Prawie nikt nie spodziewał się, że wojna konwencjonalna znowu pojawi się na kontynencie europejskim. Okopy, schrony, czołgi i partyzancka obrona to chleb powszedni naszych wschodnich sąsiadów. Mimo to bardziej niż kiedykolwiek widoczny jest informacyjny aspekt tej wojny. Propaganda i dezinformacja jest wszędzie, nawet wśród swoich.

fałszywe e-maile ostrzega ministerstwo finansów - grafika wpisu

Wojna informacyjna intuicyjnie łączy nam się z batalią, w której orężem jest właśnie informacja. Miesiąc temu prędzej użylibyśmy tego pojęcia w ramach marketingowych potyczek korporacji, lecz teraz musimy przypatrzeć się mu bliżej, bo to od batalii na tym polu zależeć będą losy świata. „Do broni” – jak mantrę powinniśmy powtarzać to wezwanie specjalistom od promocji, PR-u i pracownikom działów IT.

Sprzedawanie swojej racji

Na poziomie populacyjnym takie zmagania odnoszą się do propagandy i dezinformacji. W języku biznesowym można je nazwać „sprzedawaniem swojej racji”. Nie jest to myśl zbyt odkrywcza, gdyż wysłani do walki żołnierze od zawsze byli manipulowani, aby walczyć  z pewnością  i być posłusznymi. Najlepiej pokazuje to przykład polskich ochotników w armii napoleońskiej, którzy chcąc walczyć o równość, wolność i braterstwo, wysłani zostali tłumić powstanie po drugiej stronie Atlantyku, na Dominikanie.

Za co poszli walczyć zwykli Rosjanie? Pewnie wiedzą to tylko oni, a może nawet nie. Rosja jest światowym liderem tego rodzaju wojen. Czy najskuteczniejszym? Tego się niestety nie dowiemy, gdyż też siedzimy w swojej bańce informacyjnej. Jednak bez wątpienia tradycja rosyjska jako jedyna odnosi się z tym faktem z dumą. Nigdzie na świecie nie został wytworzony tak dokładny koncept teoretyczny dotyczący tego zagadnienia. Oprócz teoretyków łączących teorię z geopolityką w 2003 r. przy Uniwersytecie Moskiewskim im. Łomonosowa powstał nawet Instytut Problemów Bezpieczeństwa Informacyjnego, który specjalizuje się w rozwiązywaniu problemów zawartych w nazwie na poziomie globalnym.

Kontrola nad zasobami informacyjnymi

Narracja, mówiąca o konieczności sprzeciwieniu się propagandzie Zachodu, jest znana u naszego wschodniego sąsiada od lat. Gdy na Zachodzie skupiano się na cyberbezpieczeństwie, w państwie rosyjskim dalej drążono temat oddziaływania na świadomość zbiorową w celu prowadzenia rozgrywek geopolitycznych. Tak więc wojna informacyjna jest dzisiaj homonimem, przez co walczymy na innych frontach, w innych wymiarach, a wciąż ścieramy się, mówiąc o wspólnych zasadach.

W rozumieniu rosyjskim – kontrola nad zasobami informacyjnymi – jest kluczowa za względu na megalomańską wizję wojny cywilizacji. W rozumieniu kremlowskich myślicieli jest to głównie starcie krajów sojuszu NATO pod przywództwem USA z kulturą słowiańską pod ich własnym przywództwa. Duży koncept teoretyczny dał tu jeden z czołowych myślicieli obecnego reżimu Aleksander Dugin. Kolorowe rewolucje w Gruzji, Ukrainie i Kirgistanie przysporzyły ogromną karierę wszelkim antyamerykańskim ruchom. Wydarzenia początków pierwszej dekady XXI wieku zostały tłumaczone jako celowe manipulacje mające na celu destabilizację całej strefy wpływów byłego Związku Radzieckiego i w interesie orientu jest powstrzymanie tych działań nazwanych wojną sieciową.

Ideologiczne tłumaczenie tych działań odnosi się do kilku nurtów. Jako główny wróg prezentowany jest liberalizm i jego totalność, który po obaleniu komunizmu i faszyzmu wprowadził hegemonię myślenia indywidualistycznego. Jedynym równym przeciwnikiem na arenie światowej może być słowiański neokonserwatyzm. Z tego powodu Dugin, a także Panarin w swojej wykładni tłumaczą konieczność zbudowania silnego ośrodka cywilizacyjnego opartego na tej myśli, który będzie mieć szansę sprzeciwić się „obrzydliwej” doktrynie liberalnej. Najbardziej aktualnie nośnym projektem mający to umożliwić jest projekt Euroazjatycki. Posiada on swoje korzenie zarówno w zwykłym rosyjskim imperializmie, jak również w panslawizmie.

