Prezes Jarosław Kaczyński mówi, że Polska nie będzie rezygnowała z suwerenności. Problem w tym, że dawno tej suwerenności się pozbyliśmy. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to zwyczajnie kłamie.

Tomasz Cukiernik

Czym różni się państwo suwerenne od państwa niesuwerennego? Jakie atrybuty ma państwo niezależne? Jednym z fundamentalnych atrybutów państwa suwerennego jest możliwość nakładania na swoim terenie obciążeń podatkowych oraz możliwość ich egzekwowania. I to takich, w takiej wysokości czy formie, jaka tylko przyjdzie miejscowym politykom do głowy. Politycy państwa niesuwerennego nie mają takiej możliwości albo jest ona w jakiś sposób ograniczona.

Przykładem jest tarcza antyinflacyjna. Otóż rząd słusznie obniżył stawki VAT m.in. na żywność, energię elektryczną i cieplną, paliwa silnikowe, gaz ziemny i nawozy oraz akcyzę od paliw, co było jednym z niewielu właściwych jego decyzji w ciągu tych siedmiu lat bycia u władzy. Niestety teraz Jacek Sasin, wicepremier i minister aktywów państwowych, poinformował, że tarcza antyinflacyjna nie będzie mogła być przedłużona z powodu sprzeciwu Komisji Europejskiej, która twierdzi, że jest to niezgodne z prawem unijnym. Tak więc na skutek decyzję Brukseli zostaną przywrócone wysokie stawki podatkowe na energię elektryczną, paliwa, gaz i nawozy. – To, że żywność będzie tańsza, jest zasługa również naszego rządu, który taką odważną decyzję podjął, a potem wywalczył w Komisji Europejskiej zgodę na to. Natomiast w przypadku surowców energetycznych i również energii elektrycznej takiej zgody uzyskać się nie udało – powiedział wicepremier Sasin. Kraj suwerenny nie musi „walczyć” o wysokość stawek podatkowych ani nikogo pytać o zgodę.

Innym równie istotnym atrybutem państwa suwerennego jest brak możliwości szantażu, nacisków czy wpływu ze strony innych państw czy też organizacji międzynarodowych i innych. To znaczy te inne państwa czy organizacje międzynarodowe mogą takie szantaże i naciski próbować realizować, ale w przypadku państwa suwerennego – w przeciwieństwie do państwa zależnego – są one nieskuteczne. Państwo suwerenne jest w stanie oprzeć się takim szantażom i naciskom i ich nie realizuje. Dobrym przykładem na to są unijne dotacje. Najpierw Bruksela szantażowała Polskę brakiem demokracji, potem brakiem praworządności, a teraz dyskryminacją osób LGBT i nieprzestrzeganiem Karty Praw Podstawowych, z tych powodów blokując wypłatę środków finansowych.

Zasada obronna przed fortelem pięknej kobiety doradza, by – wbrew pierwszemu odruchowi – odmawiać, gdy ktoś daje coś za darmo. Dlaczego? Bo „albo będzie to obliczony na długi czas pośredni atak na twoją pracowitość, albo – w myśl analizy transakcyjnej – słony rachunek do zapłacenia przyjdzie później” (Piotr Plebaniak, 36 foteli. Chińska sztuka podstępu, układania planów i skutecznego działania, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2019). Dokładnie tak to wygląda w przypadku przyjmowania dotacji unijnych. Tu mamy do czynienia z oboma skutkami. Nie opłaca się być pracowitym, efektywnym, wydajnym, produktywnym, starać się, kombinować w pozytywnym tego słowa znaczeniu, wymyślać nowych produktów i usług, a starych ulepszać, by uchylać nieba klientom, bo znacznie prościej jest napisać albo zlecić napisanie wniosku o eurodotację. A słony rachunek za dotacje, które do tej pory zostały już dawno wydane, dostaliśmy w postaci kolejnych politycznych szantaży ze strony Unii Europejskiej.

Co więcej, z programów regionalnych Bruksela nie chce już współfinansować autostrad i innych dróg ani lotnisk, jak to było do tej pory, ale transport publiczny. Eurofundusze mają iść na zieloną i cyfrową transformację, czyli na coś, czego niekoniecznie potrzebujemy. Transport ma być zrównoważony, co oznacza, że inwestycje mają iść w koleje, autobusy i rowery – czytamy w artykule opublikowanym na stronach Klubu Jagiellońskiego. Oczywiście wypłaty z unijnych programów będą uzależnione m.in. od stosowania Karty Praw Podstawowych.

