Skoro ludzi już tak wytresowano, to teraz wszystko będzie problemem zdrowia publicznego. Nie trzeba będzie o tym dyskutować i będzie można wdrożyć najgłupszą nawet regulację pod pozorem dbałości o nasze zdrowie i kondycję planety – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Ostatnie kilkanaście miesięcy to był ciekawy czas. Usłyszeliśmy chociażby, że jeśli nie mamy odpowiedniej wiedzy, nie powinniśmy mieć własnej opinii ani się wypowiadać na temat leżący poza obszarem naszej specjalizacji. W dużej mierze się zresztą z tym zgadzam. Jeśli na przykład fryzjer próbuje oceniać skład, skuteczność i bezpieczeństwo szczepionek, możemy spokojnie go zignorować, a nawet udzielić mu reprymendy. W innym wypadku skończy się to tym, co widzimy w Stanach Zjednoczonych, gdzie antyszczepionkowcy podobno zapaskudzają sobie spodnie w miejscach publicznych albo chorują po przedawkowaniu leku odrobaczającego dla koni i owiec. Istotne są jednak trzy zastrzeżenia.

Po pierwsze, obecny świat jest na tyle skomplikowany, że uniwersalizacja tego rodzaju myślenia spowodowałaby w istocie konieczność zamilknięcia obywateli w przestrzeni publicznej i likwidację wolności słowa. Obywatele nie mogliby mieć własnego zdania co do dopuszczalności aborcji, bo to przecież sprawa dla uczonych etyków i ginekologów. Po co obywatele mieliby się wypowiadać i móc głosować – przynajmniej pośrednio – w sprawie wysokości i systemu poboru podatków, skoro to kwestia dla ekonomistów i doradców podatkowych? Należałoby zakazać protestów, jeśli mieszkańcom przeszkadza budowa drogi przez środek miasta, wiążąca się z koniecznością licznych wywłaszczeń, bo przecież planiści od inżynierii lądowej i minister infrastruktury wiedzą lepiej, co jest dla mieszkańców dobre. Obywatele nie mogliby dociekać, dlaczego służby bezpieczeństwa zatrzymały jakiegoś dziennikarza, skoro agenci, policjanci i ministrowie spraw wewnętrznych lepiej się na tym znają i wiedzą, jakie mają na kogo dowody i jak prowadzić czynności operacyjne.

Po drugie, jeśli wiedza ekspercka ma wpływ na sprawy społeczne i polityczne, to wtedy głos powinien móc zabrać każdy. Jeśli specjaliści od bezpieczeństwa publicznego chcą nam kazać zdejmować buty na lotniskach i zaglądać we wszystkie komory ciała, „bo terroryzm”, mamy prawo zaprotestować. Jeśli specjaliści od zdrowia publicznego chcą nas śledzić i kazać nam skanować swoją lokalizację za każdym razem, gdy wchodzimy do sklepu, „bo wirus”, również mamy prawo powiedzieć „basta così!”.

