż teraz zarówno pan premier, jak i Naczelnik Państwa energicznie dementują fałszywe pogłoski, jakoby na składach brakowało węgla. Cóż można na to powiedzieć?  Można tylko zacytować księcia Gorczakowa, ministra spraw zagranicznych Aleksandra II oraz krótko – Aleksandra III. Miał on zasadę, by nigdy nie wierzyć informacjom nie zdementowanym. Dopiero informacja zdementowana zasługiwała w oczach księcia Gorczakowa na wiarygodność.

Wojna na Ukrainie toczy się – jak wiadomo – o wolność, a także o pokój. To jasne i oczywiste, bo nigdy nie słyszałem, by jakaś wojna toczyła się o wojnę. Wszystkie toczą się o pokój, więc można powiedzieć, iż wybuchają one z powodu umiłowania pokoju. Może umiłowania przesadnego, na przykład takiego, by zagwarantować pokój raz na zawsze. A kiedy można zagwarantować  pokój raz na zawsze? Odpowiedź jest prosta jak budowa cepa: wtedy, gdy już nie będzie żadnych wrogów, którzy mogliby zagrozić pokojowi. A kto może zagrozić pokojowi? To też jest jasne: pokojowi mogą zagrozić wszyscy ci, którzy się z nami nie zgadzają. Jeśli tedy pragniemy zagwarantować pokój, to nie ma innej rady – musimy pozabijać albo przynajmniej obezwładnić wszystkich potencjalnych wrogów. To właśnie całkiem niedawno powiedział amerykański sekretarz obrony, pan Lloyd Austin – że mianowicie celem tej wojny jest obezwładnienie Rosji. Co prawda ta deklaracja nie została przez nikogo zdementowana, ale być może od zasady wyznawanej przez księcia Gorczakowa były jakieś wyjątki.

Musimy jednak pamiętać o uwadze Lisa, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, więc spróbujmy zejść pod powierzchnię zjawisk i za radą Wieszcza „wstąpić do głębi”. Starannie skrywanych zamiarów nie przenikniemy, bo ukrywają je nie tylko ich autorzy, ale również zastępy pierwszorzędnych fachowców. Tak właśnie jest ze wszystkimi zbawiennymi reformami, które mają dwojakie cele. Deklarowane i rzeczywiste. Cele deklarowane są z reguły patetyczne i nie mogą się nie podobać – ale mają tę wadę, że albo się spełniają, albo nie. Na ogół nie – a najlepszym tego dowodem jest choćby to, że każda ekipa pretendentów do przychylania nam nieba stręczy nam co i rusz jakieś reformy, przy czym pomysły reformatorskie w dodatku nawzajem się wykluczają. Na szczęście oprócz celów deklarowanych są cele rzeczywiste, które mają to do siebie, że muszą się pojawić i to zaraz na początku żmudnego procesu reformowania. Bardzo dobrego przykładu dostarczają cztery wiekopomne reformy charyzmatycznego premiera Buzka. Deklarował on przychylenie nam nieba aż w czterech obszarach życia publicznego, ale nic z tego nie wynikło prócz tego, że już na samym początku żmudnego procesu reform objawił się ich cel rzeczywisty w postaci skokowego zwiększenia liczby synekur w sektorze publicznym i skokowego wzrostu kosztów funkcjonowania państwa, mniej więcej o 100 mld zł. Oznacza to, że jeśli nawet cele mogą być zakamuflowane, to skutków już ukryć się nie da. W tej sytuacji możemy z jawnych skutków dedukować o ukrytych celach.

Od niedawna niezależne media pełne są doniesień o nadchodzącym załamaniu niemieckiej gospodarki. W zależności od tego, kto niezależnych dziennikarzy wynajmuje, donoszą oni o tym albo z nieukrywaną Schadenfreude, albo z tak zwanym głębokim zatroskaniem. Media sympatyzujące z obozem „dobrej zmiany” i przez niego futrowane informują o zbliżającym się załamaniu z satysfakcją, bo rzeczywiście – Niemcy od początku roku 2016 prowadzą przeciwko Polsce wojnę hybrydową, jak nie pod pretekstem troski o demokrację, to pod pretekstem troski o praworządność, przy czym nietrudno się domyślić, że praworządność by u nas zakwitła niczym kwiat jednej nocy, gdyby rządy przejął obóz zdrady i zaprzaństwa z Volksdeutsche Partei na czele. W ramach tej wojny Niemcy chwytają się wobec Polski szantażu finansowego, a w tej sytuacji pojawienie się u nich oznak katastrofy gospodarczej jest przyjmowane z rodzajem radości, zgodnie z chińską „chorobą czerwonych oczu”, według której najlepiej jest, aby każdemu było tak źle jak mnie.

Niezależnie jednak od tych motywów warto zwrócić uwagę, że gospodarka polska jest w wysokim stopniu ze znacznie większą gospodarką niemiecką powiązana, więc jeśli Niemcy dostaną kataru, to u nas może się to skończyć zapaleniem płuc, albo nawet czymś gorszym. Jeśli tedy rzeczywistym celem wojny na Ukrainie jest nie tylko obezwładnienie Rosji, ale i zrujnowanie gospodarek niemieckiej, francuskiej i włoskiej, to czyż nie lepiej rozumiemy nie tylko angielski „Brexit”, ale i obecny brytyjski zapał wojenny?  Ale i to może być tylko kolejną powierzchnią zjawisk, bo jeśli zstąpimy bardziej do głębi, to możemy nawet lepiej zrozumieć niemieckie lamenty o nadchodzącym kryzysie. Czyż nadchodzący kryzys, którego podłożem jest energia, nie może stanowić argumentu, by plunąć na wszystkie sankcje, przy pomocy których USA przy okazji trzymają Europę za twarz i pod hasłem: ratuj się, kto może! – uruchomić gazociąg NordStream 2, w który Niemcy tyle przecież zainwestowały?

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułNowy atak Brukseli na Polskę: celem lasy i drewno
Następny artykułChiny wykluczą Rosję z Pasa i Szlaku? Na razie Pekin wstrzymał nowe inwestycje