Ze smutkiem obserwuję ostatnio przebieg debaty publicznej. Nie chodzi zresztą tylko o dyskurs krajowy. W cyfrowej epoce, w jakiej się nolens volens znaleźliśmy, właściwie każda dyskusja ma charakter powszechny i międzynarodowy. Zasmucającą mnie cechą nowego podejścia do dialogu społecznego jest jednak jego antypluralistyczny i ultramoralistyczny charakter. Jeśli bowiem mam rację, że takie trendy dominują, to czym się one różnią od najciemniejszych mroków średniowiecza i najgorętszych okresów realnego socjalizmu?

Rzecz w tym, że zawsze uważałem demokrację liberalną za ustrój warty poparcia właśnie dlatego, bo wydawał się on najlepszą gwarancją ochrony odmiennych, nawet skrajnych poglądów i wypowiedzi. Poza tym liberalny rząd nie powinien sobie rościć prawa do nadmiernej tresury i wychowania obywateli, uznając ich raczej za dorosłe i autonomiczne jednostki, które w szerokim zakresie mają prawo same poszukiwać tego, co dla nich najlepsze. Nawet jeśli sobie czasem przy tym zaszkodzą. Naiwnie wydawało mi się, że odpowiedzią na różnice zdań w liberalnej demokracji nie będzie cenzura ani próba zamknięcia ust przeciwnikom, lecz polemika. Bez tego komponentu demokracja liberalna traci przecież swój sens i staje się reżimem takim jak każdy inny. Żadna z tych wartości nie ma, rzecz jasna, charakteru absolutnego (a więc ani wolność, ani autonomia), ale jednak klasyczny liberalizm powinien się kierować zasadą in dubio pro libertate albo favorem libertatis, a więc swego rodzaju domniemaniem wolności („w razie wątpliwości na rzecz wolności”). Zdecydowanie uważam, że ten kierunek myślenia jest obecnie w odwrocie i to jednostka musi sobie wszelką wolność wyrywać ze szponów państwa i kolektywu, a naczelną zasadą współczesnego państwa dobrobytu, które na dodatek chyba przeszło w tryb gospodarki wojennej, stało się in dubio pro securitatis („w razie wątpliwości na rzecz bezpieczeństwa”).

Nadmieńmy może, że mówimy o systemie społeczno-politycznym, który ostatnio jest również coraz mniej wydajny, na co zresztą narzekają obie strony. Zarówno ta bardziej prawicowo-populistyczna, jak i ta lewicowo-technokratyczna. Autorytarni populiści od dawna nie przepadają za demokracją, uznając ją za ustrój dekadentów i słabeuszy. W to miejsce proponują raczej hierarchię, porządek i autorytet wymuszany głównie twardą ręką lidera. Technokraci nienawidzą z kolei demokracji za jej populistyczny komponent, skoro często nie ukrywają już nawet pogardy dla zwykłych ludzi. Ciemniaki nie chcą przecież zezłomować swoich starych samochodów i jeść trawy w imię ochrony klimatu, nosić masek i szczepić się ze względów epidemiologicznych, czytać Olgi Tokarczuk, „bo tak wypada”, a teraz jeszcze prawdopodobnie będą protestować przeciwko zmuszaniu ich do skręcania temperatury w mieszkaniach. Naturalnie nikt głośno nie powie, że to ostatnie może być winą demokratycznych liderów, których wieloletnią politykę energetyczną obnaża jedna wojna, na dodatek tocząca się poza granicami EOG i NATO. Chętnie będziemy natomiast ścigać, karać i ganić zwykłych ludzi, którzy przecież nie mają na to wszystko realnego wpływu i trudno, żeby całym sercem pragnęli mieszkać w zimnych domach.

Demokracji liberalnej więc tak naprawdę nie lubi już powoli nikt. Libertarianie, ponieważ przestaje ona stanowić gwarancję ochrony wolności indywidualnych, przedkładając bezpieczeństwo i poprawność polityczną ponad swobodę ekspresji. Populiści, bo nigdy jej tak naprawdę nie lubili, a na dodatek „ekscesy” postępu w zakresie choćby spraw obyczajowych stają się coraz trudniejsze do zniesienia dla coraz szerszego grona wyborców. Technokraci i postępowcy obrażają się na demokrację, którą sami „wymyślili”, gdyż pospólstwo nie chce ich słuchać, bredzi coś o wolności osobistej i jeszcze sobie urządza żarty z uniwersytetów i metody naukowej.