Po trzecie, niech to zastrzeżenie o konieczności posiadania wiedzy eksperckiej działa w obie strony. Wspomnianą myśl należy rozwinąć. Okazuje się bowiem, że ostatnie półtora roku upłynęło nam pod znakiem czegoś, co komentatorzy nazwali iatrokracją – rządami lekarzy. Nieco bardziej oczywiste jest to, że jako urzędnicy albo członkowie ciał doradczych, lekarze i epidemiolodzy mieli wpływ na decyzje o kształcie tzw. rekomendacji i restrykcji sanitarnych. Zdarzało się jednak tak, że rządy – często przy uciesze progresywnej gawiedzi – nie czekały wcale na wypowiedź swoich specjalistów. Tak było w przypadku administracji prezydenta Bidena, która zaczęła wdrażać program podania całej populacji trzeciej dawki („boosterów”) szczepionki antycovidowej, pomimo tego, że sprawie tej nie zdążyli się jeszcze przyjrzeć i wydać rekomendacji specjaliści z FDA – federalnej Agencji Żywności i Leków. To lekceważące traktowanie spowodowało zresztą najprawdopodobniej rezygnację dwóch jej członków. Ostatnio natomiast w Wielkiej Brytanii rząd jest namawiany przez niektórych naukowców do sprzeciwienia się rekomendacji własnego ciała doradczego – Połączonego Komitetu do spraw Szczepień i Immunizacji (JCVI) – i podania szczepionek także najmłodszej populacji. Prasa donosi zresztą, że chodzi tutaj o istotne statystycznie ryzyko wystąpienia zapaleń mięśnia sercowego wśród chłopców, a nie o jakąś błahostkę. Niektórym jednak konieczność absolutnego odcięcia się od wrogów publicznych numer jeden – antyszczepionkowców – nakazuje popieranie każdej decyzji proszczepionkowej, żeby przypadkiem nie zostać skojarzonym z bandą świrów. Jak to się ma do sloganu o konieczności „following the science”, a ta ostatnia zawsze przecież jest zniuansowana? Na marginesie warto zauważyć, że europejskie agencje ECDC i EMA nie uległy temu politycznie motywowanemu szałowi i podkreślają, że „na podstawie aktualnych dowodów, nie ma pilnej potrzeby podawania dodatkowych dawek szczepionki osobom w pełni zaszczepionym w ogólnej populacji”.

Mniej oczywiste jest natomiast to, że epidemiologom i lekarzom zdarzyło się ogłoszenie, jakoby w drodze na protesty przeciwko „systemowemu rasizmowi” (w Stanach), „za aborcją” (w Polsce), albo „przeciw przemocy wobec kobiet” (w Anglii), oczywiście nie można się było zarazić najbardziej progresywnym wirusem w historii ludzkości, który najwyraźniej oszczędza wojowników o sprawiedliwość społeczną. Na te pierwsze chodzą oczywiście mądrzy i higieniczni ludzie, którzy demolują miasta i pokrzykują w szczytnym celu. W przypadku natomiast protestów antylockdownowych zarażenie się było nie tylko możliwe, ale wręcz pewne i szkodliwe dla całej lokalnej społeczności. Na te drugie protesty wybierają się bowiem ruscy agenci, przyjaciele neonazistów i niedomyci bandyci. Dlaczego więc naukowcy się dziwią niechęci do nich, jeśli tak jaskrawie mieszają naukę z własnymi przekonaniami politycznymi? Lekarze, epidemiolodzy, wirusolodzy w mediach społecznościowych zabierali autorytatywnie głos nie tylko w sprawie tego, czy mamy siedzieć w domu, czy nie (co zresztą samo w sobie jest kontrowersyjne), ale także wypowiadali się na tematy ogólniejsze, jak pochwała kolektywizmu, czy sprawa wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, wycofania misji wojskowej z Afganistanu, orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, rasizmu, a ostatnio – także zmian klimatycznych.

Sprawa klimatu ma zresztą swoją odrębną naukę zwaną „climate science”. Złośliwcy twierdzą, że jeżeli coś już w nazwie zawiera sformułowanie „nauka”, to najprawdopodobniej nią nie jest. Inni może próbowaliby znaleźć analogię pomiędzy stosunkiem „climate science” do  bardziej tradycyjnej fizyki czy geografii, jak to niekiedy robi się w odniesieniu do politologii. Choćby Ryszard Skarzyński – profesor politologii z Uniwersytetu w Białymstoku – twierdzi, że „politologia nie może dorównać historii, socjologii, psychologii czy nauce prawa. Jest nauką gorszą, a faktycznie w ciągu ostatnich dwudziestu lat została w Polsce obrócona w pseudonaukę”*. Dlaczego to samo nie miałoby się stać z niektórymi dziedzinami „twardej nauki” o przyrodzie i ziemi?

