Abstrahując od ściśle empirycznych i racjonalistycznych analiz, na co przecież w felietonie można sobie pozwolić, jedną z bardziej interesujących cech aktualnego kryzysu jest następująca: jeśli przed pandemią obóz polityczny głosił określony pogląd, to w pandemii ze zdwojoną mocą będzie bronić poglądu aksjologicznie przeciwnego. Wspomniana reguła działa prawie bezbłędnie.  Sprawdźmy to, przyglądając się kilku przykładom.

O ile lewica, progresywni liberałowie i środowiska akademickie swego czasu uważali, że granice państwowe powinny być otwarte, a najlepiej w ogóle zniesione, tak teraz domagają się drobiazgowego sprawdzania i prewencyjnego izolowania każdego migranta. Najlepsze, w ich ocenie, byłoby zresztą zabicie granic dechami na głucho, jak zrobili to mieszkańcy Australii i Oceanii, którzy zdają się mieć teraz problem z tym, jak otworzyć się ponownie na świat. Na mieszkańcach pozostałych regionów 100 śmierci związanych z COVID dziennie często nie robi już bowiem wielkiego wrażenia (to stwierdzenie faktu, a nie pochwała). W takiej Nowej Zelandii natomiast mogłyby one wywołać panikę, nawet rozłożone w okresie tygodniowym albo i miesięcznym. Środowiska bardziej konserwatywne nie mają natomiast problemu ze swobodnym przepływem osób i nieco lekceważącym podejściem do kontroli granicznych w trakcie pandemii. Interesujące jest to, że w przypadku terroryzmu tendencje były odwrotne, co można odnieść także do problemu inwigilacji metodami cyfrowymi. Obecnie to prawica i konserwatyści domagają się umiaru w masowym i przymusowym śledzeniu ludzi przy pomocy aplikacji, które niedługo będą chyba potrzebne, żeby w ogóle wyjść z domu. Nie potrzeba zatem żadnych teorii spiskowych – fakty są dostatecznie dystopiczne.

Jednym ze sztandarowych postulatów środowisk postępowych była też publiczna edukacja. Teraz to raczej grupy populistyczne i konserwatywne żądają otwarcia szkół i zwracają uwagę na to, że koszt ich zamknięcia może przewyższać korzyści związane z kontrolą zakażeń. To ostatnie odpowiada zresztą głównej tezie raportu ECDC z grudnia 2020 r. na ten temat, co tylko pokazuje, jak bzdurne są niektóre blankietowe oskarżenia o „denializm”.

O ile to środowiska konserwatywne, w zgodzie z doktryną tzw. populizmu penalnego, domagały się zazwyczaj wzmożonej kontroli zachowań społecznych i zaostrzania kar dla naruszycieli porządku prawnego, o tyle w pandemii to lewica, progresywni liberałowie i mainstreamowi eksperci wpadli w jakiś autorytarny i moralistyczny szał. Ci sami ludzie, którzy wierzą, że niepoprawnych więźniów da się zresocjalizować, „bo każdy ma dobre serce”, a nawet należy reagować na najdrobniejszą krzywdę w rodzaju braku spaceru i konsoli do gier wideo w celi, teraz pokrzykują, że ogół obywateli to idioci, którzy mają siedzieć w domu zamiast zaczerpywać świeżego powietrza i do których nie można kierować rekomendacji sanitarnych, bo wszyscy zrazu pomrzemy. Oczywiście, należy też powszechnie ograniczyć wolność słowa, karać, więzić, szykanować i sprawdzać cyfrowe dokumenty przed wejściem do każdego budynku i na każdą imprezę masową. Wyłożone w ten sposób brzmi raczej mało postępowo.

Co ciekawe, jeszcze dwa lata temu Szwecja była przedstawiana jako postmodernistyczny i welfarystyczny raj. Dzisiaj to prawica „zakochała się” w ich umiarkowanym podejściu do zamykania społeczeństwa w trakcie epidemii. W tym kontekście można odnotować to, że przecież eksperci nierzadko chcieli uniezależnienia pewnych sektorów życia publicznego od „populistycznych” rządów i polityki. Gdy tak się w istocie stało, bo szwedzka Agencja Zdrowia Publicznego zachowuje dużą autonomię w kreowaniu polityki prozdrowotnej, nagle okazało się, że to głupi pomysł. Naczelnym epidemiologiem może bowiem być ktoś, kogo uważają za niekompetentnego, niespełna rozumu, albo wszystko na raz.

A naukowcy to trochę takie środowisko jak starsze panie: z nieskrywaną pogardą spoglądają na koleżankę, która wystroiła się w nową suknię i z nowym partnerem pod ramię wchodzi spóźniona na niedzielną mszę. Zakłócając w ten sposób ich cotygodniowy rytuał siedzenia w ławkach i mamrotania pod nosem do znudzenia tych samych mantr. W oczach laika największym grzechem Szwedów było zresztą trzymanie się planów, jakie ułożono – to naprawdę trudno odgadnąć – na wypadek poważnej pandemii w Europie. Na marginesie, być może jakieś znaczenie mogło mieć tutaj to, że Szwedzi nie za bardzo lubią się na gruncie dyplomatycznym z Chińczykami, którzy pierwsi wpadli na świetny pomysł, jakoby zaspawanie ludzi w domach i śledzenie wszystkich przy użyciu kodów QR było najlepszym sposobem rozwiązywania problemów społecznych.

Oczywiście, powyższe uwagi mają charakter nienaukowy, ale czy całkowicie pozbawiony sensu? Ostatecznie sprzeciw wobec nadmiernej ingerencji w życie społeczne może wynikać z zupełnie różnych filozofii. Izolacja nie przypadła do gustu komunitarystom, zarówno religijnym (na przykład duchownym, autorom opisywanego już na łamach fpg24.pl listu sprzeciwiającego się paszportom szczepionkowym), ale też świeckim (przedstawicielką tego nurtu jest oksfordzka epidemiolog Sunetra Gupta). W ich ocenie to wszystko powoduje bowiem rozbijanie „żywej” wspólnoty, może prowadzić do dalszego pogorszenia sytuacji najsłabszych warstw społeczeństwa i tak dalej. Ograniczeniom sprzeciwiają się też indywidualiści, przede wszystkim libertarianie, upatrując w tym nadmiernej ingerencji państwa w wolność osobistą i gospodarkę. Oczywiście, na to nakłada się problem danych i badań, co determinuje nasze działania w szczegółach, trudno temu zaprzeczyć. Pomijanie etycznych i politycznych aspektów, które w większym chyba stopniu określają pewne ogólne tendencje niż „czysty rozum” i matematyka, byłoby jednak równie krótkowzroczne. Cóż, być może spełniło się nomen omen chińskie przekleństwo: obyś żył w ciekawych czasach!