Jeśli rząd poważnie myśli o podatkowym resecie i o uczynieniu PIT bardziej sprawiedliwym, powinien ten system zbudować od nowa, dążąc do maksymalnego uproszczenia rządzących nim reguł oraz wprowadzić powszechność opodatkowania.

nowy ład podatkowy reset - grafika wpisu
fot. Mateuszgdynia (commons.wikimedia.org)

Mimo że od zapowiedzi podatkowego resetu w ramach tzw. Nowego Ładu upłynął już jakiś czas, nadal nie wiadomo, na czym ten reset miałby polegać. Nieustająco mówi się właściwie jedynie o tym, że w ramach tego zakrojonego na szeroką skalę programu reform miałaby wzrosnąć kwota wolna od podatku. Minister finansów potwierdził ostatnio, że jej podniesienie do 30 tys. zł jest jedną z opcji branych pod uwagę, chociaż od razu dodał, że bardziej prawdopodobna jest kwota wolna na poziomie 15-20 tys. zł. Nadal jednak nie wiadomo, czy dla wszystkich podatników.
W grze nadal pozostaje też zwolnienie z PIT emerytur. Czy wszystkich – tego też wciąż nie wiemy. Najbardziej prawdopodobne jest, że dotyczy to jedynie emerytur najniższych.

Pewne natomiast jest to, że dla lepiej – co wcale nie oznacza, że bardzo dobrze – zarabiających Polaków obciążenia wzrosną. Coraz częściej słyszy się np. o likwidacji (częściowej lub całkowitej) odliczenia składki zdrowotnej – to ruch, który zresztą już wcześniej przewidywałem pisząc o tym, co moim zdaniem w programie reformy może się znaleźć. Prawie pewne wydaje się też wprowadzenie naliczania tej składki dla przedsiębiorców od rzeczywistego dochodu, a nie jak ma to miejsce obecnie, od dochodu deklarowanego. A to oznaczało będzie gwałtowny wzrost wysokości tego obciążenia dla wielu małych firm i podatników o raczej niewielkich dochodach (mówi się, że na reformie stracą takie osoby, które zarabiają na poziomie średniej płacy, czyli ok. 5 tys. zł miesięcznie).

Jedno jest pewne: mimo obiecywanej obniżki podatków (dla najbiedniejszych podatników), budżet państwa na pewno na tych zmianach nie straci. Nie ma też co liczyć na gruntowną zmianę systemu opodatkowania PIT. Planowane nowe transfery podatkowe o charakterze socjalnym bynajmniej przepisów podatkowych nie uproszczą. Wręcz przeciwnie. System stanie się jeszcze bardziej zagmatwany, niż ma to miejsce obecnie.

Za dużo niejasnych przepisów

Tymczasem problemem polskiego systemu PIT (podobnie zresztą, jak w wielu innych krajach unijnych) jest przede wszystkim jego nadmierne skomplikowanie wynikające z realizacji – poprzez podatki – populistycznych celów politycznych, źle pojętego solidaryzmu społecznego oraz traktowania ich jako narzędzia transferów społecznych. Nie taka jest tymczasem rola podatków.

Czy nam się to podoba, czy nie – rolą podatków jest dostarczanie środków na realizację zadań, które jako społeczeństwo powierzyliśmy państwu. Podatki są sprawiedliwe wtedy, gdy płacimy je wszyscy. Nawet jeśli później pieniądze te miałyby do nas wracać w formie transferów społecznych (takich jak 500+), realizowanych jednak już poza systemem podatkowym.

Rozbudowanie pozapodatkowych elementów sprawiło, że PIT jest dziś dla przeciętnego obywatela mało przejrzysty, a często kompletnie niezrozumiały. Co do tego nie ma chyba żadnych wątpliwości. Spójrzmy na obowiązującą dziś ustawę o PIT. Lista przychodów zwolnionych z podatku obejmuje obecnie blisko 200 pozycji. Z kolei lista wydatków, których przedsiębiorca nie może odliczyć od przychodów, mimo że te są związane z jego działalnością, to już blisko 100 pozycji. W ostatnich latach tych właśnie dwóch elementów dotyczy najwięcej sporów z fiskusem.

