Rozmowa o podatkach to wydawać by się mogło świetny temat do omówienia w kampanii wyborczej. Może takim jednak wcale nie być. I to z dwóch zupełnie różnych od siebie powodów.

Wyniki badań społecznych niekiedy zaskakują. Co do zasady, są bowiem rzeczy, co do których zgadzamy się prawie wszyscy – ale nie zawsze o tym wiemy. Zdecydowana większość z nas nie lubi wysokich podatków i pewna siebie grupa dobrze wypozycjonowanych intelektualistów, czasami zresztą takich in spe, nie jest w stanie jakoś bardzo zmienić tego ogólnego obrazu. Nawet wtedy, jeśli doliczylibyśmy do wyżej wymienionych również osoby o lewicowej nadwrażliwości.

Okazuje się, że Polacy obecne obciążenia postrzegają właśnie jako takie, jako wysokie. Widać to nieźle na przykładzie sondażu przeprowadzonego przez Centrum Badania Opinii Społecznej. Na pytanie: „Czy w obecnej sytuacji gospodarczej i finansowej należy w Polsce podnieść podatki?” prawie wszyscy ankietowani odpowiedzieli, że raczej nie lub zdecydowanie nie. Co ważne, byli oni również zapytani o swoje zapatrywania polityczne i deklaracje tego, na kogo będą już wkrótce, bo w tym roku, głosować. Za wyjątkiem Lewicy wyborcy wszystkich partii chcących podnieść podatki, a więc odpowiadający „zdecydowanie tak” i „raczej tak” nie zebrali wyniku dwucyfrowego. A i wyborców Lewicy chcących podwyżek było jedynie 11 proc. Reszta jej elektoratu, ponad 80 proc., była na nie. Także niezdecydowani i niegłosujący odpowiadali raczej zgodnie z pozostałymi – przeciwko podwyżkom. Jest to jakiś balsam na wolnorynkowe serce. Szkoda, że raczej cienki.

Z dwóch powodów. Po pierwsze, problem reformy naszego systemu podatkowego, czyli coś, pod czym śmiało mogłyby podpisać się wszystkie opozycyjne ugrupowania polityczne, nie istnieje jako istotny postulat w rozkręcającym się wyborczym maratonie. Oczywiście, różne partie a także frakcje wewnątrz partii mogą mieć i mają różne wizje tego, na co pieniądze zebrane w podatkach będą wydane. Ale im wszystkim powinno zależeć na tym, aby robił to możliwie sprawny aparat. Problemem jest jednak właśnie ta zgodność. Z badań CBOS wynika, że Polacy są tak zgodni, jak prawie nigdy i to w dodatku w kwestii jakże nieoczywistej. I na tym polega pułapka. Wybory to sztuka zakreślania linii demarkacyjnych pomiędzy elektoratami, gra w szukanie różnic – a nie punktów wspólnych. Niepodnoszenie podatków brzmi gorzej niż podniesienie ich dla najbogatszych. A to tylko jeden przykład. Dlatego też niekontrowersyjna kwestia podatkowa pozostaje nieruszona. Bo można domniemywać, że wszyscy chcieliby zmian – ale skoro tak, to po co o tym mówić? Niewiele politycznie można na tym zarobić. Trudno o oś sporu i wygranie czegoś na jej zakreśleniu.

W ten sposób zostaniemy z nieskonsumowaną szansą na naprawdę dobrą zmianę (tak, celowo używam tego określenia). Ze społecznej zgody co do tego, że przynajmniej na razie, w trudnym gospodarczo dla Polski momencie, nie należy podnosić danin, jest już tylko o krok od aprobaty dla pokazania pomysłów na reformę systemu. Taka jednak nie będzie w tempo oczekiwań żadnego z elektoratów, bo skoro można domniemywać, że chcą jej wszyscy – to w polityce trudno się na niej wybić.

Ale jest tu światełko w tunelu. Ci, którzy w polityce zaczną głośno mówić o sprawie podatków i zrobią z tematu opłat ponoszonych na rzecz państwa ważną dla swojej kampanii sprawę, będą mogli liczyć na premię, bo może uda się im przyciągnąć niektórych wyborców od konkurencji. Jest więc do zgarnięcia polityczny zysk, trzeba jednak umieć go podnieść.

Drugi powód jest inny i nie dotyczy polityków ale tych, którzy ich utrzymują. Wiedza ekonomiczna Polaków jest zwyczajnie niska i mogę podejrzewać, że sporo ludzi chcących niepodnoszenia podatków chciałaby jednocześnie utrzymania obecnego poziomu przekupstwa politycznego, tym są bowiem rozbuchane programy z plusem. Nie jest to zarzut wynikający ze złośliwości. Mamy historię, jaką mamy. Braki w otrzaskaniu się z rynkiem, ale też demokracją i politycznymi obietnicami składanymi przez nieodpowiedzialnych ludzi, ale za to w telewizji występujących w doskonale zawiązanych krawatach, nauczenie się inwestowania, zrozumienie mechanizmów budżetu domowego i państwowego – to wszystko trwa. Ale płacimy za to gremialnie już teraz lub zapłacimy prędzej czy później, choćby spłacając odsetki od zaciągniętych w naszym imieniu długów.

Gdyby bowiem postawić pytanie o to, czy zgadzasz się na zmniejszenie programów socjalnych, łącznie z ich całkowitą likwidacją, ale w zamian otrzymujesz nie tylko brak podwyżek, ale wręcz obniżki podatków – cóż, tutaj już chyba Polacy nie byliby tacy zgodni. Trudno się nam dziwić. Mimo wszystko jest jakiś elektorat, dla którego także takie stanowisko jest wartościowe.

Bo nie jest prawdą teza, jakoby w Polsce nie było wyborców chcących likwidacji choćby sztandarowego już 500+. Dzięki badaniom SW Research zrobionym dla portalu rp.pl, internetowej odnogi najbardziej opiniotwórczego dziennika w Polsce, dowiedzieliśmy się, że takich ludzi mamy w Polsce 24 proc. To dużo więcej, niż podpowiada nam polityczna intuicja. Ale wciąż mniejszość.

Możemy się więc cieszyć z odpowiedzi ankietowanych, reprezentatywnych przecież dla nas jako społeczeństwa. Odpowiedzi nieoczywistych. Przynajmniej w tej kwestii, jaką jest podwyżka podatków, wykazujemy się jako Polacy zaskakującym zrozumieniem okoliczności. I własnego interesu, bo dużo lepiej byłoby nawet utrzymać ich obecny poziom, ale jednocześnie sprawić, aby były skuteczniej, lepiej wydawane. To jednak oznaczałoby koniec plusików co miesiąc na koncie. Dla wielu może to być nie do przyjęcia. Oczywiście, są w Polsce i tacy, którzy chcieliby obniżki danin, nie tylko lepszego wydawania tego, co już pobiera od nas państwo. Oby ten elektorat rósł. I oby byli w przyszłości liczni politycy zainteresowani jego obsługą.

Marcin Chmielowski
* autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułCzego uczy nas balonowy spektakl nad Ameryką
Następny artykułJak automatyzacja wpłynie na zatrudnienie?