Co łączy Łódź i Bielsko-Białą? Historia oddalonych od siebie o setki kilometrów miast jest wspólną opowieścią o ludzkiej przedsiębiorczości, dobrej robocie, dobrych skutkach folgowania chęci osiągnięcia zysku – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Urodziłem się w Łodzi w czasie, gdy było to jeszcze miasto włókiennicze. Niestety, było to już prawie pół wieku temu, ale nie bądźmy drobiazgowi. Po dzieciństwie w moim rodzinnym mieście pozostała mi na lata skłonność do chorób gardła. Tak wtedy miało wiele dzieci wychowujących się w zadymionej Łodzi.

Moje rodzinne miasto odwiedzam regularnie, mam tam wciąż rodzinę. Nie jestem zachwycony tym, jak potoczyły się jego losy po 1989 r., ale nie w tym rzecz. Gdy jestem w Łodzi, staram się odwiedzać istotne dla niej miejsca. Przejść się Piotrkowską, także na jej „fabrycznym” odcinku, od Alei Mickiewicza do Placu Niepodległości. Zajrzeć do któregoś z muzeów. Czasem odwiedzić Stary Cmentarz, gdzie obok siebie leżą katolicy, ewangelicy i prawosławni.

Tak się złożyło, że w krótkim czasie odwiedziłem najpierw moje rodzinne miasto, dziś zamieszkane przez już znacznie mniejszą liczbę osób niż kiedyś, a później Bielsko-Białą. Te dwa miasta, położone przecież w kompletnie różnych miejscach Polski, bardzo wiele łączy, choć w XIX w. nie znajdowały się nawet w jednym zaborze. Łódź najpierw wylądowała w zaborze pruskim, będąc jednak wtedy w istocie wioską, tyle że z prawami miejskimi, a po roku 1815 – w rosyjskim. Bielsko i Biała natomiast znalazły się w granicach Cesarstwa Austriackiego (potem Austro-Węgier). Biała trafiła pod władzę Austrii już w wyniku I rozbioru, Bielsko zaś od XVI w. było częścią monarchii austriackiej (później leżąc w granicach utworzonego w połowie XVIII w. Księstwa Cieszyńskiego). Początkiem formalnego łączenia obu miast, do którego ostatecznie doszło dopiero w latach 50. XX w., było zniesienie granicy celnej na rzece Białej w 1784 r. między Śląskiem Austriackim a Galicją.

Co łączy Łódź i Bielsko-Białą? Oba te miasta były w przeszłości potężnymi ośrodkami włókienniczymi. Przy czym w Łodzi, której historia tkacka zaczęła się nieco później, zajmowano się głównie bawełną, sprowadzaną tanio z Rosji w czasie zaborów, natomiast w Bielsku i Białej dominowała obróbka wełny. W przystępny i fascynujący sposób powtórzyłem sobie przemysłową historię obu tych ośrodków, zwiedzając w Łodzi znakomicie odświeżone Centralne Muzeum Włókiennictwa, a w Bielsku-Białej – Muzeum Historyczne na Zamku Sułkowskich, w Domu Tkacza oraz przede wszystkim w Starej Fabryce.

Fragment fabrycznego podwórka – zdjęcie pochodzi z łódzkiego Centralnego Muzeum Włókiennictwa. Fot. Łukasz Warzecha

Historia oddalonych od siebie o setki kilometrów miast jest wspólną opowieścią o ludzkiej przedsiębiorczości, dobrej robocie, dobrych skutkach folgowania chęci osiągnięcia zysku. Jeszcze gdy nad tymi miastami nie dymiły fabryczne kominy, tkacze pilnowali standardów w swojej pracy. Za ich złamanie i dostarczenie wadliwego sukna można było zapłacić karę, a nawet stracić prawo do wykonywania zawodu, limitowane przez cech.

