W którymś momencie musimy jako społeczeństwo w końcu zrozumieć, że – wbrew temu, co mogłoby się nam wydawać i jak pokazuje to rosnąca inflacja – im więcej środków dostajemy „za darmo”, bez związku z naszą pracą i tym, co wytwarzamy w jej efekcie, tym dla nas gorzej. Zamiast bogacenia się, czeka nas coraz większe ubóstwo.

Fot. Marcin Kalita

Inflacja w Polsce od dłuższego czasu nieustannie rośnie. Rząd ma oczywiście swoje wytłumaczenie takiego stanu rzeczy. Najpierw była to pandemia. Teraz skutki wojny na Ukrainie. Oczywiście jest w tym część prawdy. Ale jest też wiele zwykłego mydlenia oczu. Mimo że kłopoty ze wzrostem inflacji ma nie tylko Polska, ale niemal cały świat, a już Europa przede wszystkim, nie jest to wyłącznie zasługą splotu wyjątkowo niesprzyjających i tragicznych okoliczności.

Żeby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na kilka ważnych faktów i wrócić do kilku prostych, znanych od zarania kapitalizmu prawd. Ale po kolei.

Inflacja bazowa

Przede wszystkim warto zauważyć, że w Polsce inflacja bazowa zaczęła rosnąć już w 2019 roku, a zatem jeszcze przed pandemią. To bardzo ważny wskaźnik. Dużo ważniejszy niż wskaźnik inflacji, którym epatują dziś media i eksperci. Aby nie komplikować, wystarczy sobie powiedzieć, że inflacja bazowa pokazuje, o ile rosną ceny, jeśli nie będziemy brać pod uwagę tych towarów, których ceny mają tendencję do największych zmian, czyli np. żywności i – co ważniejsze – paliw. Jest oczywiste, że szczególnie te ostatnie szybko reagują na niekorzystne zdarzenia, takie jak chociażby wojna, czego świadkami jesteśmy od kilku tygodni.

Inflacja bazowa uwzględnia zatem wyłącznie ceny tych towarów, które niezależnie od tego, co się dzieje na świecie, pozostają w miarę stabilne. Dla porządku dodajmy, że według w miarę oficjalnej definicji inflacja bazowa to inflacja CPI (Indeks Cen Konsumpcyjnych), po uprzednim skorygowaniu koszyka konsumpcyjnego o odpowiednie jego składowe o przypuszczalnie dużej chwiejności cen, będącej efektem wystąpienia różnorakich czynników przejściowych.

I to właśnie ten wskaźnik zaczął w 2019 roku wyraźnie rosnąć. I trwa to niestety do dziś. Prosty przykład – inflacja w lutym obniżyła się do 8,5 proc. wobec 9,4 proc. odnotowanych w styczniu (eksperci przewidują jednak, że w marcu może ona wynieść 10 proc.). Ale po wyłączeniu cen żywności i energii inflacja w lutym wyniosła 6,7 proc. wobec 6,1 proc. miesiąc wcześniej. Czyli jednak wzrosła. Trudno zatem mówić, że to właśnie wzrost cen paliw w związku z wojną napędził ostatnio inflację. Po wyłączeniu wszystkich najbardziej zmiennych cen inflacja wyniosła 7,5 proc. wobec 7,6 proc. miesiąc wcześniej. Czyli spadek był niewielki.

Skoro zatem nawet po wyłączeniu najbardziej zmiennych cen inflacja stale rośnie, to można sobie zdać pytanie, dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź, nawet takiemu laikowi jak ja, wydaje się oczywista. Wynika to z nadmiernych transferów finansowych, z którymi mamy do czynienia od dłuższego czasu – i to zarówno związanych z programami socjalnymi, jak i uruchamianymi bez żadnych ograniczeń różnego rodzaju tarczami, mającymi w zamierzeniu chronić obywateli przed niekorzystnymi dla ich finansów zdarzeniami na rynkach; czy to związanych z pandemią, czy nagłym wzrostem kosztów nośników energii, czy teraz wojną na Ukrainie.

Oczywiście programy te mają w swoim zamyśle chronić obywateli przed skutkami inflacji właśnie i zapewnić im więcej środków w portfelach. Paradoksalnie ich skutek jest jednak zupełnie odwrotny od zamierzonego. To jednak nie powinno dziwić. Wystarczy odwołać się do ekonomicznego ABC.

