Pod choinkę zawsze warto kupić bliskiej osobie książkę. A jeżeli bliska osoba jest warszawiakiem czy warszawianką, interesuje się tematyką varsavianistyczną, lub ogólnie architekturą i historią, jest na rynku wydawniczym ciekawa propozycja, o której poniżej.

Kiedy na portalu społecznościowym czytałem zamieszczane co pewien czas fragmenty książki Andrzeja Kozickiego, nie wiedziałem, czego się spodziewać. Obawiałem się, że powstaje zbiór wątpliwej wiarygodności anegdot z prywatnego życia pracowników Biura Odbudowy Stolicy. Kiedy wreszcie nadeszła zakupiona, pachnąca jeszcze farbą drukarską książką „Odbudowa Warszawy opowiedziana na nowo”, okazało się, że bardzo się myliłem.

Jestem dzieckiem schyłkowego PRL, a więc czasów, gdy państwowa telewizja naprawdę realizowała misję publiczną. Moje pokolenie wychowywało się na programach państwa Gucwińskich, legendarnej „Sondzie”, „W starym kinie” czy „Piórkiem i węglem”. I właśnie gawędy profesora Zina przypomina mi książka Kozickiego. Bo przecież dla wymierającej specyficznie polskiej klasy społecznej: inteligencji, architektura jest częścią całego dziedzictwa kulturowego. Wiąże się z obyczajami, literaturą, kształtującą nas zbiorową pamięcią. Andrzej Kozicki stworzył erudycyjną opowieść, którą każdy warszawiak (i nie tylko) pochłonie jednym tchem.

Byłem wiceburmistrzem stołecznej dzielnicy Włochy, przez dwie kadencję radnym Rady Warszawy. Mieszkam w stolicy od urodzenia. Nie uważam się więc za varsavianistycznego ignoranta. Jednak praca Kozickiego zaskakiwała mnie co kilka stron nowymi informacjami.

Na przykład sadzawka na podwórku mojej babci przy ul. Miodowej, gdzie bawiłem się jako dziecko, okazała się dziełem Aliny Scholtzówny, samooczyszczającym się bez użycia środków chemicznych dzięki zdolnościom roślin. Albo objawienia maryjne na Siekierkach. Nie wierzę co prawda w obrażenie się Maryi na wybuch Powstania wbrew jej przestrogom. Ale fakt ostrzegania przez Matkę Bożą w wielu objawieniach prywatnych przed skutkami aborcyjnego szaleństwa, które panowało w II RP, jest mi znany. Stąd Kozicki zachęcił mnie do zainteresowania siekierkowskim sanktuarium.

Książka Kozickiego traktuje przede wszystkim o fascynujących czasach, w których Armia Krajowa wzywała do „wyzwolenia kraju z bezsensu kapitalizmu”, a PKWN do zniesienia krępujących wolność gospodarczą zakazów. To opowieść o historycznych paradoksach, zaskakujących koincydencjach i hermeneutycznym kole, w którym toczy się całe nasze rozumienie kultury.

Gdybym miał wskazać słabą stronę książki „Odbudowa Warszawy…”, musiałbym wymienić ideologiczne wtręty. W końcu Andrzej Kozicki jest współzałożycielem stowarzyszenia o uzurpatorskiej nazwie „Miasto jest nasze”. Na marginesie swojej opowieści próbuje przemycać teorię, że mimo ciągłego zwężania ulic i rosnącego katalogu represji wobec kierowców, to piesi są w Warszawie w jakiś sposób poszkodowani. Potwierdza tym jednak tylko fakt, że zamożni mieszkańcy Śródmieścia nadal są oderwani od realiów życia zwykłych ludzi. Mieszkaniec ścisłego centrum nie rozumie, że aby rano zawieźć dziecko z Bielan do przedszkola na Białołękę, następnie pojechać do pracy na Mokotów, a w drodze powrotnej ogarnąć zakupy, samochód jest koniecznością, a nie fanaberią. Rowerem można pojechać sobie z Wiejskiej na Plac Zbawiciela na sojowe latte. I z takiej perspektywy Warszawa może się aktywistom wydawać podobna do pipidówki w rodzaju Amsterdamu. W praktyce stolica jest dużą metropolią. Komunistyczni urbaniści zaprojektowali ją w skali amerykańskiej, z szerokimi wygodnymi ulicami. Kawiarniani socjaliści z ratusza chcą je dziś zwężać. Ot, kolejny paradoks.