Ponieważ klasa przedsiębiorców, zwyczajnie rabowana w pierwszej kolejności i to wielokrotnie (owi średniowieczni bankierzy), już nie ma zasobów ani oszczędności, szczególnie po epidemii, a Kościoła obrabować się nie da, to oczy władz publicznych zwróciły się w stronę kolejnej klasy, która ma pieniądze – pisze w najnowszym felietonie Jacek Janas.

Wyszukując ekonomiczne i prawne paradoksy lub irracjonalizmy spostrzegłem, że często poprzedzane są one wypowiedziami polityków. Dlaczego? Bynajmniej nie z powodu troski lub – jak prawi stare porzekadło – „z obfitości serca”. Powód jest banalnie prosty – to decyzje polityczne są zawsze przyczyną każdego paradoksu ekonomicznego i każdego irracjonalizmu prawnego. I co ciekawe, jest to zjawisko niezależne. Niezależne od prezentowanego programu politycznego. Niezależne od hierarchii decyzji politycznej, bo może dotyczyć makroekonomii w ujęciu decyzji światowych, jak i skali mikro. W każdym razie to właśnie politycy, parafrazując Ewangelię, „zwiastują nam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu”, bowiem zawsze za ich deklaracjami rusza machina prawna lub ekonomiczna, która zmienia naszą rzeczywistość.

Warto wsłuchiwać się w te deklaracje i to nie tylko w charakterze pracy zawodowej, np. inwestora parkietowego którejś z giełd, ale przede wszystkim profetycznie, jako zainteresowanego stanem państwa obywatela, by przygotować się często na kolejny zaskakujący paradoks ekonomii lub prawa.

Myślę, że taki charakter mogą mieć ostatnie słowa Jarosława Kaczyńskiego, które padły na spotkaniu w Nowej Soli, tak szeroko zresztą komentowane przez wiele mediów. I bynajmniej daleki jestem od oceny osoby, która te słowa wypowiada, jak i wypowiedzi, która z ust tej osoby padła – to zostawmy politykom i wyborcom. Istotne jest to, że wbrew pozorom ta wypowiedź nie tylko dobitnie określa najpoważniejszy problem polskich finansów, ale zwiastować może przeobrażenia, jakich możemy wkrótce doświadczyć.

Podczas spotkania w Nowej Soli Jarosław Kaczyński raczył był powiedzieć, że są lekarze, którzy zarabiają bardzo dużo pieniędzy, a sam nie miałby nic przeciwko temu, gdyby służba zdrowia działała tak, jak powinna działać. Mało tego, prezes PiS zasugerował, że pogoń za pieniądzem w środowisku lekarskim jest jednak przesadna i będzie trzeba coś z tym zrobić.

Co wynika z tej wypowiedzi? Na początek dobra wiadomość. Żadnej epidemii w najbliższym czasie nie przewidujemy! Dlaczego? Bo po prostu nie ma na nią pieniędzy!

Wszyscy wiemy, jak kosztowna, zarówno bezpośrednio, ale i dodając jej skutki ekonomiczne, była epidemia COVID-19, wszak jeszcze nie zakończona paradą zwycięstwa nad wirusem. Olbrzymią część tych kosztów stanowiło zapewnienie wydolności systemu służby zdrowia. Jednym z zabiegów mających na celu zabezpieczenie tego, co stratedzy na wojnie określają mianem morale, było udzielenie całej służbie zdrowia mnogości przywilejów, głównie o charakterze majątkowym.

W tym momencie została postawiona jasna cenzura. Od dzisiaj służba zdrowia nie może już liczyć na specjalną troskę ze strony państwa.

Przyczyną tego stanu rzeczy jest oczywiście postępująca zapaść finansów publicznych. Nie jest przecież to wiedza tajemna, bowiem deklaracje takie padają nie tylko ze strony publicystów, ale wprost polityków, np. z ust minister finansów. Wskazują na problemy z dopięciem budżetu na przyszły rok i prawdopodobieństwem, że środki budżetowe, niezależnie od formy ich kreatywnego księgowania, mogą skończyć się nawet po pierwszym kwartale A.D. 2023.