Prawdziwy reset w podatkach nastąpi zatem dopiero wówczas, gdy ktoś odważy się zbudować system PIT zupełnie od nowa, maksymalnie go upraszczając. To niestety wymaga odwagi politycznej, na którą polskich polityków chyba nie stać i długo jeszcze stać nie będzie. Mimo że na takiej przebudowie (o ile przebudowany byłby też system świadczeń socjalnych) podatnicy wcale nie musieliby stracić.

System trzeba zbudować od nowa

Czy jednak prawdziwy reset w podatkach, rozumiany jako zbudowanie systemu PIT od nowa, jest w ogóle możliwy? Wydaje się, że zdecydowanie tak.
Spójrzmy na wyniki rozliczenia za 2019 rok. Należny PIT za ten rok wyniósł około 79 mld zł przy zadeklarowanych przez podatników PIT dochodach na poziomie niemal 983 mld zł. A zatem podatek wyniósł około 8 proc. dochodów wszystkich Polaków (Ministerstwo Finansów podaje, że jest to 8,78 proc.). Gdyby zatem zamiast płacić podatek według skali, wszyscy podatnicy zapłaciliby według jednej stawki, jego stawka mogłaby wynosić tylko 8 proc. Dziś stawki skali podatkowej to 17 i 32 proc., a podatku liniowego 19 proc.
Trzeba byłoby jednak zrezygnować z ulg i odliczeń, co na pewno nie spotkałoby się ze zrozumieniem. Ulgi łatwo się bowiem rozdaje. Znacznie trudniej je odebrać.

Jak podkreśla resort finansów, w wyniku ulg rzeczywista stawka podatku dla podatników z pierwszego przedziału skali (dochody poniżej 85 258 zł) to tylko 7,34 proc. W tej grupie jest ponad 24,2 mln podatników z łącznymi dochodami na poziomie blisko 616 mld zł. Dla podatników opodatkowanych według stawki 32 proc. taka realna stopa opodatkowania to 15,7 proc. (jest ich nieco ponad 1,2 mln osób). Takie właśnie są tzw. efektywne stawki opodatkowania w Polsce, gdy podatek płacony jest według skali.

Przy okazji warto zauważyć, że dla blisko 700 tys. podatników opodatkowanych liniowym PIT efektywna stawka podatku wyniosła około 17,3 proc. (jest zatem wyższa niż przy opodatkowaniu stawką 32 proc. ze skali). Ale ta grupa podatników praktycznie nie może korzystać z ulg i odliczeń (poza oczywiście takimi jak odliczenie składek czy ulga na badania i rozwój).
Podatek liniowy uważany jest jednak za niesprawiedliwy społecznie, bo chociaż każdy, oddając państwu taką samą część swoich dochodów, płaci nominalnie tym więcej, im więcej zarabia, to jednak bardziej odczuwalny jest on dla mniej zarabiających.

Co więcej, likwidacja wszystkich ulg i zwolnień podatkowych spowodowałaby, że liczne grono podatników, którzy dziś nie płacą żadnego podatku, musiałoby zacząć ten podatek płacić (co, gwoli ścisłości, byłoby społecznie sprawiedliwe), tracąc przy tym na „podatkowych transferach socjalnych”, takich jak ulga prorodzinna. Z własnej kieszeni trzeba byłoby też pokryć koszty ubezpieczenia społecznego (od dochodu w 2019 roku odliczono z tego tytułu 83,1 mld zł) oraz składki zdrowotnej (odliczenia od podatku z tego tytułu to w 2019 roku ponad 65,7 mld zł).

