Wdrożenie paszportu szczepionkowego czy nałożenie restrykcji na niezaszczepionych ma charakter gangsterskiego chwytu, postawienia obywatela w sytuacji przymusowej i dramatycznej, z której może wyjść jedynie w ten sposób, że zrobi dokładnie to, co nakazuje mu władza – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Sformułowanie zasady „cel uświęca środki” najczęściej przypisuje się myślicielowi żyjącemu na przełomie XV i XVI wieku – Niccolo Machiavelliemu. W słynnym „Traktacie o księciu” – w tłumaczeniu Antoniego Sozańskiego, które weszło już do domeny publicznej – Florentczyk napisał na przykład, że „W działaniach ludzi, osobliwie książąt, którzy nad sobą żadnego nie uznają trybunału, cel ostateczny jest jedyną skazówką. Książe powinien się tylko starać o zwycięstwo i o utrzymanie państwa: co do środków, te będą zawsze godziwe i każdy je pochwali; bo gmin idzie za pozorem i patrzy na koniec, a gminem świat przepełniony tak dalece, że mniejszość (rozsądniejsi) dopiero wtedy przychodzi do słowa, gdy większości zabraknie podpory. Niejeden z dzisiejszych książąt, którego lepiej że nie wymienię, mówi ciągle o pokoju i wierności, a jednego i drugiego jest zaciętym nieprzyjacielem, i gdyby je przestrzegał, już nieraz byłby sławę lub tron postradał”.

Problem działa instrumentalnego szczególnie uwidocznił się przy wprowadzaniu w Europie restrykcji związanych z wybuchem pandemii SARS-CoV2. To prawda, że historii dobrze znane jest zjawisko wdrażania przez władze państwowe „jakichś” ograniczeń związanych z zagrożeniem sanitarnym w imię ochrony zdrowia publicznego. Zauważmy już w tym miejscu kilka problemów. Przede wszystkim, masowe kwarantannowanie ludności – zwłaszcza niewykazującej objawów choroby – zawsze uchodziło za kontrowersyjny środek, istotnie naruszający prywatność i indywidualne prawa jednostki. Nie jest też prawdą, że nie liczono się z takim sposobami rozwiązania kryzysu, w ramach którego zostaną podjęte głównie środki dobrowolne, nawet kosztem zdrowia i życia. Choćby brytyjska strategia planowania przeciwepidemicznego z 2011 r. zakładała raczej mitygację i prymat metod woluntarystycznych, w tym brak nakazu poddania się leczeniu i szczepieniu, na wypadek poważnej pandemii grypy o śmiertelności porównywalnej nawet do COVID-19. Ostatecznie, ekstraordynaryjny wydaje się nie sam fakt, ale zakres wprowadzanych od marca 2020 r. restrykcji oraz to, że w większości państw europejskich całkiem otwarcie – nierzadko skutecznie na drodze sądowej – kwestionowano podstawę prawną wspomnianych ograniczeń.

Część komentatorów wychodziła z założenia, że ogromna skala aktualnego kryzysu uzasadnia odstąpienie od niektórych reguł sprawiedliwości. Od początku się z nimi nie zgadzałem. Z kilku powodów. Na przykład nielegalne, niezgodne z prawem pozbawienie jednego człowieka wolności – w niektórych wypadkach nawet wtedy, kiedy mógł być winny, ale nie dochowano tylko wymogów proceduralnych – wywołuje oburzenie społeczne i konieczność wypłacenia dużych odszkodowań. Dlaczego mamy zatem się pogodzić z zamknięciem całego narodu w domach, jeśli nie dopełniono podstawowych reguł formalnych i zasad przyzwoitej legislacji? Podobnie, jak każde inne zagrożenie, obecny kryzys sanitarny nie uderzył przecież jednorodnie we wszystkie grupy społeczne. W tym celu, aby chronić jednych (np. emerytów i osoby chore), trzeba było naruszyć interesy innej grupy społecznej (np. biznesmenów i młodzieży). Tylko reguły sprawiedliwości formalnej pozwalają w takim wypadku prawidłowo wyważyć wszystkie wartości i podjąć akceptowalną społecznie decyzję. Jeśli proces podejmowania decyzji jest wadliwy i niesprawiedliwy, trudno podejrzewać, że materialna treść finalnej decyzji taka będzie. Sąd kangurowy nie może wydać sprawiedliwego wyroku.