Problem jest o tyle poważny, że postępująca inflacja nie pozwala na skuteczne zadłużanie finansów publicznych, bowiem koszty obsługi długu rosną w zastraszającym tempie. Dusi niczym pętla na szyi stan funduszy, czyli długu pozabudżetowego, który do budżetu można nie wliczać, ale co roku trzeba zasilać kolejnymi przelewami. Dlatego tak niezbędne są pieniądze z KPO i kolejne, nowe źródła finansowania.

I tu pojawia się problem. Analogia historyczna kieruje nas ku wiekom średnim, gdzie podobne dylematy rozsadzały finanse królestw. Weźmy pierwszy przykład z brzegu – rządy skądinąd wybitnego władcy Królestwa Franków, obarczonego klątwą Wielkiego Mistrza Templariuszy Jakuba de Molay odpowiedzialną za „wyrodzenie” się Kapetyngów, czyli Filipa IV zwanego Pięknym. Normalną procedurą przy zapaści finansów publicznych było najpierw obrabowanie żydowskich bankierów, następnie „naszych” bankierów – wiadomo pieniądz z lichwy, w dalszej kolejności zwrócenie się o pomoc do Kościoła, a gdy już tego było mało, znalezienie kolejnej grupy społecznej (dziś powiedzielibyśmy klasy), którą należy oskubać, gdyż ma jeszcze pieniądze – w tym konkretnym przypadku Templariuszy.

Przenosząc te rozważania na grunt dzisiejszy, ponieważ klasa przedsiębiorców, zwyczajnie rabowana w pierwszej kolejności i to wielokrotnie (owi średniowieczni bankierzy), już nie ma zasobów ani oszczędności, szczególnie po epidemii, a Kościoła obrabować się nie da, to oczy władz publicznych zwróciły się w stronę kolejnej klasy, która ma pieniądze.

A dlaczego używam pojęcia klasy? Bo tu mamy kolejną analogię historyczną – oczywiście marksizm, z którego niejako wyrasta najlepsza doktryna ekonomiczna świata, czyli komunizm. Wprowadzanie komunizmu, szczególnie w wersji bolszewickiej, związane jest z oskubaniem mających pieniądze pod pozorem „moralnego usprawiedliwienia”, czyli w imię mitycznej walki ludu pracującego miast i wsi z klasą burżuazyjną.

Czy mamy i tutaj do czynienia z podobnym mechanizmem?

Problem, który został poruszony przez prezesa PiS, jest oczywiście złożony, jednak nie można odmówić temu wystąpieniu pewnej „uproszczonej” przenikliwości. Każdy z nas ma świadomość niewydolności systemu państwowej służby zdrowia, pomimo olbrzymich sum, jakie z kasy państwa (nie licząc składek) płyną na jej finansowanie. Mamy też świadomość, że niewydolności systemu nie widać w pensjach lekarzy, którzy na NFZ-ecie zarabiają nieźle, niektóre kontrakty w szpitalach (a patrzę na to z perspektywy Podkarpacia) biją rekordy, a dodatkowo, jak to ma miejsce w przypadku specjalistów, możliwość dodatkowego zarobku dzięki niewydolności systemu jest niezwykle wymierna w korzyści.

Z drugiej strony większość społeczeństwa jest zrażona dysproporcją zarobków lekarskich w odniesieniu do rzeczywistej jakości usług, pomimo że przecież jakość usług bardziej zależna jest od NFZ.

W ciężkich czasach owe dysproporcje padają na podatny grunt ludzkiej chciwości i zazdrości, obudowane w ideologiczną otoczkę sprawiedliwości społecznej mogą stanowić skuteczne usankcjonowanie działań każdego rządu. Bo wszak żyjemy w ustroju demokratycznym.

I jeszcze raz powtarzam. Nie jest moim celem ocenianie polityków tej czy owej partii. Jestem przekonany, że wobec obecnie panującej, trudnej sytuacji niemal wszyscy zachowują się podobnie. Rację miał bowiem wielki myśliciel francuski Alexis de Tocqueville, piszący w swoim dziele „Dawny ustrój i rewolucja”: „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy”.

Jacek Janas

Poprzedni artykułNowy podatek podniesie ceny leków?
Następny artykułPolskie firmy zainteresowane koncepcją embedded finance