W tym kontekście chciałbym poruszyć nowy przypadek społecznej kontrowersji. Zacznę od tego, że od wczesnej nastoletniości jestem pasjonatem muzyki rockowej. Do moich ulubionych zespołów i największych inspiracji należał progresywny, angielski zespół Pink Floyd. Mieszanka wolnego tempa, bluesowych wzorców i relatywnie prostych, ale nie prostackich partii instrumentalnych idealnie trafiała w moje gusta. Każdemu fanowi zespołu Pink Floyd znany jest trudny charakter jego ex-lidera w osobie Rogera Watersa, który skonfliktował się właściwie z całą resztą grupy. Kiedy jako nastolatek słuchałem twórczości tego zespołu, należałem raczej do obozu Davida Gilmoura. Przede wszystkim stanowił on dla mnie inspirację jako niepopisujący się, a raczej chwytający za serce i melodyczny gitarzysta. Poza tym, był znacznie bardziej utalentowany wokalnie niż jego zespołowy konkurent. Śpiew Rogera Watersa należy określić jako orbitujący blisko granicy deklamacji, krzyku, a czasem zwyczajnie fałszu. Plotkowano także, że niektóre wpadające w ucho i udane partie basowe nie były przez niego faktycznie realizowane w studio. Nie chcę jednak narazić się na zarzut zniesławienia i szerzenia fake newsów, a więc dodam, że to tylko anegdoty. Mimo wszystko Watersa ceniłem za fakt bycia swego rodzaju mózgiem i wizjonerem zespołu, a także za warstwę liryczną. Z tą warstwą słowną wiązała się zresztą pewna egzaltacja i rozpolitykowanie, które być może wpędziły słynnego basistę w dzisiejsze tarapaty.

Teksty Rogera Watersa, który stracił ojca żołnierza w trakcie drugiej wojny światowej, wręcz do granic kiczu i śmieszności poruszały właśnie problem wojny. Pod koniec lat 70. i na początku lat 80., a więc w okresie dwóch ostatnich płyt nagranych w „starym” składzie zespołu, tematyka ta była mocno przez Watersa eksploatowana. Nieco później Waters zasłynął z antyizraelskiej retoryki. Kiedy byłem młodszy, uważałem to zresztą za naiwne i rażąco niewłaściwe. Dzisiaj na ten problem mam mimo wszystko bardziej zniuansowane poglądy i biorę pod uwagę to, że każdy człowiek musi odpowiednio wyważyć swoje ewentualne anty-islamskie uprzedzenia z anty-izraelskimi fobiami. Z jednej strony po to, aby nie popaść w islamofobię, a z drugiej, aby nie stać się ordynarnym antysemitą. Mimo wszystko nawet dla laika powinno być dość jasne, że problematyka stosunków izraelsko-palestyńskich jest bardziej złożona, niżby to mógł wyrazić jeden protest song. I choćby ze względu na to moje złagodzenie poglądów na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie nie jestem skłonny do potępiania innych za opinie, z którymi w danymi momencie się nie zgadzam.

Z uwagi na gorącą, toczącą się jeszcze wojnę Rosji z Ukrainą, na Zachodzie niemile widziana jest natomiast ambiwalencja w wypowiedziach dotycząca nowego konfliktu. Trudno zresztą spojrzeć na niego z dystansem, skoro Rosjanie znowu pokazali, że bestialstwo nie jest im obce, a granice sąsiednich państw stanowią dla nich najwyraźniej tylko abstrakcyjne linie na mapie, które zawsze można przesunąć. W takim klimacie Roger Waters zaczął głosić – delikatnie mówiąc – niepopularne poglądy, które sprowadzały się do kilku tez.

Po pierwsze, Waters twierdzi, że przesyłanie broni Ukrainie jest „dolewaniem benzyny do ognia”. Rzecz w tym, że to nie jest kompletnie oderwany od rzeczywistości pogląd, choćby z punktu widzenia czysto logicznego. Nie chcę wyjść na swego rodzaju „zbrojeniowego antyszczepionkowca”, ale przemysł militarny i najwyraźniej amerykańscy demokraci mają swoje interesy w konfliktach zbrojnych, a ich rola jako „policjanta świata” jest oczywiście ambiwalentna. Każda bowiem interwencja, każda polityka zagraniczna przynosi zawsze obok pozytywnych skutków zamierzonych, prawie zawsze także niezamierzone i negatywne skutki uboczne. Co prawda „racjonaliści” i „normalsi” mają skłonność zarzucania pacyfistycznym lub izolacjonistycznym pięknoduchom, że ci żyją w świecie nierealnej fantazji. Dlaczego jednak mielibyśmy komuś zabronić bycia programowo i absolutystycznie pacyfistycznym, zwłaszcza jeśli jest lewicującym artystą?

