Rząd wysyła niejednoznaczne sygnały do branży eventowej. Z jednej strony próbuje pomóc, z drugiej wprowadza nowe obostrzenia, lokalnie zakazując aktywności. Po doświadczeniach pierwszych miesięcy z COVID-19 pora postawić pytanie: czy walka z tą lub z innymi przyszłymi epidemiami przez wygaszanie życia publicznego i przedsiębiorczości nie jest aby ślepą uliczką?

Branża imprez, targów i widowisk – tzw. eventowa, to poważna część polskiej gospodarki. Rynek targowy, wyceniany na trzy do czterech mld zł, dostarcza rocznie budżetowi około 500 mln zł wpływów z podatków. Na razie nikt nie podsumował, ile firm przeżyło pierwsze miesiące epidemii i lockdownu oraz ilu – z około 500 tysięcy pracujących w tej branży ludzi – wciąż pracuje przy organizacji imprez.

Gdy już wydawało się, że tematu koronawirusa w końcu nie będzie, imprezy targowe były przesuwane najpierw na miesiące jesienne, a potem odraczane na przyszły rok. Z informacji Stowarzyszenia Branży Eventowej wynika, że tylko w marcu i kwietniu tego roku zostało odwołanych w Polsce około 97 proc. eventów. Potem wcale nie było lepiej.

Na tym rynku, na którym w szczególny sposób liczą się stabilizacja i zaufanie, wciąż panuje ogromna niepewność. Mówi się o stratach rzędu 800 mln zł – pierwotnie szacowano je na 150 mln zł. To tylko dobitnie pokazuje ogrom wyniszczenia branży pandemią. W skali światowej wygląda to równie źle: od marca do czerwca 2020 roku branża targowa zanotowała już 135 mln euro strat – wylicza Światowa Organizacja ds. Targów (UFI).

Krok do przodu, dwa do tyłu

Gdy Polska Izba Przemysłu Targowego zaapelowała wiosną do wicepremier Jadwigi Emilewicz o pomoc w wyjściu z kryzysu, apel ten – trzeba przyznać – nie pozostał bez reakcji. Tym bardziej, że swoim głosem wsparł go Adam Abramowicz – rzecznik małych i średnich przedsiębiorców. Podjęto konkretne działania powołując w resorcie rozwoju specjalny zespół do kontaktowania się z przedstawicielami dwóch najbardziej zdewastowanych pandemią branż – turystycznej i organizacji eventów. W efekcie Sejm uchwalił 14 sierpnia nowelizację ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych, wprowadzającą sektorowe wsparcie dla branży turystycznej i eventowej. Teraz czeka ona na akceptację Senatu i podpis prezydenta.

Ustawa przyznaje nowe „postojowe” firmom, które odnotowały spadek przychodu o co najmniej 80 proc. oraz zwolnienie ze składek ZUS za okres od 1 czerwca do 31 sierpnia 2020 roku tych przedsiębiorców, których przychód spadł o co najmniej 80 proc. Można tu mówić wręcz o kroplówce dla branży eventowej (oraz turystycznej, która dostaje tę samą pomoc), bo tak duży spadek przychodów praktycznie mieści się w syndromie bankructwa. Wspierane są więc najsłabsze firmy. Być może przydałyby się i inne formy pomocy, bardziej „szyte na miarę”, np. ulgi podatkowe na zakup technologii do organizacji zdalnej eventów. Sama branża wie najlepiej, co jest jej najbardziej potrzebne.

Czy „samoobrona” wystarczy?

Niezależnie od tego organizatorzy usiłują przenieść jak najwięcej imprez do sieci. Coraz częstsze webinaria służą celom marketingowym i szkoleniowym. Konferencje i kongresy online korzystają z czatów, testów, ankiet i quizów. Przez swoją interaktywność mają symulować w jak największym stopniu spotkania realne zaś livestreaming umożliwia organizację koncertów i wydarzeń sportowych „na żywo”.

Po pierwszym zachłyśnięciu się technologiami dla eventów online, do organizatorów powoli dochodzi jednak świadomość, że sieciowe imprezy nie są w stanie całkowicie zastąpić spotkań na żywo. Takich, podczas których zawiązują się mniej formalne relacje i zapadają decyzje o podjęciu współpracy. Że uczestnictwo w koncercie czy festiwalu poprzez laptopa nie jest jednak tym samym, co spotkanie „face to face” czy z artystami – w świecie rzeczywistym.

Tymczasem resort zdrowia, pod nowym kierownictwem, wprowadza „pełzający lockdown”. Jak można sądzić, kieruje się głównie samą liczbą odnotowanych nowych zarażeń, a nie śmiertelnością epidemii, która jest niska. W gminach tzw. strefy czerwonej wprowadzono m.in. zakaz organizowania kongresów i targów oraz zamknięto sanatoria, wesołe miasteczka i parki rozrywki. W strefie żółtej obowiązuje m.in. limit jednej osoby na cztery metry kwadratowe na targach, wystawach, kongresach czy konferencjach. Na tym zapewne nie koniec.

Jeśli wszystko pójdzie dalej w tym kierunku „pełzający lockdown” zdusi odradzającą się gospodarkę. Wtedy już żadna pomoc nikomu nie pomoże, bo każda „tarcza”, postojowe czy inne ulgi kiedyś się skończą. Być może więc nastał już dobry czas po temu, by po dotychczasowych doświadczeniach z COVID-19 zrewidować myślenie o epidemii. Jeśli np. ilość stwierdzonych infekcji jest pochodną ilości wykonanych testów, to może rację mają ci, którzy twierdzą, że stosunkowo niska śmiertelność w Polsce wynika z naturalnej odporności, którą nabyła populacja na danym terenie? Nie zaś z zastosowanej prewencji w postaci zakazów imprez, „maseczkowania”, norm odległościowych itp.? Chronić więc należy grupy wysokiego ryzyka, skutecznie leczyć, a nie wygaszać życie społeczne i gospodarcze.

Można też na tę okoliczność przytoczyć kilka sprawdzających się przysłów. Przede wszystkim dwa: „Dobrymi chęciami piekło wybrukowano” oraz „Nie wylewać dziecka z kąpielą”.