Ci, którzy próbują nadążyć za postępowaymi trendami, mogą mieć nie lada problem z zachowaniem spójności przekonań – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły podstawowej, co rusz pojawiały się nowe mody, za którymi trudno było nadążyć. Najpierw zbierano „karteczki”, później wszyscy interesowali się piłką nożną albo koszykówką, a następnie kupowali takie małe urządzonka, które pozwalały opiekować się japońskim zwierzątkiem. Wprawdzie posiadanie tych wszystkich gadżetów dawało pewną przewagę w dziecięcych i młodzieżowych kontaktach towarzyskich, ale kosztowało też majątek, a na dłuższą metę nadążanie za każdą nowinką było po prostu męczące. Większość z nas z tego w końcu zresztą wydoroślała.

A może nie, bo obecnie te mody wyglądają inaczej, ale zmieniają się równie szybko. Jeszcze nie tak dawno temu, na przykład, w dobrym tonie było popieranie postulatów ruchu LGBT, co przejawiało się w publikowaniu kolorowej flagi przy swoim nazwisku w mediach społecznościowych. W następnej kolejności pojawiła się moda na stawianie się w pierwszym szeregu walki z chorobami zakaźnymi. Obawiam się jednak, że ci, którzy próbują nadążyć za podobnymi trendami, mogą mieć nie lada problem z zachowaniem spójności przekonań.

Okazuje się bowiem, że najnowsza modna choroba zakaźna szerzy się „w takim a nie innym” środowisku. Najlepszym powodem zresztą, żeby nie stygmatyzować ludzi, którzy są chorzy albo nie przestrzegają ściśle zaleceń zdrowotnych i sanitarnych, jest to, że historycznie prowadziło to do rożnych prześladowań. Przypomnijmy sobie choćby problem AIDS albo świetny film „Filadelfia” z Tomem Hanksem w roli głównej.

Zachowania takie zawsze uważałem za rodzaj prymitywnego atawizmu z jednej strony, biurokratycznej bezduszności z drugiej, a z trzeciej jeszcze raziło mnie to, że uchodzą one za „wspólnotowe”, chociaż ich źródło jest raczej egoistyczne. To zwykłe obrzydzenie i chęć uniknięcia krzywdy dla siebie samego, ewentualnie tylko swoich najbliższych, bez liczenia się z szerszymi kosztami społecznymi fiksacji na problemach zdrowia publicznego.

Kiedy jeszcze dwa lata temu zachorowanie na COVID-19 było kojarzone raczej z białymi konserwatywnymi idiotami, którzy publicznie kwestionowali na przykład potrzebę wgrywania ludziom różnych aplikacji śledzących, to oczywiście robiono z tego wielkie halo i tworzono nawet specjalne rejestry zmarłych „antyszczepionkowców” i „covidiotów”. W Polsce obiektywni i nieskazitelni dziennikarze wykorzystali natomiast luki w rządowych rejestrach i wyciągnęli z niego dane, mówiące o tym, kto się zaszczepił, a kto nie zaszczepił (formalnie zresztą dobrowolną) szczepionką przeciwko COVID. Taki to był triumf prawa do prywatności i etyki dziennikarskiej.

Obecna choroba, którą prywatnie nazwałem małpianką, szerzy się jednak wśród pewnej mniejszości, o której specjalnie nie piszę wprost, bo nie chcę dostać grzywny (jak ostatnio jeden polski ksiądz w Niemczech). Zresztą naprawdę nie mam zamiaru też tych ludzi stygmatyzować. Nic mi oni nie przeszkadzają i faktycznie dość się historycznie nacierpieli z powodu takiej czy innej kolektywistycznej „mody”, podobnej zresztą w swej naturze do obrzydzenia odmiennością czy chorobami zakaźnymi.

Wyobrażacie sobie Państwo, co by się działo, gdyby ktoś wpadł teraz na pomysł publikowania personaliów tych osób, opisywanie ich sposobu zachowania się i zaczął te osoby publicznie piętnować za przyczynianie do szerzenia się zakażeń małpią ospą? Ja jestem może bardziej konserwatywny i prawicowy niż ci wszyscy „modnisie” i postępowi dziennikarze. Taka podłość nie przyszłaby mi mimo wszystko do głowy. I to niby ja jestem małomiejski, opresyjny i nietolerancyjny.

Michał Góra

Poprzedni artykułWłochy, Niemcy i Austria idą na współpracę z Putinem
Następny artykułKawaler Orderu Orła Białego stracił stanowisko w rosyjskim gigancie naftowym