Postać Pawła Mołonia, zbuntowanego przedstawiciela krakowskiej restauracji Tesone na Ruczaju, ma szansę stać się symbolem oporu gastronomii przez lockdownem. Część przedsiębiorców decyduje się na kontrowersyjne metody walki z dręczącym ich – jak to nazywają – systemem. Trudno dziwić się ich determinacji, ale czy aby metody te są skuteczne i w każdym przypadku etyczne?

 

otwarcie restauracji mimo zakazu - grafika wpisu

Otworzyli się, bo inaczej nie przetrwają. Już po pierwszym, zeszłorocznym „mrożeniu” stracili 260 tys. zł. Raz żółta, raz czerwona strefa i medialna histeria doprowadziły gastronomię na krawędź bankructwa. Właściciele Tesone na Ruczaju uznali, że przy stałym miesięcznym koszcie utrzymania restauracji na poziomie 130-140 tys. zł, lokal musi być otwarty! Środków z tarcz PFR nie dostali; instytucja ta trzy razy odrzuciła ich wniosek.

Najpierw otworzyli więc mały sklep w obrębie restauracji. Gdy wystraszeni klienci ośmielili się i zaczęli ich odwiedzać, proponowano im czasem, by coś zjedli. Przerodziło się to w stałą praktykę: część gości zostawała, jadła i piła na miejscu.

Przyszedł grudzień i święta. Zorganizowali kilka firmowych wigilii. Zaczęły odwiedzać ich tłumy ciekawskich z całej Polski. Przyszła oczywiście i policja. Zrobiło się niemiło, stoliki obstawiono, gości wylegitymowano, a restauratorowi zagrożono karą w wysokości 30 tys. zł.

Odstraszanie urzędników

Restaurator twierdzi, że prowadzi tylko rekrutację na stanowisko „degustator jakości” i wciąż szuka odpowiedniego pracownika. Liczy na to, że w ten sposób ominie prawo. U niego gości w knajpie nie ma. Są tylko… „degustatorzy”.

Pojawiły się i groźby, tym razem pod adresem urzędników. Restaurator publicznie głosi, że pracownikowi sanepidu, który go ukarze, wytoczy proces z powództwa cywilnego. Zażąda wysokiego zadośćuczynienia finansowego za niszczenie reputacji restauracji. Szczególnym orężem w walce z „systemem” ma być artykuł 231 kk o nadużyciu uprawnień przez funkcjonariusza. Za bezpodstawne nękanie grożą trzy lata więzienia, a do czasu rozprawy nie wolno funkcjonariuszowi pracować i jego wynagrodzenie zostaje zredukowane o połowę.

Tych państwa nie obsługujemy

Właściciele toruńskiego lokalu „Byczy Burger” wywiesili kartkę, na której napisali, że nie obsługują policjantów i ich rodzin. Mają dość – jak opowiadają – zatrzymań, wielogodzinnych przetrzymywań w kajdankach w radiowozach, poniżania, agresji, wywożenia do sąsiadujących miast. Poszło o brak maseczek i próby otwierania lokalu.

Na początku marca tego roku policja wkroczyła do stołecznego lokalu PiwPaw Parkingowa. Każdy, kto do niego wchodził i wychodził, był spisywany. Była też interwencja KAS i sanepidu. Oczywiście w asyście policji.

Ostatnio po branży rozniosła się wieść, że po wielkanocnych świętach mogą zostać otwarte ogródki kawiarniane i restauracyjne. Luzowanie koronawirusowych obostrzeń Ministerstwo Rozwoju konsultuje z Ministerstwem Zdrowia. Na razie jest jak jest, nie wszyscy wierzą w dobre intencje rządu, a protesty przedsiębiorców przybierają coraz ostrzejsze formy, łącznie z demonstracjami ulicznymi.

Czy tak się godzi?

Rodzi się kilka pytań, natury tym razem etycznej. Abstrahując już od faktu, że karę zapłacić trzeba, a potem dopiero sprawę rozstrzygnie sąd, czy można z czystym sumieniem walczyć o „swoje” nie licząc się zupełnie z „cudzym”? Czy wobec policjantów wykonujących polecenia służbowe, a szczególnie ich rodzin, wolno stosować odpowiedzialność zbiorową za domniemaną „współpracę z reżimem”?

Wreszcie: co z szacunkiem dla ludzi, którzy wierzą w powszechność i grozę współczesnej zarazy? Jeśli o nich chodzi takie zachowania potęgują tylko niepokój, czy ktoś nie przeniesie na nich wirusa z otwartej, wbrew zakazom, restauracji czy innego lokalu.