Po drugie, a to bardziej kontrowersyjne, Waters powtarza niektóre tezy rosyjskiej propagandy, na przykład o nacjonalistycznym zabarwieniu ukraińskiego rządu. Rozbijmy jednak ten pogląd na atomy. Przede wszystkim ma to wszystko charakter krytyki wewnętrznej, ponieważ Waters jest człowiekiem lewicy. Słusznie więc zarzuca hipokryzję Zachodowi, który jeszcze niedawno na dźwięk słów „nacjonalizm”, „duma narodowa”, „siły zbrojne” i tak dalej dostawał spazm, a obecnie z konieczności musi zaakceptować postawy nacjonalistyczne i militarystyczne na Ukrainie. Jak bowiem inaczej nazwać z jednej strony ukrainizację kraju, a z drugiej prawodawstwo wymierzone w mniejszości etniczne? Dlaczego ci sami ludzie, którzy nie mogą patrzeć na Marsz Niepodległości nagle nabrali wody w usta, gdy chodzi na przykład o dwuznaczną symbolikę Pułku Azow? Wokół jakiej niby idei miałaby się skupić wojna obronna Ukrainy, jeżeli nie wobec zjednoczonego narodu? To wszystko być może należy zaakceptować w imię wyższych racji, ale dlaczego w obcym państwie tak, a w swoim własnym już nie? W tym sensie Waters obrazuje raczej oderwanie od rzeczywistości elit, które wszędzie widziały kapitalistycznych, białych nacjonalistów i proponowały w to miejsce skupienie ludzi wokół niemniej sfabrykowanych tworów. Dlaczego niby ośmiesza się tradycyjną ideę narodu jako sztuczny i romantyczny wytwór kultury, ale zupełnie arbitralną i właściwie wyłącznie prawno-polityczną konstrukcję, jaką jest choćby Unia Europejska, uznaje się za przejaw postępowości? Dlaczego szacunek wobec flagi narodowej jest widziany jako przaśny i zaściankowy, ale wywieszanie tej niebieskiej z gwiazdkami już jako symbol postępu? Większość zatem intelektualistów może się w Watersie przejrzeć jak w zwierciadle i może to ich boli najbardziej. Zapędzenie się przez Watersa w kozi róg to raczej nauczka dla naiwnych internacjonalistów, a nie przyziemnych konserwatystów.

Chciałbym wyjaśnić, że ostatecznie nie zgadzam się z radykalnymi tezami Watersa. Moje osobiste poglądy są znacznie bardziej pro-ukraińskie, ale nie na tyle, żebym nagle chciał odżegnywać od czci i wiary tych, którzy się ze mną nie zgadzają. Brak zgody uznaję zresztą za najlepszy powód, aby uczciwy człowiek bronił możliwości wypowiadania przez drugiego odmiennych poglądów. Wracając natomiast do samego muzyka, to jego rozumienie rzeczywistości jest naiwne i sprowadza się do rozłożenia rąk w sytuacji, gdy trzeba wybrać pomiędzy mniejszym a większym złem. Waters udaje demokratę i postępowca, ale nie rozumie najwyraźniej, że akceptując Putina, zaprzecza własnym wartościom i może nawet doprowadzić do ich zniszczenia. A może Roger Waters chce się posłużyć prawdziwym imperialistą i nacjonalistą, jakim jest Putin, żeby zniszczyć tych bardziej urojonych, jakimi są chyba zachodni kapitaliści?

Pomimo tego z pewnym jednak rozczarowaniem przyjąłem podawane przez prasę wiadomości o tym, jakoby planowane były odgórne i polityczne bojkoty koncertów kontrowersyjnego artysty. Po pierwsze, nie wydaje mi się, aby Roger Waters był aktywistą prorosyjskim sensu stricte. Raczej zaślepiła go i zgubiła nadmierna anty-zachodniość. Nie wykluczałbym nawet wątku osobistego, to znaczy chęci wyróżnienia się na tle poglądów dawnych kolegów z zespołu. Po drugie, w sprawach kultury i artystów to przecież środowiska postępowe są zwolennikami daleko idącej swobody ekspresji. Skoro państwo, kościół i inne instytucje mają się nie wtrącać, czy ktoś sobie wystawia na przykład pomnik złotej waginy, to dlaczego nie zastosujemy tej samej miary do wyszczekanego i podstarzałego już rockmana? Poza tym gdybyśmy chcieli bojkotować wszystkich nie do końca rozsądnych, ale popularnych artystów, to naprawdę niewielu by nam pozostało do podziwiania.

Warto zatem zrozumieć jedną rzecz. W sprawach dotyczących swobody ekspresji nie chodzi o rozważanie słuszności takich czy innych konkretnych treści ani o tani moralizm, lecz o samą metodę. Niezależnie od tego, czy jest to twarda i prawna cenzura, o którą zresztą coraz więcej środowisk zabiega, czy tylko „miękkie” kancelowanie – w liberalnej demokracji należy to wszystko systemowo odrzucić.

Michał Góra

Poprzedni artykułAmerykanie przedstawili Polsce ofertę budowy reaktorów jądrowych
Następny artykułTak na rozkaz Brukseli topi się pieniądze z KPO