Stąd kurczowe trzymanie się tzw. progresji podatkowej, która polega – w dużym skrócie – na  tym, że im więcej podatnik zarabia, tym większą procentowo część swoich dochodów powinien oddawać państwu w formie podatków.

Progresja niejedno ma imię

Warto jednak zauważyć, że taką „progresję” można byłoby osiągnąć znacznie prościej, niż konstruując skomplikowane skale podatkowe, np. rozszerzając zakres tzw. podatku solidarnościowego (nie wiadomo, dlaczego nazywanego w Polsce daniną). Dziś taki dodatkowy podatek płacony jest od odchodów powyżej 1 mln zł i wynosi 4 proc. od nadwyżki ponad tę kwotę.

Równie dobrze można byłoby sobie wyobrazić, że polski system PIT składa się z podatku liniowego w wysokości np. 5 proc. płaconego jednak od dochodów wyższych od płacy minimalnej (lub np. jej połowy, czy jednej czwartej, ale za to bez ulg i zwolnień) oraz dodatkowego podatku solidarnościowego, płaconego przez podatników osiągających określone poziomy dochodów. Jakie – to oczywiście kwestia do dyskusji. Ale można wyobrazić sobie, że taki podatek wynosi np. dodatkowe 0,5 proc. za każde kolejne 100 tys. zł przychodów (a zatem np. 0,5 proc. od nadwyżki powyżej 100 tys. zł przychodu rocznie, 1 proc. powyżej 200 tys. itd.), albo dowolną inną kwotę.

A może iloraz rodzinny

Jeśli już chcemy być prorodzinni i komplikować system, to dodatkowo progresja taka mogłaby być wzmocniona przez wprowadzenie podatku rodzinnego, a zatem np. ilorazu rodzinnego. W tym systemie suma dochodów rodziny dzielona jest przez liczbę osób pozostających w jednym gospodarstwie domowym, a wyliczony od takiego podzielonego dochodu podatek mnożony jest przez liczbę tych osób (tak jak dzieje się to dziś przy wspólnym rozliczeniu). Przy trójce dzieci, kwota zwolniona z podatku na poziomie minimalnej płacy rosłaby zatem pięciokrotnie. Gdyby taka kwota była na poziomie połowy obecnej płacy minimalnej (2800 zł miesięcznie), to kwota wolna od podatku dla pięcioosobowej rodziny wyniosłaby 84 tys. zł (5 x 1400 zł x 12 miesięcy).

W takim systemie progresja dotyczyłaby faktycznie osób bardzo dobrze (jak na polskie warunki) zarabiających. Równocześnie nawet dla tej grupy podatki PIT byłyby na tyle niskie, że nie zniechęcałyby podatników do zwiększania swojej aktywności zawodowej i nie skłaniały do ucieczki w szarą strefę. Przede wszystkim jednak system ten byłby prosty i zrozumiały dla podatników.

Przy tym nie musiałoby to oznaczać rezygnacji z niektórych słusznych, moim zdaniem, programów rządowych, takich jak wyłącznie z zakresu PIT osób młodych (wprowadzone) i emerytów (planowane). Wystarczyłoby przecież, żeby podatnikami PIT były wyłącznie osoby w wieku np. od 26 do 65 lat (może to oczywiście budzić pewne zastrzeżenia natury konstytucyjnej, chociaż z drugiej strony, jak widać, dotychczas nie były one przeszkodą do wprowadzania takich preferencji).

Potrzebna odwaga polityczna

To oczywiście tylko zarys pewnego pomysłu. Swego rodzaju zabawa, wcale nie oferująca gotowego, czy nawet proponowanego rozwiązania. Pokazuje jednak, że można myśleć – o ile ma się nieco odwagi – o prawdziwym resecie podatkowym, rozumianym jako zbudowanie tego systemu od podstaw. Wymagałaby to dokładnego zaplanowania i wyliczeń. Tak, aby suma zysków i strat po stronie podatników się zrównoważyła. Trzeba bowiem pamiętać, że w systemie bez ulg i zwolnień podatnicy musieliby z własnej kieszeni pokryć np. odliczane dziś od podatku składki zdrowotne. A w 2019 roku odliczyliśmy z tego tytułu – jak już wspomniałem – niemal 68 mld zł (to tak, jakbyśmy musieli zapłacić dodatkowy 9 proc. podatek). Jest to jednak możliwe.