Z uwagi na to, że groźba całkowitego lockdownu w wielu państwach wydaje się dzisiaj mniej realna, problematyczne stało inne zagrożenie. Chodzi o ograniczenie praw i wolności tylko osób niezaszczepionych. Naturalnie, z medycznego punktu widzenia dostępne szczepionki wydają się efektywne, w mniejszym wprawdzie stopniu przed samym szerzeniem się choroby, co trafnie ujął minister Adam Niedzielski: „Podstawową obroną przed trudnym przebiegiem zachorowania na #COVID19 jest szczepienie”. Specjaliści potwierdzają także relatywne bezpieczeństwo szczepionek. Na pewno w Internecie można znaleźć fałszywe informacje na ten temat, z całą pewnością istnieją ekstremalne ruchy antyszczepionkowe, które w pewien sposób nadużywają pojęcia ochrony praw człowieka w celu rozpowszechniania niebezpiecznych przekonań.

Nie oznacza to jednak, że z akcjami szczepień nie wiążą się realne rozterki prawne i etyczne ani nawet tego, że szczepienia muszą być od razu obowiązkowe lub przymusowe. Na przykład szczepionki przeciwko grypie od dawna są w Polsce dostępne, ale nie są obowiązkowe. Szczepiło się nimi zazwyczaj mniej niż 5 proc. polskiego społeczeństwa. Mimo tego, co roku sezonowa grypa globalnie zabijała nawet 650 tys. osób. Oznacza to, że ponad 95 proc. Polaków godziło się z tym stanem rzeczy, nie myśląc o tym nawet szczególnie i nie zmieniając swojego sposobu bycia. Zaszczepienie znacznego odsetka europejskiej populacji przeciwko grypie każdego roku zmniejszyłoby ryzyko ciężkich powikłań i zgonów w grupach ryzyka, a jednak tego nie robiliśmy. Skala jest z całą pewnością mniejsza, ale zasada podobna – taka kolektywna decyzja, a właściwie zaniechanie, nosiły jakiś ładunek moralny i konsekwencje.

Co więcej, podstawową zasadą nie tylko w medycynie, ale także w prawodawstwie krajów liberalno-demokratycznych i organizacji międzynarodowych jest zgoda zainteresowanego na poddanie się zabiegowi medycznemu i zakaz dyskryminacji, z jakiegokolwiek zresztą powodu. Wyjaśnijmy to jeszcze raz: zgoda i dobrowolność są zasadą, a wszelkie odstępstwa od niej wyjątkiem. Właśnie w przypadku szczepień ochronnych dopuszczalne są wyjątki, co nie zmienia faktu, że przed wybuchem aktualnej pandemii wiele rozwiniętych krajów europejskich miało całkowicie lub częściowo woluntarystyczny system szczepień, często bardzo efektywny (np. Szwecja w przypadku odry).

Odnośnie do szczepień przeciwko COVID-19, w Polsce istnieje zresztą dotyczący tego dokument o charakterze strategicznym, który nazwano „Narodowym Programem Szczepień przeciw COVID-19”. Z jego podstawowych założeń wynika, że państwo ma obowiązek dostarczyć szczepionki nie tylko „darmowe”, ale także „dobrowolne”. W tym zakresie brak kontrowersji – nasze władze wykonały swój obowiązek dostarczenia obywatelom środka, który potencjalnie ratuje zdrowie i życie w czasie epidemii. Już z treści tego programu wynika zarazem, że dobrowolność szczepień nie jest niczym nadzwyczajnym. Właściwie wszystkie państwa europejskie początkowo wdrożyły szczepienia jako całkowicie dobrowolne.

Aktualnie jednak wiele państw europejskich w mniejszym lub większym stopniu odeszło od tej zasady. Wdrożono tak zwane paszporty szczepionkowe, a legitymowanie się nimi uzależnia dostęp do miejsc pracy, ośrodków kultury, czy na przykład restauracji i większych obiektów handlowych. Zielone światło jako pierwszy dał chyba po temu wszystkiemu francuski prezydent Emanuel Macron, a najdalej posunęły się ostatnio władze Austrii, a za nimi Czech. Ogłosiły one coś, co media nazwały „lockdownem niezaszczepionych”. W takim systemie osoby zaszczepione (czasem także ozdrowieńcy) mogą funkcjonować relatywnie normalnie, pomimo rosnącej liczby zakażeń, natomiast na osoby niezaszczepione nakładane są określone restrykcje dotyczące przemieszczania się albo wstępu do miejsc publicznych. Przepisy te egzekwowane są przez siły o charakterze policyjnym, często poprzez kontrolę cyfrowych dokumentów, który każdy obywatel musi przy sobie posiadać.