Nie o złośliwości tu jednak chodzi ani nawet kwestionowanie konsensusu co do tego, że ziemia się ociepla i to niedobrze, a wpływ ma na to człowiek. Chodzi o to, że sprawą tą zajęli się ostatnio lekarze. Podobno istnieje nawet odrębna dziedzina wiedzy nazywana „planetary health”. Wbrew pozorom, nie jest to szarlatańska gałąź alt-medu, która nakazuje nam medytację na dziewiczej łące i życie w zgodzie z naturą, która w innym wypadku może się na nas zemścić plagami chorób i upałów, lecz poważna gałąź nauki, której „The Lancet” poświęca odrębną kategorię publikacji. Bardziej martwi mnie to, że wielu ludzi udało się przekonać, jakoby sprawy związane z szeroko rozumianym „zdrowiem publicznym” po prostu się oktrojuje, jako prawdy objawione „nauki”. Nie podlegają one normalnej debacie demokratycznej, a załatwiane są poprzez dekrety rządowe, przymus, śledzenie ludzi metodami cyfrowymi i wyskakiwanie na Twitterze codziennie nowego „specjalisty”, który chce ludzi jeszcze bardziej ośmieszyć albo zmusić do robienia czegoś, na co oni nie mają najmniejszej ochoty. Skoro ludzi już tak wytresowano, to teraz wszystko będzie problemem zdrowia publicznego. Nie trzeba będzie o tym dyskutować i będzie można wdrożyć najgłupszą nawet regulację pod pozorem dbałości o nasze zdrowie i kondycję planety. Biała supremacja i rasizm, aborcja, klimat, prawdopodobnie także szkolnictwo i chów drobiu będą traktowane jako notoryczne „public health emergency”. Wszystko będzie wymagało natychmiastowego działania, planów, norm i niemal militaryzacji społeczeństwa w celu ciągłej współpracy ku lepszemu jutru. Społeczeństwo będzie traktowane jak jedna wielka fabryka, w której zaszczepiony dwoma dawkami mięsożerny posiadacz samochodu spalinowego pracujący w biurze ma mniej praw niż zaszczepiony trzema boosterami weganin z elektrycznym Piusem pracujący zdalnie z domu. Taki postmodernistyczny stachanowiec. Oczywiście już niedługo ktoś zaproponuje – tak jak to miało miejsce w przypadku epidemii – żeby o tych sprawach nie wolno było swobodnie dyskutować, a „denialistów” powołujących się na takie głupstwa jak prawa człowieka czy wpływ polityk i restrykcji na społeczeństwo oraz ekonomię, będzie należało pozbawiać stopni i tytułów, karać i zamykać w obozach internowania. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że za kilka lat pojawi się projekt karania więzieniem ludzi, którzy w jakiś sposób kwestionują wpływ zmian klimatu na bieżącą politykę.

Na szczęście naukowcy trafili ze swoim ziarnem na żyzną glebę. Jak bowiem donosi prasa, znaleźli pojętnego ucznia w osobie „Słońca Ludzkości” z Azji Wschodniej, ponieważ niejaki Kim Dzong Un, Najwyższy Przywódca Korei Północnej nakazał swojemu politbiuru nie tylko dalszą walkę z pandemią poprzez utrzymywanie zamkniętych granic (jakby w tym kraju było to jakąś nowością) i uwielbianych przez zachodnich intelektualistów lockdownów, ale także zajęcie się kwestią wynaturzeń klimatycznych. Od razu przypomniały mi się sowieckie plakaty przedstawiające naukowca w białym fartuchu z fiolką w ręce z napisem „Atom – sprawa pokoju”, albo takie które dziękowały dzielnym chemikom czy kosmonautom za ich osiągnięcia w umacnianiu „naukowego socjalizmu”. Socjalizm zawsze był przecież motorem postępu. Może jednak lepiej, jeśli zostanie nim na odciętych od świata wyspach z zamkniętymi granicami i systemami szczegółowej kontroli ludzkich zachowań. Nazwy tych państw pozostawię dla siebie.

* Cytat zaczerpnięto z: R. Skarzyński, Podstawowy dylemat politologii: dyscyplina nauki czy potoczna wiedza o społeczeństwie? O tradycji uniwersytetu i demarkacji wiedzy, wyd. Temida 2, Białystok 2012.