Europejski Zielony Ład rozpycha się łokciami na unijnym rynku rolnym. Wszystko wskazuje na to, że kolejną konsekwencją decyzji unijnych dygnitarzy będzie nowy podatek, który zapłacić będą musieli rolnicy. To kolejna już danina, która wprowadzona zostać ma w czasie, w którym europejskie gospodarstwa rolne – podobne do przedstawicieli innych sektorów gospodarki – swoje działania zogniskować powinny na odbudowie pozycji rynkowej i stabilności finansowej tak nadszarpniętych negatywnymi skutkami ekonomicznymi pandemii koronawirusa.

podatek od środków ochrony roślin - grafika wpisu

Nowy podatek miałby być opłatą w wysokości 1 proc. wartości wprowadzanych do obrotu środków ochrony roślin. Pieniądze pozyskane z tej opłaty przeznaczone miałyby zostać na promocję rolnictwa ekologicznego. Rolnicy – jak na razie bezskutecznie – apelują do ministra Pudy o zatrzymanie tej budzącej sprzeciw inicjatywy.

Ingerencja w rynek

Nie jest tak, że rolnicy nie chcą wspierać rozwoju rolnictwa ekologicznego – wręcz przeciwnie. Zdaje się, że sami gospodarze słusznie zauważyli, że sektor biorolnictwa rozwija się na zachodzie dynamicznie i że zapotrzebowanie na surowce pochodzące z tego działu produkcji rolnej wzrasta. Nie znaczy to jednak, że świat „przerzuci się” wyłącznie na żywność ekologiczną – tym bardziej, że sama „żywność ekologiczna” od lat pozostaje pojęciem niezmiernie płynnym.

Niedobrze dzieje się też dlatego, że Unia Europejska kolejny raz próbuje wprowadzić na rynku sztuczną i niezwykle sztywno ukierunkowaną interwencję. To „dopychanie butem” może skończyć się fatalnie. Szczególnie wrogo do pomysłu podchodzą polscy gospodarze, którzy podobne próby wpływania na kształt rynku pamiętaj tylko z czasów systemu słusznie minionego.

Chodzi tu oczywiście o unijną zabawę w Robin Hooda absurdu. Na jedną z branż nakłada się podatek, który ma zostać wprost przeznaczony na rozwój innej. Dotowanie jednego sektora kosztem innego jest wprost sprzeczne z zasadami uczciwej konkurencji. Dodatkowej pikanterii dodaje tu fakt, że przerzucanie środków dotyczy branż tego samego sektora. Błędem jest także pozostawianie niejako odłogiem rozwoju rolnictwa konwencjonalnego. Jest to niebezpieczne szczególnie w Polsce, gdzie rolnictwo ekologiczne nie jest tak silnie rozwinięte jak na Zachodzie. Oznacza to wprost, że dodatkowe środki przeznaczone na rozwój sektora produktów bio pogłębią zapaść między rolnikami z Polski i zachodniej części kontynentu. Pamiętać należy, że w czasie, w którym na zachodzie areał upraw ekologicznych szedł w ostatnich latach w górę, w Polsce kurczył się w zastraszającym tempie.

To nie dlatego, że polscy rolnicy brzydzą się tym, co ekologiczne, ale dlatego, że ten rodzaj produkcji jest w naszych realiach nieopłacalny. Jest to także – zazwyczaj – produkcja niskotowarowa, która – z uwagi na cenę – nie ma prawa zaszczepić się dziś znacznie szerzej niż dotychczas na polskim rynku konsumenckim. Wysłać żywność ekologiczną  poza granice Polski także będzie trudno, ponieważ w naszym kraju w zasadzie nie istnieje spółdzielczość rolna – a tylko ona jest w stanie pomóc małym rolnikom w zbudowaniu silnej pozycji negocjacyjnej na rynkach zewnętrznych i zebraniu znacznych, dużych i jednorodnych – czyli takich jakich wymaga globalny rynek – partii towaru.

Kto za to zapłaci?

Sytuacja jest naprawdę standardowa. Szkoda tylko, że unijni politycy, podobnie zresztą do naszych krajowych, udają, że nie widzą realnych konsekwencji nowej opłaty. Przypomnijmy, co wydarzyło się choćby po wprowadzeniu w naszym kraju podatku cukrowego. Miał on faktycznie obciążyć „bogate” przedsiębiorstwa koniecznością zwiększenia wpływów do budżetu (nikt nie nabrał się na argumenty dotyczące mitycznej walki o zdrowie Polaków, którzy spożywać mieli mniej cukru) lub zmusić je do obniżenia zawartości cukru w swoich produktach. To nie konsumenci mieli zapłacić za nowy podatek. Nie mieli, ale zapłacili. Naiwnym jest myślenie, że firmy dobrowolnie pozbawią się pieczołowicie wypracowywanej latami marży. W praktyce wejście w życie podatku skończyło się podniesieniem cen na sklepowych półkach – zapłacili więc konsumenci, nie firmy. Daleko szukać nie trzeba, bo podobne skutki przyniesie choćby forsowana przez wicepremiera Glińskiego opłata reprograficzna.

Podobnie sytuacja mieć się będzie z podatkiem od środków ochrony roślin. 1 proc. to sporo. Rolnicy potrafią jednak liczyć lepiej niż politycy i wiedzą, co się stanie. Szybko przewidzieli, że opłata przełoży się na wzrost cen środków ochrony roślin. Te – jako że będą droższe – bardziej obciążą budżety gospodarstw rolnych. Rolnicy nie są jednak głupi i – co naturalne – nie widzi im się uszczuplanie portfeli. Koszty przerzucone zostaną zatem na konsumentów, którzy kolejny już raz staną się zakładnikami bezsensownych decyzji polityków.