Lecz struktura cechowa i warsztatowa zaczęła zanikać najpóźniej w połowie XIX w. (aczkolwiek w bielskim muzeum znajdziemy fotografię ostatniego „prywatnego” tkacza, pracującego na ręcznym krośnie jeszcze na samym początku XX w.). Ten straszny XIX wiek, o którym socjaliści dzisiaj mówią z pogardą, że działał wtedy „XIX-wieczny kapitalizm”, czyli kapitalizm rzekomo nieludzki, skrajnie chciwy, niszczący ludzi – to on dał podstawy do dzisiejszej zachodniej zamożności. Jeśli ktoś chciałby kształtować sobie wyobrażenia na jego temat wyłącznie na podstawie skądinąd znakomitej „Ziemi obiecanej” Wajdy, zrobi wielki błąd. Władysław Reymont był w swojej powieści znacznie wierniejszy realiom, Wajda zaś pracował w kontekście wymogów peerelowskiej cenzury i musiał przedstawiać świat XIX-wiecznych kapitalistów gorzej niż autor książki, dokonując zmian subtelnych, acz wyraźnie zmieniających wydźwięk całości.

Jasne, to nie był świat pełnych praw socjalnych i 8-godzinnego dnia pracy. Ale to też nie był świat do cna zepsutych Ebenezerów Scrooge’ów z „Opowieści wigilijnej” Dickensa. Może nas dzisiaj bawić regulamin fabryczny firmy Karol Büttner & Synowie, która fabrykę od 1887 r. miała tam, gdzie dziś mieści się bielskie muzeum, a w którym zapisano, że nie przyjmuje się do pracy młodocianych, którzy nie ukończyli 14. roku życia. Kobiety i nieletni mieli zaś być przydzielani jedynie do lżejszych prac. Były to już jednak wyraźnie sformułowane zasady, które przeczą przekonaniu o jakiejś wolnej amerykance. W Łodzi z kolei nieco wcześniej, bo w latach 70. XIX w., swoją fabrykę zakłada Karol Scheibler, który następnie obudowuje ją rozległym i do dziś istniejącym kompleksem na Księżym Młynie, gdzie dla swoich wykwalifikowanych pracowników tworzy ochronkę, szpital, osobną jednostkę straży pożarnej, a nawet specjalny sklep z cenami nieco niższymi niż na wolnym rynku. Wszystko po to, żeby tych najcenniejszych, już przyuczonych do pracy robotników przy sobie utrzymać.

Muzeum w Bielsku-Białej. Fot. Łukasz Warzecha

Ci, którzy zdobyli kwalifikacje – byli operatorami i konserwatorami maszyn parowych, kierownikami zmiany, inżynierami fabrycznymi – żyli naprawdę relatywnie dobrze. Nie gnieździli się w klitkach wielkości wielu dzisiejszych kawalerek w dużych miastach. Stać ich było na porządne, większe mieszkanie, może nawet na niewielki dom.

Przede wszystkim zaś ten niemal nieposkromiony wybuch kapitalizmu, który doprowadził przecież do upadku rzemiosła tkackiego, oparty właśnie na dobrej żądzy zysku, pokazał fascynującą, hipnotyzującą dynamikę ludzkiej chęci robienia interesu i bogacenia się. Że nie dane to było każdemu – jasne. Że było to wszystko nieco dzikie, nieuładzone, momentami może nawet okrutne – oczywiście. Nie idealizujmy tamtego czasu. Ale było zarazem piękne i dobre w swojej istocie. Zbrodnię na społeczeństwach popełnili i wciąż popełniają ci, którzy to naturalne dążenie do osiągniecia zysku piętnują i uważają za złe z samej swojej istoty.

Kto chce naprawdę poczuć rytm XIX-wiecznego miasta włókienniczego kapitalizmu, niech sięgnie po „Ziemię obiecaną”. To jest naprawdę bardzo dobra książka, którą czyta się jednym tchem.

Zakładamy fabrykę.
Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic zaśmiał się głośno [Maks Baum].
To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę. Cóż stracimy? Zarobić zawsze można dorzucił po chwili. Zresztą, albo robimy interes, albo interesu nie robimy. Powiedzcie raz jeszcze.
Robimy, robimy! powtórzyli obaj.

To jeden z najsłynniejszych fragmentów, bo pięknie uwypuklony przez Wajdę w jego filmie. Ale faktycznie jest w tym fragmencie moc, która napędzała w tamtym czasie wszystkich ludzi interesu. I która napędza ich do dziś, choć czasy nastały dla nich znacznie trudniejsze.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułPrzyszłość lepszej Serbii leży w relacjach z Zachodem [WYWIAD]
Następny artykułDochód gwarantowany – eksperyment, który skończy się tragedią