Dlaczego uważam, że podobny system – zwłaszcza, gdyby został przeniesiony na grunt polskiego ustawodawstwa – mógłby być przejawem radykalnego makiawelizmu i istotnie naruszał prawa obywatelskie? Właśnie dlatego, że szczepienia obecnie nadal traktowane są jako dobrowolne. Jest zupełnie możliwe, że polskie władze legalnie wprowadzą obowiązek szczepień przeciwko COVID-19. Jednak, z jakiegoś powodu, nikt o tym nie dyskutuje. Mowa jest raczej o swego rodzaju fortelu politycznym w postaci albo paszportu covidowego, albo restrykcji nakładanych na osoby niezaszczepione.

Rzecz w tym, że po wprowadzeniu przez państwo tradycyjnego obowiązku szczepień, wszystkie te osoby, które z jakiegoś powodu chciałyby to kontestować, mogłyby to zrobić. Ewentualnie naraziłyby się na określone sankcje. W takim wypadku sprawiedliwość nie byłaby jednak wymierzana „na miejscu” (np. poprzez zakaz wstępu), a możliwa byłaby choćby odmowa przyjęcia mandatu karnego, złożenie sprzeciw od wyroku nakazowego albo posłużenie się aż dwuinstancyjnym postępowaniem sądowym. W tych postępowaniach można kwestionować legalność albo wady prawne obowiązku szczepień, wskazywać na swoje motywy, które być może znalazłyby uznanie sądu i tak dalej. W przypadku natomiast wdrożenia paszportu do dobrowolnych szczepień czy lockdownu niezaszczepionych obywatelowi właściwie odmawia się kontroli sądowej. Jedynym rozwiązaniem byłaby prawdopodobnie próba wywołania kontroli zgodności z prawem ustawy lub rozporządzenia przed Trybunałem Konstytucyjnym. Mankamenty związane z działalnością tego organu są jednak w Polsce dobrze znane. Postępowanie przed Trybunałem mogłoby się nie zakończyć nawet przed wygaśnięciem aktualnej epidemii.

Innymi słowy, wdrożenie paszportu szczepionkowego czy nałożenie restrykcji na niezaszczepionych ma charakter gangsterskiego chwytu, postawienia obywatela w sytuacji przymusowej i dramatycznej, z której może wyjść jedynie w ten sposób, że zrobi dokładnie to, co nakazuje mu władza. O ile mamy obowiązek wykonywania dyspozycji norm prawnych i niekiedy poleceń funkcjonariuszy, to zawsze wszystko to podlega kontroli sądowej, co dotyczy także naszej odmowy. Warto zwrócić uwagę, że obowiązek szczepień wprowadzony przez prezydenta Joe Bidena w istocie został zaskarżony przed amerykańskie sądy.

Jeśliby chcieć tę sytuację do czegokolwiek przyrównać – ryzykując jednak przesadę – to można wskazać na pozbawienie przez władze amerykańskie osób podejrzanych o terroryzm prawa do sądu i przyzwolenie na stosowanie tortur w trakcie przesłuchań. Wielu ekspertów od bezpieczeństwa publicznego próbowało uzasadniać słuszność takich decyzji potrzebą ochrony własnych obywateli, natomiast obrońcy praw człowieka wskazywali, że to nieakceptowalne przekroczenie granic wyznaczanych przez prawo międzynarodowe i krajowe.

Czy na pewno chcemy, aby w liberalnej demokracji stosowano takie wybiegi w imię ochrony bezpieczeństwa publicznego? Jako osoba w pełni zaszczepiona przeciwko COVID-19 mógłbym nie wychylać głowy i milczeć w tej sprawie. „Przecież mnie restrykcje nie obejmą”. A jednak zdaję sobie sprawę z tego, że znowu napotkamy jako społeczeństwo jakąś trudną sytuację, skoro kryzysy obecnie wybuchają średnio co kilka lat. Jeśli przypadkiem znajdę się w grupie, którą władza zechce do czegoś zmusić, a może nawet nie po drodze będzie mi z większością społeczeństwa, chciałbym przynajmniej, aby wysłuchano moich argumentów, zapewniono mi prawo odwołania przed organami administracyjnymi i sądem, pozwolono składać petycje, protestować i tak dalej. Nie wyobrażam sobie, abym został postawiony przed faktem dokonanym za pomocą środków o charakterze przymusowym i policyjnym.