Transfery socjalne

W ostatnich latach portfele Polaków zaczęły wypełniać się pieniędzmi ofiarowanymi im przez państwo w ramach tzw. transferów społecznych. Pojawiły się programy takie jak 500+, różnego rodzaju dopłaty i wsparcia w ramach licznych programów o socjalnym w gruncie rzeczy charakterze. Stosunkowo szybko zaczęła też rosnąć płaca minimalna. To wszystko powinno oczywiście cieszyć. Celem był przecież wzrost poziomu życia najbiedniejszych grup społecznych (mimo że programy te często kierowane są nie tylko do najbiedniejszych obywateli).

To jednak, co pozytywnie wpływało na portfele obywateli, niekoniecznie dobre było dla gospodarki i paradoksalnie szkodziło, dodatkowo napędzając inflację. Można to było zresztą łatwo przewidzieć. Wbrew temu, co wydaje się być ostatnio prawdą najważniejszą, o poziomie inflacji wcale nie przesądza wyłącznie poziom stóp procentowych NBP. Czynników tych jest o wiele więcej. A puste rozdawnictwo pieniędzy ze strony państwa, nawet jeśli jest pożądane przez obywateli, szkodzi dużo bardziej w kontekście inflacji niż niskie stopy procentowe. Na rynek trafia bowiem sporo pustego pieniądza, który nie jest związany z wytwarzaniem dóbr, a jedynie zwiększa koszty funkcjonowania gospodarki i napędza inflację. Również przez to, że działa tu prosta zasada: skoro mam więcej pieniędzy w portfelu, a nie musiałem włożyć żadnego trudu w to, aby je zdobyć, to łatwiej mi zgodzić się na to, by za coś, co jest mi potrzebne, płacić więcej niż dotychczas. A to pozwala na widownie cen na rynku.

Wróćmy do starych prawd, które sformułowane zostały już u zarania gospodarki kapitalistycznej.

Inflacja, mimo wzrostu płac, znajduje się pod kontrolą tylko wtedy, gdy wzrostowi płac towarzyszy wzrost wydajności. A zatem, gdy mamy do czynienia z taką sytuacją, w której osoba dostająca więcej pieniędzy za swoją pracę, równocześnie jest w stanie więcej wytworzyć w jednostce czasu. I nie chodzi tu bynajmniej o to, by więcej taka osoba pracowała, ale by praca ta była bardziej efektywna, czy to z uwagi na postęp technologiczny (odciążenie pracownika od najprostszych zadań, które niepotrzebnie zajmują jego czas), czy też w wyniku zmian w organizacji pracy (bo mniej tego czasu jest marnowane na tzw. „puste przebiegi”, czyli albo na wykonywanie niepotrzebnych zadań, albo na czynności, które z pracą mają niewiele wspólnego).

Klucz do bogactwa

W takiej sytuacji możliwy jest wzrost płacy przy równoczesnym utrzymaniu niskich cen na to, co taki pracownik wytwarza. Gdy zaś rosną płace, a ceny pozostają na takim samym poziomie lub przynajmniej rosną wolniej niż płace, zwiększa się siła nabywcza wynagrodzenia. Innymi słowy bogaci się nie tylko firma, ale także pracownik, który poza tym, że jest pracownikiem, jest przecież także konsumentem. Cała sztuka powinna zatem polegać na tym, by dążyć do wzrostu wydajności, której efektem powinno być nie tylko zwiększenie zysków przedsiębiorstwa, ale także wynagrodzeń zatrudnianych przez nie pracowników. Zyskuje na tym gospodarka jako całość, przedsiębiorca i pracownik.

W takim modelu płaca minimalna jest oczywiście absurdem. Ale moim zdaniem jest ona potrzebna. Przedsiębiorcy, podobnie jak państwo, często bowiem zapominają o prostej prawdzie, że wzrost zamożności ich pracowników oznacza także wzrost zamożności ich klientów. Każdemu zatem powinno zależeć na tym, żeby siła nabywcza obywateli rosła. Musi ona w czymś jednak mieć podstawy, a nie wynikać jedynie z chęci uszczęśliwienia, czy też zdobycia przychylności wyborców.

