Z cancel culture jest tak, że możesz się z „elitą oburzonych” zgadzać w 99 proc., ale jedna niezgodna z oczekiwaną linią wypowiedź skaże cię na wiekuiste potępienie. O czym przekonał się właśnie papież Franciszek – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Jedną z największych trucizn współczesnej demokracji liberalnej jest tzw. kultura cancelowania. Przejawia się ona w tym, że osoby, które głoszą niepoprawne politycznie poglądy, stają się celem wzmożonej krytyki, podważana jest ich wiarygodność zawodowa i w efekcie skazywane są na swego rodzaju śmierć cywilną. Jest to po prostu eufemizm, używany na określenie faktycznej cenzury i zjawiska wymierzania sprawiedliwości przez tłum. Współcześnie gromadzący się oczywiście na Twitterze i Facebooku, a nie na ulicach, aby zaprowadzić regularne pogromy.

Jest to o tyle zabawne, że „kancelatorami” są często osoby wywodzące się z tego samego środowiska, które jeszcze niedawno wierzyło nie tylko w postmodernistyczny relatywizm (np. że płeć jest płynna), ale rzekomo także wolność słowa i swobodę ekspresji. Pokładały one również nadzieję w resocjalizacji, liberalnym prawie karnym (bo przecież surowe kary to pisowski populizm penalny, no chyba że chodzi o pandemię, to wtedy trzeba surowo karać), a być może nawet w to, że popełniane przestępstwa nie są indywidualną winą samych sprawców, ale problemem „niesprawiedliwych struktur społecznych”. Aktualnie jednak, kiedy ktoś „chlapanie” coś na Twitterze na temat płci, orientacji, chorób zakaźnych albo wojny, może być wykluczony z udziału w masowym życiu społecznym na wieki wieków. Gdy ukradnie natomiast prawie 1000 dolarów, jak przewiduje na przykład kalifornijskie prawo karne, to w imię progresywnych wartości przymkniemy oko na jego występek. Kto powiedział publicznie coś głupiego, kontrowersyjnego albo co po prostu okazało się ostatecznie nie do końca zgodne z prawdą, nie ma prawa do odkupienia. Poważny przestępca ma już prawo do sądu penitencjarnego i wyjścia na warunkowe zwolnienie za „dobre sprawowanie”. Cudaczna i trudna do zaakceptowania aksjologia.

Oczywiście, nie jest tak, że każdy zbrodniarz może się powołać na to, że został niesprawiedliwie skancelowany. Dlatego kuriozalna była wypowiedź gaspadzina Władimira Putina, jakoby Rosja została poddana takiej właśnie procedurze. Generalnie sankcje gospodarcze i dyplomatyczne są powszechnie oceniane jako adekwatna odpowiedź na rosyjską agresję i ja doskonale rozumiem, dlaczego tak jest. Trudno się też dziwić zachodniej opinii publicznej, że jest niechętna samym Rosjanom, skoro różne badania i ankiety wskazują na duże poparcie dla polityki Kremla ze strony „statystycznych” wyborców.

Niemniej nieco racji może być w tym, że absurdalne jest cancelowanie całej kultury rosyjskiej, także tych dokonań, które odnotowano, zanim w ogóle Putin doszedł do władzy. Nie wszyscy komentatorzy, nawet ci progresywnie i liberalnie nastawieni, się z tym zgadzają. Tylko tytułem przykładu wskażę, że Uniwersytet, na którym studiowałem, znajduje się przy ulicy Jurija Gagarina w Toruniu. Nikomu to do tej pory nie przeszkadzało, chociaż Sowieci pionierami praw człowieka raczej nie byli. Nie zamierzam też przestać słuchać rosyjskojęzycznej muzyki. Całe szczęście minister Piotr Gliński w przypływie dobroci postanowił mi tego nie zabraniać. Na ministerialnej stronie w mediach społecznościowych jego służby opublikowały bowiem fragment wywiadu dla „Super Expressu”, w którym to wicepremier orzekł, że „Nie zabraniamy jednak nikomu czytania prywatnie, w domu Achmatowej, Puszkina, rosyjskiej poezji, literatury czy słuchania rosyjskiej muzyki”. Z tego miejsca serdecznie Panu Ministrowi za to dziękuję. W obecnym klimacie, jaki panuje w odniesieniu do kwestii swobody ekspresji i wolności osobistej, traktuję to jako bardzo daleko idącą koncesję i ukłon w kierunku mojego małego rozumku, który sam może zdecydować co dobre, a co złe.

Niektórym jednak nie przeszkadza to, że ministrowie od kilku lat chcieliby rozporządzeniami decydować, czy możemy wychodzić z domu, czy nie, a teraz czują się upoważnieni zastrzec, że łaskawie nie będą przesądzać, czego możemy słuchać i co czytać. Ostatecznie to wszystko sprowadza się do tego, że wszyscy – nie tylko Putin – chcieliby decydować o tym, co ja mam myśleć. Odpowiedź na ten zarzut będzie zapewne taka, że to rzecz konieczna, bo mamy „nadzwyczajny kryzys”. A moja replika z kolei taka, że to już kolejny „nadzwyczajny kryzys”, więc wy z wyjątku chcecie zrobić regułę. To po co mi taka demokracja liberalna, skoro ona leży gdzieś zakurzona na półce i czeka, aż skończą się wszystkie kryzysy?

Ciekawsze w kulturze kancelowania jest zarazem co innego. Dotyka ona bowiem niekiedy także „swoich”. Najlepszym przykładem jest tutaj być może papież Franciszek. Dotychczas był on przedstawiany przez liberalno-demokratyczny komentariat właśnie jako „swój człowiek”, przeciwieństwo konserwatywnego „krążownika” Benedykta XVI. Franciszek martwił się bowiem klimatem, losem uchodźców, potępiał chciwych kapitalistów, a jego ekumenizm szedł tak daleko, że prawie czcił cudzych bożków. Z cancel culture jest jednak tak, że możesz się z „elitą oburzonych” zgadzać w 99 proc., ale jedna niezgodna z oczekiwaną linią wypowiedź skaże cię na wiekuiste potępienie. I tak jest właśnie ze sprawą papieża Franciszka, który nie powiedział wprost o agresji rosyjskiej na Ukrainę tego, co myślę o niej pewnie ja i większość Europejczyków. Brak bardziej jednoznacznego potępienia Rosji przez Watykan może boleć z czysto ludzkiego punktu widzenia. Być może nawet okaże się to historycznym błędem. Natomiast opinia publiczna zapomina chyba o tym, że Franciszek jest także dyplomatą. Cała ta sprawa nie musi więc wcale oznaczać braku pewnej konsekwencji, której zabrakło być może prezydentowi Bidenowi, gdy niedawno kluczył i jakby wycofywał się z części swoich ostrzejszych słów.

W każdym razie wszystko składa się w wygodną całość, bo kościół – czy to cyrylowski, czy franciszański – znowu jest zły. Poza tym, jak Franciszek śmiał zasugerować, że „Wszyscy jesteśmy winni”, skoro my poustanawialiśmy odpowiednie zdjęcia profilowe i nakładki na Facebooku? U nas „sowjesć czysta”, jak u prezydenta Łukaszenki. Szczególnie u tych wszystkich polityków, którzy jeszcze kilka lat temu straszyli wyborców „rusofobią” swoich adwersarzy.

Michał Góra

Poprzedni artykułBiznes postuluje korektę Polskiego Ładu
Następny artykułNowoczesne rozwiązania w branży medycznej. Polskie firmy stawiają na profilaktykę