Nie spodziewałem się, że w serwisie niebranżowym przyjdzie mi kiedyś publikować felietony nawiązujące do mojego kierunkowego wykształcenia, czyli filozofii prawa. A jednak, ostatnio rozprawialiśmy choćby o pozytywistach prawniczych i prawie międzynarodowym jako „pozytywnej moralności”. Tym razem będzie mowa nie o pozytywistach, lecz o zwolennikach kierunków naturalnoprawnych. Przede wszystkim zaś o pojęciu „ustawowego bezprawia”.

Wiąże się ono z nazwiskiem niemieckiego filozofa prawa Gustawa Radbrucha. Pamiętajmy o tym, że ukuta przez niego formuła ma poważny charakter i genezę. Radbruch wpadł bowiem na to, że prawo rażąco niesprawiedliwe nie jest po prostu prawem i nie trzeba się do niego wcale stosować. Oczywiście w tym przypadku chodziło o drastyczne doświadczenia totalitaryzmów, działań wojennych, ludobójstwa i innych bezeceństw znanych z pierwszej połowy XX wieku. W istocie rzeczy większość ludzi nie akceptuje na przykład prześladowań etnicznych, nawet jeśli mają one swoje źródło w ustawie.

Jak to bywa z podobnie wzniosłymi formułami, nierzadko są one infantylizowane i próbuje się je powoływać w sprawach drobnych, rozstrzygalnych na innym gruncie. Niemniej w ciągu ostatnich dwóch lat mieliśmy do czynienia z co najmniej dwoma wydarzeniami, które usprawiedliwiać miały nadzwyczajną ingerencję państwa w życie obywateli. Chodzi oczywiście o stary już kryzys sanitarny, który nieco przygasł, gdy pojawił się nowy kryzys – militarny. Na marginesie zauważmy, że przed naszymi oczami jawić się teraz może obraz podobny do „Ostatniej drogi Temeraire’a”, autorstwa brytyjskiego malarza Williama Turnera. Dzieło to przedstawia bardziej nowoczesny i parowy holownik, który prowadzi wysłużony okręt żaglowy w jego ostatni rejs, już do miejsca spoczynku. Dzisiaj też mamy być może do czynienia ze zmierzchem pewnej epoki, a nowy kryzys odholowuje stary kryzys do stoczni rozbiórkowej.

Wracając jednak do Formuły Radbrucha, można by ją na przykład próbować stosować do podważenia legalności tzw. lockdownu, czyli tak naprawdę masowego uwięzienia na kilkanaście tygodni ludzi w domach (często w połączeniu z cyfrowym ich śledzeniem, gdy już z niego wyjdą albo trafią na kwarantannę). W Polsce wśród prawników, w tym chyba nawet i sędziów, dominowała przecież opinia, że totalnego lockdownu po prostu nie wolno było wprowadzić na podstawie nędznie skleconego rozporządzenia, wykraczającego zresztą poza zakres upoważnienia ustawowego. W tym przypadku zatem nie trzeba się nawet do koncepcji „ustawowego bezprawia” odwoływać, bo to było zwykłe bezprawie, pozaustawowe.

Wszelako z ustawowym bezprawiem w trakcie kryzysów chyba jednak mamy do czynienia. Mianowicie zarówno przy okazji pandemii, jak też wojny urzędnicy próbują nieco jakby po kryjomu przepchnąć ustawy, które mają ich uwolnić od odpowiedzialności za naruszenia, jakich dopuścili się w trakcie tych nadzwyczajnych zawieruch. W obliczu epidemii zawieszono także bieg terminów przedawnienia w prawie karnym i prawie karno-skarbowym. Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że podobne rozwiązania budziłyby oburzenie, gdyby próbował je wdrożyć któryś z ordynarnych dyktatorów, w rodzaju Putina czy Łukaszenki. Przychodzi tu do głowy parafraza i tak nieprecyzyjnego już cytatu, którego autorstwo przypisuje się Alexisowi de Tocqueville, że „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd”, aby walczyć z kryzysem.

Prawnicy w toku studiów poznają również teorię argumentacji i prawidła erystyki. Podstawowe znaczenie dla edukacji w tym zakresie mają choćby dzieła Artura Schopenhauera czy Chaima Perelmana. Żaden z tych myślicieli (w przypadku Schopenhauera było to zresztą biograficznie niemożliwe) nie opisał jednak obok tradycyjnych chwytów erystycznych i błędów w logicznym rozumowaniu tzw. argumentum ad hitlerum. Przed 2022 rokiem, jeśli chcieliśmy zaszkodzić reputacji naszego adwersarza bez trudzenia się i merytorycznego podważania zasadności jego argumentów, mogliśmy po prostu napisać (bo to głównie cecha pyskówek internetowych), że jest „jak Hitler” albo „jak naziści”. Sam Prezydent Federacji Rosyjskiej używa obecnie podobnych chwytów, kiedy jako casus belli dla „operacji militarnej” na Ukrainie podaje zwykłe epitety. Wielokrotnie określał przecież ukraińskich polityków, którzy prowadzą co najwyżej umiarkowaną politykę nacjonalizmu obywatelskiego, od neonazistów.

Zachód jednak zaczął odwoływać się do innego wybiegu, mianowicie argumentum ad putinum. Każdy bowiem, kto w jakiś sposób odstaje od dominującej narracji, wątpi, zadaje pytania albo nie jest fanem postępu w wymiarze obejmującym głównie obszar poniżej klamry pasa, nie jest już szurem i antyszczepionkowcem. Teraz jest „ruską onucą”, „kremlowskim trollem” albo po prostu jest „jak Putin”.

Tym wszystkim, którzy mają taki obraz rzeczywistości, na pewno jest wygodnie. W końcu żyjemy w zsekularyzowanym wieku. Religia przestała pełnić funkcję porządkującą i symplifikującą nasze wyobrażenia o świecie. Nie ustala już łatwego podziału na „my i oni”, naszych i innowierców. Musiała więc powstać jakaś nowa, świecka religia z pełną symboliką, własnymi rytuałami, wierzeniami, a nawet charakterystycznymi sposobami komunikacji (głównie elektronicznej) i sygnalizowania cnoty. Religia ta jest skupiona wokół wartości liberalnych i demokratycznych oraz nauki, ale pojmowanych w bardzo specyficzny i często paradoksalnie radykalny sposób. Jest to zarazem środowisko ekskluzywne i nie akceptuje tych, którzy liberalizmu nie rozumieją jako permisywizm, demokracji jako woli narzuconej przez federalistyczne molochy zbudowane na plecach biurokratów, a nauki jako scjentystycznej zabawy w Boga z ludzkim życiem kosztem wolności osobistej.

Ależ napisałem felieton. Prawie jak Putin.

Michał Góra

Poprzedni artykułEuropejski Bank Centralny rozpocznie podnoszenie stóp procentowych dopiero w przyszłym roku?
Następny artykułCzy Kowalski odczuje brak rosyjskich surowców?