„Poczynając od połowy lat 90-tych zaczęliśmy forsowne dostosowywanie naszej gospodarki do norm unijnych. Wygaszaliśmy całe gałęzi przemysłu. Kosztowało to setki tysięcy miejsc pracy. Tych strat nie refundowały żadne programy przedakcesyjne. Cały proces dostosowawczy zaczęto na dobrą dekadę PRZED referendum, w którym zapytano, czy w ogóle chcemy do tej Unii wstąpić. Czyli kwestia naszego wejścia była już przesądzona… I decyzje te raczej nie zapadały w Warszawie. Oddaliśmy część suwerenności instytucjom unijnym. Co i rusz potykamy się o zakazy i nakazy. Tego nam nie wolno, tamtego też nie. To i to ma wyglądać tak, jak sobie wymyślili w zasadzie anonimowi unijni urzędnicy. Nie wolno nam wieszać kryminalistów. Zdecydowana większość towarów i usług musi być opodatkowana niszczącym rynek podatkiem VAT… Na nasze władze nieustannie czynione są naciski polityczne. Inne żądania dotyczą kwestii gospodarczych, ustrojowych światopoglądowych, nawet etnicznych! A za niesubordynację zwaną brakiem praworządności jesteśmy karani finansowo” – słusznie zwrócił uwagę na portalu pch24.pl pisarz Andrzej Pilipiuk.

Komisja Europejska zażądała od Węgier wdrożenia 17 środków jako warunku wstępnego, aby nie zawiesić Budapesztowi wypłat unijnych funduszy w kwocie 7,5 mld euro. Odmówiła również zatwierdzenia węgierskiego Funduszu Odbudowy po COVID-19 o wartości 5,8 mld euro. Brukseli – podobnie jak w przypadku Polski – chodzi o reformy węgierskiego wymiaru sprawiedliwości. W odpowiedzi węgierskie władze zagroziły, że zawetują wspólne finansowanie pomocy dla Ukrainy w wysokości 18 mld euro oraz zatwierdzenie przez Unię Europejską minimalnej stawki globalnego podatku od osób prawnych, co urzędnicy unijni nazwali szantażem. – To jest szantaż, czysty i prosty – powiedział serwisowi POLITICO jeden z unijnych dyplomatów. Być może. Pytanie, czy to jest tylko szantaż premiera Wiktora Orbana, czy również działania Brukseli można podobnie nazwać?

Ostatecznie miało dojść do porozumienia: Węgry nie będą blokowały unijnych projektów, a Bruksela wypłaci należne Budapesztowi pieniądze. Dlaczego w podobny sposób polski rząd nie stawia Unii Europejskiej na ostrzu noża własnych żądań, grożąc wetowaniem unijnych spraw? Swego czasu pojawiły się takie groźby podrzędnych polityków PiS, ale nic z tego nie wyszło. Polskie władze bez mrugnięcia okiem zatwierdziły „mechanizm warunkowości”, kolejne etapy unijnej polityki energetyczno-klimatycznej, tzw. kamienie milowe czy szkodliwy dla nas tzw. Fundusz Odbudowy po COVID-19, który oznacza dodatkowe zadłużenie publiczne i nowe europodatki.

Tymczasem politycy PiS opowiadają bajki, że Polska jest państwem suwerennym i oni tej suwerenności i niepodległości bronili, bronią i bronić będą. – Chcemy być w UE, ale to nie oznacza, że musimy się zgadzać na wszystko, że mamy rezygnować z naszej suwerenności, że mamy rezygnować z naszych wartości – mówił w Jastrzębiu Zdroju prezes Jarosław Kaczyński. W rzeczywistości wraz z politykami PO, SLD czy PSL politycy PiS dawno tej suwerenności państwa polskiego się pozbyli. Jak? Najpierw wdrażając do polskiego systemu prawnego kolejne uzgodnienia przedakcesyjne do Unii Europejskiej. Potem podpisując traktat akcesyjny oraz kilka lat później traktat lizboński. Następnie zgadzając się na Europejski Zielony Ład oraz na tzw. Fundusz Odbudowy. I w końcu na bieżąco przyjmując do polskiego systemu prawnego wszystkie unijne dyrektywy i rozporządzenia.

Niektórzy euroentuzjaści twierdzą, że ta częściowa utrata suwerenności jest konieczna do tego, by istniał wspólny rynek. Dodają, że przecież „współdecydujemy” o naszych sprawach na forum unijnym. Niestety jako kraj mający niewielkie znaczenie polityczne nasz głos jest pomijany. Zresztą praktyka pokazała, że polscy politycy podpisują w Brukseli każdy podsunięty im cyrograf. Natomiast to nieprawda, że aby istniał wspólny rynek, kraje członkowskie muszą oddać na rzecz centrali część własnej suwerenności. Do wolnego przepływu towarów, usług, kapitałów i ludzi nie są potrzebne tony euroregulacji i coraz to nowsze i bardziej absurdalne programy dotacyjne czy ogólnounijne. Do tego nie jest potrzebny Europejski Zielony Ład czy tzw. Fundusz Odbudowy. Zresztą wcześniej ich nie było, a wspólny rynek funkcjonował. Tak naprawdę unijne dotacje są potrzebne głównie Brukseli, a nie Polsce czy Węgrom. Właśnie do szantażowania nieposłusznych krajów członkowskich. Do tego, żeby eurourzędnicy łatwiej mogli je trzymać pod butem.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułSkłady węgla nie zawyżały jego cen
Następny artykułCo dalej z inwestycjami w Polsce?