We współczesnym świecie taki idealny model jednak z różnych powodów nie funkcjonuje zbyt sprawnie. Również dlatego, że wiele firm nie potrafi właściwie zarządzać swoją działalnością z korzyścią dla całej gospodarki, co w praktyce sprowadza się do tego, że nie potrafią one dzielić się sukcesem z pracownikami. Kadra zarządzająca zbyt często zapomina, że każdy jej pracownik to także klient – pod warunkiem jednak, że będzie go stać na zakup wytwarzanych przez przedsiębiorstwo dóbr czy usług. To zaś ma ten skutek, że w relację między pracownikiem a pracodawcą wkracza państwo, m.in. ustanawiając płacę minimalną. Dopóki płaca ta jest w jakiś sposób powiązana z wydajnością, wszystko w zasadzie pozostaje w porządku. U nas jednak płaca minimalna rosła w ostatnich latach znacznie szybciej niż wydajność. Skutek? Nie dało się utrzymać niskich cen przy wyższych płacach. Koszty „pustych” podwyżek trzeba było bowiem przerzucić na ceny po to, aby działalność nadal pozostawała opłacalna.

Państwo napędza inflację

Jak widać, ważnym czynnikiem, który wpływa na poziom inflacji, jest to, że w model funkcjonowania gospodarki w sposób istotny ingeruje – w słusznej, jak mogłoby się wydawać intencji – państwo. Z jednej strony przez ustalania płacy minimalnej, której istotne podwyżki w ostatnich kilku latach nie miały, niestety, żadnych podstaw w rosnącej wydajności. Z drugiej poprzez mnożenie transferów socjalnych na szeroką skalę, co już zupełnie oderwało dochody obywateli od ich wydajności i w ostatecznym rezultacie obraca się to przeciwko tymże obywatelom w postaci napędzonej do niespotykanych w ostatnich dziesięcioleciach inflacji.

Wzrost dochodów wynikający z transferów socjalnych, zamiast zwiększać poziom życia obywateli, obniża go. Wraz z rosnącym napływem pustej, bo nie związanej ze stanem gospodarki, gotówki gwałtownie zaczyna rosnąć inflacja, przez co siła nabywcza obywateli spada.

Im więcej zatem środków bez związku z pracą i ilością wytwarzanych dóbr państwo pompuje w portfele obywateli, tym szybciej następuje spadek siły nabywczej pieniądza. Społeczeństwo, zamiast się bogacić, zaczyna biednieć. Tym bardziej, że aby móc dokonywać transferów socjalnych na dużą skalę, państwo musi skądś pozyskać na to środki. Jedyna możliwość to zabranie ich obywatelom. Wytwarza się zatem idiotyczne koło, w którym, aby dać ludziom więcej świadczeń (również w postaci mnożonych w ostatnim czasie ponad miarę różnego rodzaju tarcz anty-coś tam), najpierw państwo musi im te pieniądze zabrać. Niekoniecznie wprost. W tym przypadku, tak jak robi to Polski Ład, rząd pod populistycznymi hasłami chętnie sięga do kieszeni przedsiębiorców. A oni – obciążeni dodatkowym kosztem na rzecz państwa – przerzucają go w jedyne możliwe miejsce… w ceny oferowanych dóbr, co znów napędza inflację. Ta z kolei powoduje ubożenie pracowników, którzy zaczynają wywierać presję na pracodawców w sprawie wysokości wynagrodzeń, oczekując, że to pracodawca (firma) zrekompensuje im wyższe obciążenia fiskalne i wyższe ceny na rynku. A podwyżki dla pracowników to znowu wyższe koszty wytwarzania dóbr i wyższe ceny w sklepach. Koło absurdu zaczyna toczyć się coraz szybciej, rozgniatając po drodze coraz więcej tych, którym państwo niby chciało pomóc.

Na którymś etapie musimy zatem jako społeczeństwo w końcu zrozumieć, że – wbrew temu, co mogłoby się nam wydawać i jak pokazuje to rosnąca inflacja – im więcej środków dostajemy „za darmo”, bez związku z naszą pracą i tym, co wnosimy do polskiej gospodarki, tym dla nas gorzej.

Poprzedni artykułCzym polscy rolnicy handlują z Ukrainą?
Następny artykuł30 procent ukraińskiej gospodarki już nie działa