Jako prawnik mam poważne wątpliwości co do tego, czy z wirusami powinniśmy walczyć metodami policyjnymi, tym bardziej że są one stosowane wybiórczo i chaotycznie – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Czytelnicy znają zapewne moje zdanie na temat prób zwalczania epidemii przepisami takiej jakości, że prowadzi to tylko do gorszych skutków i większej demoralizacji społeczeństwa niż nicnierobienie. Naprawdę, nie chcę wychodzić na defetystę i malkontenta, ale proszę przyjrzeć się poniższemu przykładowi.

Okazuje się bowiem, że rząd postanowił nas do fali zakażeń nowym wariantem przygotować pakietem pewnych propozycji. Wśród nich znalazła się możliwość przetestowania własnej osoby pod kątem wystąpienia infekcji w lokalnej aptece. Generalnie nie jest to takie złe rozwiązanie, zresztą skopiowano je z innych państw europejskich. Co prawda, według jednych gazet zagranicznych masowe testowanie się sprawdziło, a w drugich twierdzono już, że stanowiło to marnotrawstwo pieniędzy podatników. Taki relatywizm jest jednak niedopuszczalny w świecie kierowanym obiektywną i sprawdzalną wiedzą naukową. Najwyraźniej po prostu któryś dziennikarz nas okłamał, a skoro o sprawie w Polsce zadecydowali eksperci (tego samego rządu, któremu podobno nikt nie ufa i nawet nie powinien ufać), więc sprawa jest oczywista, kwestionować tego nie wolno. O tyle to rozwiązanie jest zresztą dobre, że stawia raczej na udostępnienie obywatelom zasobów niż narzucanie kolejnych restrykcji.

Zwracam zarazem uwagę – a cytuję za Sonią Otfinowksą z PAP – że minister zdrowia Adam Niedzielski miał na konferencji prasowej powiedzieć: „Pracujemy nad tym, żeby dostępność testowania była możliwa w każdej aptece w Polsce. Tak, żeby każdy obywatel mógł wejść do apteki – przechodząc albo mając kiepskie samopoczucie – i wykonać test antygenowy”.

Rzecz w tym, że zgodnie z art. 165 kodeksu karnego, sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób związanego z zagrożeniem epidemiologicznym lub szerzenia się choroby zakaźnej jest karalne nawet wówczas, gdy sprawca działa nieumyślnie. Pytanie, jak interpretować działanie osoby, która próbuje „wejść do apteki – przechodząc albo mając kiepskie samopoczucie (…)”, skoro wystąpienie objawów utożsamianych z dominującym wariantem powinno teoretycznie zmusić taką osobę do samoizolacji, żeby nie naraziła się na zarzuty od prokuratora? Według specjalistów Omikron jest przecież wysoce zaraźliwy, dlatego nawet samo zarażenie aptekarza (a jest to możliwe pomimo szczepień ochronnych) stanowi zagrożenie dla „wielu osób” – jego rodziny, współpracowników, klientów i tak dalej.

Patrząc na rzecz historycznie, należy więc zauważyć, jak arbitralne jest prawo karne, skoro podobne przepisy nie były raczej wykorzystywane do zwalczania grypy. W kiepskim sezonie grypowym w Europie potrafiło w związku z zakażeniem grypą umrzeć ponad 200 tys. osób., a wiadomo, że zarażenie się nią może pozostawić inne trwałe skutki (np. kardiologiczne, czy neurologiczne). Każdy więc, kto chodził podziębiony nawet przed wybuchem aktualnej epidemii, mógł hipotetycznie trafić przed oblicze prokuratora, bo sprowadzał zagrożenie dla życia i zdrowia wielu osób. Wszystko zależało od interpretacji urzędników i sędziów.

Oczywiście, po takie przepisy nikt wówczas nie sięgał, bo akceptowaliśmy to, że ryzyko infekcji sezonowej jest normalne i wkalkulowane w sprawne funkcjonowanie społeczeństwa. Innymi słowy, przed 2020 rokiem można było kogoś legalnie zarazić wirusem, który go zabił albo uczynił kaleką, a my nawet o tym nie wiedzieliśmy i nikt nam z tego powodu wyrzutów nie robił. Brzmi okrutnie, ale tak po prostu było, tylko na mniejszą skalę. Państwa europejskie odgrzebały podobne regulacje dopiero przy okazji wybuchu epidemii SARS-CoV2, czyli jest to kwestia nie jakościowa („nie wolno nikogo zarazić potencjalnie śmiertelnym wirusem”), tylko ilościowa („nie wolno nikogo zarazić wirusem, który zabił już tyle to a tyle ludzi”). Ostatnio zresztą chyba władze krajowe odpuściły, bo absurdem byłoby karanie kilkuset tysięcy osób za przyczynienie się do transmisji wirusa przenoszonego drogą kropelkowo-oddechową, a podobno nawet więcej niż 100 tys. może wynosić dzienna liczba zakażeń nowym wariantem. Niemniej początkowo – obserwując na przykład napiętą sytuację we Włoszech z marca 2020 roku – nikt nie wiedział, czy nie będziemy przypadkiem żyć w świecie, w którym każdy przypadek zarażenia kogoś nie skończy się problemami z prawem. Wiąże się to zresztą z szerszą tendencją społeczną do doszukiwania się odpowiedzialności prawnej w spowodowaniu wszelkich zjawisk (spójrzmy np. na wzrost liczby odszkodowań w przypadku poślizgnięcia się na chodniku w okresie zimowym, czy zagraniczne przypadki poparzenia gorącym kubkiem kawy w restauracji), tak jakby prawo – zwłaszcza penalne – nie mogło stanowić tylko ostatecznego środka reakcji państwa na różne zjawiska.

Zagrożenie karne związane z niebezpieczeństwem wystąpienia choroby zakaźnej jest zresztą swego rodzaju restrykcją. Według jednak najnowszego stanowiska zespołu doradczego przy Prezesie PAN „Pora odrzucić założenie, że pewna część społeczeństwa to osoby o zrozumiałych wątpliwościach co do restrykcji i szczepień.” O ile co do skuteczności czy bezpieczeństwa szczepień nie powinno się mieć większych obiekcji, o tyle jako prawnik mam jednak wątpliwości co do tego, czy z wirusami powinniśmy walczyć metodami policyjnymi, tym bardziej że są one stosowane wybiórczo i chaotycznie. Trudno, napisałem to, najwyżej profesorowie z PAN uznają, że to „niezrozumiałe wątpliwości” i na mnie komuś doniosą.

Poprzedni artykułPolskę czeka kolejny rekord?
Następny artykułTotalizator Sportowy liderem sponsoringu polskiego sportu i kultury