Trzy warianty taktyczne

Dla tego projektu kluczowa jest po części właśnie Ukraina, która tak jak niegdyś Polska zmaga się z przynależnością do tych dwóch ogromnych kręgów cywilizacyjnych. Już w 2013 roku zarysowane zostały 3 możliwe warianty taktyczne, które miały doprowadzić do integracji z Ukrainą. Pierwszy miał na celu wywołanie wojny domowej i podział kraju na strefy wpływów. Drugi polegał na dyplomatycznym przekonaniu władz Ukrainy do projektu euroazjatyckiego, jednak jedynie możliwy w sytuacji kryzysu w tym kraju. Ostatnim wyróżnionym głównie przez Dugina pomysłem było wykorzystanie zachodnio-ukraińskich nacjonalistów i przekonanie ich do noszenia na sztandarach wizji wspólnej cywilizacji. Oni są właśnie największa niespójnością w sposobie myślenia Ukraińców chcących wstąpić do Unii Europejskiej.

Dziś trudno przypisać strategię Moskwy w jedną z tych trzech perspektyw. Z dostępnych informacji najlepiej byłoby chyba powiedzieć, że awangardowy trzeci pomysł został wykorzystany w sposób zupełnie odwrotny. Ukraińcy zostali zaprezentowani rosyjskiej opinii publicznej jako naziści i zbrodniarze. Wykorzystany został przy tym kreowany od dawna wizerunek ukraińskich (głównie zachodnich) nacjonalistów.

Pierwsze dni inwazji pokazały, że społeczeństwo rosyjskie zostało przesiąknięte socjotechnicznymi pomysłami władzy. Pierwsze ruchy Putina spotkały się w mediach społecznościowych według niezależnych ośrodków z pozytywnym odbiorem (oczywiście jest wątpliwość, czy nie mamy tu do czynienia z rzeszą proreżimowych botów). Łatwość przepływu informacji dała jednak swoje. W świat poszła informacja z prywatnych korespondencji żołnierzy, że nie wiedzieli oni nic o inwazji. Najlepiej symbolizuje to historia załogi jednego z czołgów, który podjechał na posterunek policji, prosząc o diesla, i został aresztowany.

Informacja rządzi światem

Historie oczywiście trzeba dzielić na pół, bo i my, i Ukraińcy jesteśmy pod wpływem naszych władz. Chcąc obudzić heroizm w narodzie, sztab prezydenta Zełeńskiego stworzył narrację o bohaterskiej śmierci obrońców Wyspy Węży, okrzykniętej od razu Ukraińskimi Termopilami. Okazało się szybko, że żołnierze nie zginęli, tylko są w niewoli i fakt ten był znany w najważniejszych kręgach.

Mamy jednak komfort weryfikacji tej propagandy mającej pomóc w obronie kraju. Ponadto Putin blokuje już dostęp do Facebooka, Twittera i wszystkich kanałów, których nie może kontrolować. Kremlowski reżim nie osiągną swoich celów wystarczająco szybko, a nie jest w stanie w świetle światowego przepływu informacji tak długo utrzymywać fałszywej narracji o nazistach i siłach wyzwoleńczych, nie pokazując przy tym realiów ginących cywili.

Zaskakującą rolę w tym świetle mamy my wszyscy. Pojedynczy ludzie mogą przebijać się na rosyjskie media społecznościowe i opowiadać nasza wersję wydarzeń. Co więcej, znany kolektyw cyberhakerów Anonymous wypowiedział wojnę Putinowi i stale paraliżuje nie tylko najważniejsze serwisy bankowe, czy przemysłowe, ale też kanały dystrybucji informacji rządowych, takich jak strony rządowe, czy media.

Informacja rządzi światem – fakt znany – jednak w dzisiejszym czasie okazuje się, że w rękach despoty może ona iść z krwawymi potyczkami, cierpieniem i śmiercią. Bez względu na wynik tego konfliktu, bardziej niż kiedykolwiek będziemy musieli uważać na to, w jakie i czyje słowa wierzymy.

Poprzedni artykułCięższe czasy przed polskim sektorem meblarskim
Następny artykułChiny chcą mediować w konflikcie na Ukrainie