Usłyszałem w mediach, że ktoś z Platformy Obywatelskiej chciałby zabrać czternastą emeryturę. Moja radość była krótkotrwała, bo to nieprawda.

Nie znam politycznej działalności Tomasza Lenza. Być może jest to polityk rozpoznawalny w swoim regionie, to by mnie jakoś usprawiedliwiało z mojej niewiedzy. Jest to jednak od bardzo niedawna polityk specyficznie sławny, tą zjadliwą sławą paska grozy i krzykliwych nagłówków. Bo podobno poseł Lenz chce odebrać czternastą emeryturę. Tak przynajmniej twierdzą media.

Niestety, media lubią koloryzować.

Wypowiedź Lenza na temat tego, co hipotetycznie zrobiłaby Platforma Obywatelska, gdyby teraz, z dnia na dzień i poza wyborczym harmonogramem, doszła do władzy, wcale nie jest szczególnie odważna. Słusznie i przytomnie dostrzega on, że pompowanie pieniędzy na rynek podnosi inflację. Ostrożnie zakłada, że nawet nie likwidacja, ale przesunięcie w czasie wypłat politycznych łupów karnemu elektoratowi głosującemu za obecnie rządzącą koalicją, pomoże ograniczyć to niszczące zjawisko. Tylko tyle. Nie jest to kontrowersyjna narracja. Na tle biedy ekonomicznej świadomości polskiej klasy politycznej można ją nawet określić jako zapobiegliwą. Słowa posła wywołały jednak burzę, oczywiście taką małą, których jeszcze będziemy widzieć wiele. Ale symptomatyczną, bo pokazującą, jak łatwo rzekomi liderzy demokratycznych środowisk dają się zakrzyczeć. I rezygnują z demokracji.

Po kolei. Celowo używam słów „polityczne łupy”, bo dokładnie w ten sposób należy traktować wypłaty świadczeń emerytalnych z liczebnikami wyższymi niż dwanaście. To łatwe pieniądze za które kupowany jest elektorat. Łatwe do rozdania, ale trudne do spłaty. Tym bardziej że spłacać będą wnuczki i wnuczkowie, którzy jakoś będą musieli zamieść na szuflę obecny stan finansów publicznych i sobie z nim poradzić. W obliczu delikatnie mówiąc niezbyt optymistycznych perspektyw w światowej polityce i takim też handlu – to wcale nie będzie takie proste.

Nie wolno jednak nawet pomyśleć o zamachnięciu się na najnowsze zdobycze socjalne, bo natychmiast odezwą się ci, którzy rzekomo w imieniu najsłabszych będą bronić rozdawnictwa. Mnie jednak interesuje dyskusja na temat tego, co się dzieje z podatkami, kiedy już je zapłacę i chętnie wysłucham różnych opinii. Opinię posła Lenza znajduję jako ciekawą, dla mnie zbyt mało konsekwentną. Ale rozumiem go, polityk musi być bardziej opływowy niż publicysta. Rozumiem też pracowników mediów nieprzychylnych opozycji, którzy spotęgowali jego słowa i wyostrzyli przekaz. To ich praca, nie muszę jej cenić, ale powinienem znać jej mechanizmy.

Czemu „rzekomo najsłabszych”? W Polsce pokutuje przekonanie, że rządzą większości. To nieprawda. Rządzą mniejszości, im bardziej radykalne i nietolerancyjne (w szerokim znaczeniu tego terminu), tym bardziej widoczne, głośniejsze i przez to chętniej obsługiwane przez usłużnych polityków. Dlatego emeryci wygrywają z ludźmi, którzy pracują na ich emerytury. Bo są lepiej zorganizowani jako grupa wyborców. Są lepszym klientem, któremu zresztą zawsze coś tam skapnie. Na przykład nasta emerytura.

Wypowiedź Lenza pozwoliła na snucie w mediach wizji dla jednych kasandrycznych, dla innych, w tym dla mnie, idyllicznych, bo likwidacja dodatkowych emerytur to nie jedyny, ale ważny składnik w już nawet nie rozwijaniu Polski, ale w nie spychaniu jej w przepaść stagflacji. I jest to postulat, który śmiało może podnosić partia wcale nie liberalna – a po prostu odpowiedzialna. Także za emerytów. Nieodpowiedzialnością jest właśnie dawanie kolejnych transferów socjalnych, bo przy tej inflacji każdy z nich, nawet jeśli nominalnie tak samo wysoki, będzie pozwał na zakup coraz mniejszej ilości dóbr. Na to jednak najwyraźniej nie może się zgodzić Donald Tusk, który koniecznie musi się ścigać w dyscyplinie, kto komu więcej obieca. To działalność, w której przegra, bo jego medialna pozycja jest słabsza niż obozu władzy, który zwyczajnie może lepiej nagłaśniać swoje działania. Obecnie rządzący mają też za sobą dowód na to, że faktycznie realizują te transfery – bo naste emerytury i 500+ to obietnice niestety spełnione. Tutaj Tusk nie wygra. Zamiast więc pomyśleć o tym, jak może wygrać w realizacji tych postulatów, które polegają na czymś więcej niż dodruku pustego pieniądza, najwyraźniej woli on rugać Tomasza Lenza i odcinać się od jego wypowiedzi. Tusk nie potrafi też budować przekazu dla tej grupy ludzi, która utrzymuje wydatki dla innych na ich życie z plusem. A to przecież spokojnie byłby elektorat, o jaki warto walczyć.

Ubolewam nad tym, że w Polsce właściwie jedynym słyszalnym głosem jednocześnie prozachodnim jak i przestrzegającym przed wyścigami na deklarowanie się w rozdawaniu pustych pieniędzy, jest prof. Leszek Balcerowicz. Człowiek od lat poza polityką. To pokazuje bankructwo odpowiedzialności za państwo i społeczeństwo po stronie opozycji. W polityce chcę mieć coś do wyboru. Ten wybór się zaciera, kiedy główna siła mogąca w hipotetycznej przyszłości znaleźć się u władzy zwyczajnie upodabnia się do tego, co mamy teraz. Oczywiście, nie ma też co popadać w symetryzm, różnic nadal jest wiele i są znaczące. Ale czy dla obywateli zbankrutowanego państwa będą one takie ważne? Kiedy łatwiej będzie rozmawiać o praworządności, przy zimnych, czy przy ciepłych kaloryferach? Czy koszt polegający na zmierzeniu się z medialnym hejtem i oburzeniem o to, że ktoś reprezentuje wnuczków chcących zabrać babciom czternastą emeryturę, nie jest wart ryzyka?

Platforma Obywatelska przedstawia się jako partia demokratyczna i taką niewątpliwie jest. Ale żeby demokracja w ogóle miała sens, musi zakładać jakiś wybór. Komu służy demokracja, która jest wyścigiem w dobiegnięciu do roszczeniowego elektoratu – a następnie równanie całej polityki do spełniania żądań tej mniejszości?

Marcin Chmielowski
* autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułChiny zwiększają wydobycie węgla o, bagatela, 300 mln ton!
Następny artykułPolski przemysł najgorszy na świecie?