Zapewnienie swobody poprzez jej ograniczenie. Czy to nie jest genialna konstrukcja? Pyta w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Polskie media obiegła kolejna wiadomość dotycząca europejskiej polityki zarządzania kryzysem sanitarnym. Tym razem nasi właściciele – tfu, wróć! – to znaczy unijni urzędnicy podjęli decyzję o skróceniu okresu ważności cyfrowego certyfikatu COVID do 270 dni, czyli około 9 miesięcy od daty pierwotnego cyklu szczepienia. Sprawa ta ma oczywiście znaczenie dla podróży międzypaństwowych wewnątrz Unii. Gdy się o tym dowiedziałem, przypomniały mi się dwa fakty. Jeden ze świata wirtualnego, a drugi ze świata historycznego.

Po pierwsze, chodzi o fabułę i akcję ciekawej gry komputerowej pod tytułem „Papers, Please”, wyprodukowanej przez amerykańskiego twórcę Lucasa Pope’a. W samej grze wcielamy się w urzędnika zajmującego się kontrolą paszportową na granicy fikcyjnego państwa totalitarnego. Władze socjalistycznej Arstoczki wydają nam codziennie nowe polecenia, kogo to wolno do kraju wpuszczać, a kogo nie. Informują też o coraz to nowych zagrożeniach z zewnątrz i wewnątrz, oznaczeniach dokumentów migracyjnych, pieczęciach i procedurach, które zresztą notorycznie się zmieniają.

Po drugie, historycznie chodzi oczywiście o to, jak traktowała swoich obywateli słusznie miniona władza socjalistyczna, ale w zupełnie już realnej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Początkowo paszport był przecież prawie w ogóle niedostępny przeciętnemu zjadaczowi chleba, a z czasem stał się luksusem, który obywatelowi wydawano tylko na ściśle określony czas. Oczekiwano także zdeponowania go w rękach milicji zaraz po powrocie z zagranicy. W mojej rodzinie od dawna krąży anegdota o tym, jak to jeden z familiantów zaginął na kilka dni, ponieważ poszedł załatwiać paszport innemu członkowi rodziny, szykującemu się do wyjazdu turystycznego na Zachód. Ostatecznie okazało się, że paszport czekał już dawno do odbioru, ale żeby go fizycznie uzyskać, należało najpierw powściągnąć własne poczucie godności w obliczu urzędniczego bezprawia i napić się wódki z esbekami.

Z tym właśnie kojarzy mi się historia o planach skrócenia przez Komisję Europejską ważności wydawanych certyfikatów. Szerzej dotyczy to całego tego bałaganu z ciągle zmieniającym się statusem „oszczepieńca”, jakie dawki ze sobą wolno łączyć, a jakie nie, które będą akceptowane, komu wolno się przemieszczać, a kto ma siedzieć pod kluczem w domu. I całe to zamieszanie w ciągu mniej niż roku od daty powszechnego wprowadzenia szczepień do użytku w Unii Europejskiej! Wprawdzie obecnie uzasadnieniem dla takich działań nie jest w żadnym wypadku bezpieczeństwo wewnętrzne ani zewnętrzne socjalistycznej ojczyzny, czy też zwykła chęć kontroli i ograniczenia wyjazdów obywateli. Teraz są to „najnowsze dowody naukowe”, koordynacja zasad wydawania paszportów w całym bloku – tfu, wróć! – całej Unii i chęć zapewnienia obywatelom swobody poruszania się po Europie. Zapewnienie swobody poprzez jej ograniczenie. Czy to nie jest genialna konstrukcja? A poczucie upokorzenia przez urzędniczą arbitralność być może podobne, jak w przypadku tego picia na umór ze skorumpowanymi esbekami.