Jestem przekonany, że skoro w tym momencie nie ma szans na całkowitą likwidację PIT (co w przeszłości kilkakrotnie zapowiadano), to odpowiedni dobór stawek, kwoty wolnej i podatku solidarnościowego pozwoliłby na zbudowanie przejrzystego, prostego i sprawiedliwego systemu opodatkowania osób fizycznych; zarówno pracowników najemnych, jak i małych przedsiębiorców (sensowne byłoby przy tym, aby PIT objęte były wyłącznie działalności jednoosobowe). Zakończyłoby to też bezsensowne spory z fiskusem o zwolnienia i ulgi.

Poszukiwanie takich lub podobnych rozwiązań, które uprościłyby system podatkowy, czyniąc przy tym pobór podatku tańszym, nie cieszą się jednak zainteresowaniem ani rządzących, ani podatników. Rozdawanie podatkowych przywilejów jest dużo bardziej politycznie efektywne, niż zapewnienie prostego systemu z niskimi podatkami. I to pomimo tego, że obniżanie podatków – o czym przekonują nie tylko polskie doświadczenia – przynosi zazwyczaj wzrost, a nie spadek wpływów podatkowych.

Warto skończyć z przychodem należnym

Na marginesie, warto poruszyć jeszcze jedną kwestię. Przy rozważaniach dotyczących opodatkowania biznesu, szczególnie tego małego, często zapomina się o jednej dość istotnej różnicy w opodatkowaniu przedsiębiorców oraz pozostałych podatników PIT. Dziś jest tak, że osoba, która zarabia na podstawie umowy o pracę czy umowy cywilnoprawnej, musi zapłacić podatek dopiero wtedy, gdy pieniądze trafią na jej konto.
U przedsiębiorców jest inaczej. Przepisy mówią o tym, że podatek trzeba zapłacić od przychodów należnych, chociażby te nie zostały jeszcze otrzymane. Już sam fakt wystawienia faktury zobowiązuje przedsiębiorcę do zapłacenia podatku, nawet jeśli pieniądze do niego jeszcze nie wpłynęły. Co więcej – trzeba je zapłacić, nawet gdy opóźnienia są kilkumiesięczne, a nawet wtedy, gdy pieniędzy nigdy nie udało się odzyskać.

Co prawda po trzech miesiącach spóźnienia po stronie kontrahenta, można skorzystać z tzw. ulgi na złe długi i odliczyć sobie takie nieuregulowane płatności, jednak nie zmienia to faktu, że dziś z powodu takiej regulacji przedsiębiorcy niejako kredytują budżet państwa.

Jest to rozwiązanie zupełnie anachroniczne i niesprawiedliwe dla tej grupy podatników; szczególnie dla małych firm, których w przypadku braku płatności za fakturę często zwyczajnie nie stać na zapłacenie wynikających z niej podatków. A trzeba pamiętać, że najczęściej nie chodzi w tym przypadku o sam PIT, ale także o wynikający z faktury VAT. VAT, który obciąża zazwyczaj właśnie małych przedsiębiorców, którzy najczęściej nie mają na tyle wysokich kosztów (wydatków), by kwotę VAT do zapłaty w znaczący sposób obniżyć. To takie firmy są z reguły rzeczywistymi płatnikami VAT.

Dlatego warto byłoby przy okazji podatkowego resetu pomyśleć o zmianie przepisu „o przychodach” i wprowadzeniu dla wszystkich podatników PIT jednakowych zasad związanych z uznawaniem przychodów za należne.