Po wybuchu pandemii COVID-19, a może nawet i wcześniej, klimat dla nieskrępowanej wolności słowa stał się na Zachodzie raczej nieprzychylny i duszny. Jest ona często traktowana jako niebezpieczne narzędzie, które ekstremiści i niepoprawni politycznie komentatorzy wykorzystują, aby zakłócać ciężko wypracowany (czyt. narzucony) konsensus co do istotnych spraw społecznych – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Nagroda Nobla, zarówno w kategoriach ściśle naukowych, ale też politycznych, jest jednym z najistotniejszych wyróżnień, jakie mogą spotkać człowieka. Co nie zmienia faktu, że komitetowi noblowskiemu zdarzały się wpadki.

Do dziś kontrowersje wywołuje na przykład kwestia nagrody przyznanej w 1949 r., którą w dziedzinie medycyny otrzymał António Egas Moniz, propagator lobotomii, niedługo później wypartej zresztą przez bardziej humanitarne metody farmakologicznego leczenia schorzeń psychiatrycznych.

Słusznie też prof. Francois Balloux zauważył na Twitterze, że „W 1973 r. pokojową nagrodę przyznano Henriemu Kissingerowi za jego zaangażowanie w negocjacje pokojowe”, pomimo tego, że niektórzy uznają doradcę prezydentów Nixona i Forda wręcz za zbrodniarza wojennego. Longin Pastusiak podkreślił natomiast w artykule „Prezydenci USA – laureaci Pokojowej Nagrody Nobla”, że przyznawano ją prezydentom Stanów Zjednoczonych, przy czym trzej z nich „otrzymali to zaszczytne wyróżnienie za konkretne osiągnięcia (…)”, natomiast w ostatnim przypadku nastąpiło to „zaledwie po kilku miesiącach sprawowania urzędu prezydenta, za dobre intencje jak przyznaje Komitet Noblowski, za stworzenie klimatu, który służy współpracy międzynarodowej”. Chodziło oczywiście o progresywnego prezydenta Barracka Obamę, któremu nagrodę wręczono pomimo tego, że USA były wówczas formalnie zaangażowane w konflikty zbrojne.

Niekiedy kontrowersje wywołują sami nobliści, których zachowanie określa się nawet „chorobą noblowską”, gdy – jak to określił Marcin Rotkiewicz w artykule „Genialni naukowcy też błądzą” – próbują „dryfować w kierunku dziwacznych teorii, a nawet pseudonauki”. Ostatnio o chorobę tę oskarżono na przykład Michaela Levitta, laureata w dziedzinie chemii z 2013 r., który w opinii kolegów zaczął wygłaszać wątpliwe poglądy na temat przebiegu pandemii COVID-19.

Przejdźmy jednak do zasadniczego wątku, jakim jest tegoroczna nagroda pokojowa. Na oficjalnym profilu poinformowano, że „Komitet Noblowski postanowił przyznać Pokojową Nagrodę Nobla za 2021 r. Marii Ressie i Dmitriemu Muratowowi za ich starania w zabezpieczeniu wolności ekspresji, która jest koniecznym warunkiem demokracji i długotrwałego pokoju”.

Jeśli potraktujemy środowisko związane z komitetem noblowskim jako część liberalnej i progresywnej elity, co może być uzasadnione chociażby wyżej opisanym, apriorycznym przyznaniem nagrody prezydentowi Obamie, to nie jestem pewien, czy establishment naprawdę wierzy w to, co proklamował. Wielokrotnie wspominałem w moich felietonach o zagrożeniach dla wolności słowa, jakie – z jednej strony – wynikają z zakusów Big Tech’u, aby cenzurować użytkowników, a z drugiej strony starań rządów, aby to właściciele portali społecznościowych byli w jakiś sposób kontrolowani.

Generalnie, po wybuchu pandemii COVID-19, a może nawet i wcześniej, klimat dla nieskrępowanej wolności słowa stał się na Zachodzie raczej nieprzychylny i duszny. Jest ona często traktowana jako niebezpieczne narzędzie, które ekstremiści i niepoprawni politycznie komentatorzy wykorzystują, aby zakłócać ciężko wypracowany (czyt. narzucony) konsensus co do istotnych spraw społecznych.

Przypomina mi to sytuację, z jaką mieliśmy do czynienia na początku 2020 r. W prasie pojawiały się jeszcze wtedy artykuły, które na przykład wyrażały zaniepokojenie tym, czy aby na pewno twardy, chiński lockdown jest zgodny z prawami człowieka. Kiedy jednak sami zostaliśmy zmuszeni do podjęcia równie drastycznych kroków, krytyków szybko odżegnano od czci i wiary i uznano za niebezpiecznych wichrzycieli, a przecież takie pomysły jak cyfrowe śledzenie przemieszczania się i kontaktów ludzi, czy zmuszenie ich do pozostania w domach przez całe dnie, na pewno były w jakiś sposób niecodzienne, drakońskie. Podobnie, kiedy aktywiści piszą o nadużyciach elit i sił policyjnych na Filipinach czy w Rosji, mogą doczekać się prestiżowej nagrody. Gdyby natomiast walczyli o wolność głoszenia poglądów, które sprzeczne są z prawdami obowiązującymi w Europie i w Ameryce Północnej, być może spotkaliby się z potępieniem.

Nie dziwię się zresztą Komitetowi Noblowskiemu, że podjął taką decyzję. Jest ona po prostu bezpieczna. Wyróżnienie filipińskiego czy rosyjskiego dysydenta w oczach ludzi, przyjmujących zachodni ogląd rzeczywistości, jest dość oczywiste, w najgorszym razie neutralne. Niektórzy jednak mogli się zastanowić, czy Komitet i podobne mu środowiska naprawdę wierzą w to, że  „wolność ekspresji (…) jest koniecznym warunkiem demokracji i długotrwałego pokoju”?