Jordan Peterson przyjedzie do Polski. Popularnego psychologa i popularyzatora na żywo będą mogli oglądać jedynie zaszczepieni. Reakcja niektórych niezaszczepionych sympatyków profesora dobitnie pokazuje, jak słabo w Polsce rozumiane i szanowane jest prawo własności.

Lubię Jordana Petersona. Podoba mi się to, jak mocno zaangażował się w obronę wolności słowa. To właśnie dzięki temu aspektowi jego szerokiej przecież działalności w ogóle się na niego natknąłem. Cenię go też za umiejętność opisywania naszej coraz bardziej komplikującej się rzeczywistości przy pomocy języka archetypów i mitów przy jednoczesnym niespłycaniu przekazu. Peterson przypomina, że humanistyka jest ważna i że w stechnicyzowanym świecie cały czas jest miejsce na wielkie opowieści, które tłumaczą nam sens. Albo nawet go niekiedy nadają. Jego nową książkę Poza porządek. Kolejne 12. życiowych zasad na pewno przeczytam, choćby po to, aby wiedzieć, gdzie się z nim zgadzam, a gdzie nie.

Nie jestem bezkrytycznym fanem Petersona. Nie podoba mi się traktowanie go jak gwiazdy rocka. Peterson i jego myśli są cenne, ale mogą być jeszcze cenniejsze, gdy będą przez nas przetwarzane, uzdatniane, wykorzystywane w nowych kontekstach, łączone z cudzymi myślami. Peterson to przewoźnik zapraszający nas na skraj lasu, do którego jednak musimy wejść sami i sami zmierzyć się ze swoimi słabościami. Mniej więcej takie zdanie napisałem zresztą w posłowiu do polskiego wydania 12. życiowych zasad. Fundacja Wolności i Przedsiębiorczości, której jestem wiceprezesem, dała patronat dla tej książki. Uważam, że była to mądra decyzja. Mogłem wesprzeć interesujący i ważny projekt.

Właśnie dzięki temu posłowiu dowiedziałem się o tym, że przyjazd Petersona do Polski i jego pierwszy na żywo wykład w naszym kraju już jest kontrowersyjny. I to w sposób dla mnie nieoczywisty. Na skrzynkę fundacyjną dostaliśmy mail, w którym jeden z sympatyków, może też i fanów Petersona, apeluje do nas o to, abyśmy sprzeciwili się zorganizowaniu jego wystąpienia tylko dla zaszczepionych. Oczywiście zaszczepionych przeciwko COVID-19, nie grypę, czy tężec.

Fundacja nie ma zamiaru apelować o to do organizatorów. Uważam, że mają oni pełne prawo zrealizować spotkanie z Petersonem w taki sposób, jaki uważają za słuszny. My rzecz jasna mamy pełne prawo zgłaszać petycje, w tym wypadku jednak z tego prawa świadomie rezygnujemy.

W pełni sprzeciwiam się koronawirusowym obostrzeniom w przestrzeni publicznej. Jestem libertarianinem, a więc przeciwnikiem ingerencji państwa nie tylko w gospodarkę, ale też inne aspekty mojego i cudzego życia. Nie popieram odgórnie wprowadzanych lockdownów, uważam, że wywołują więcej szkód niż pożytku, są też po prostu niemoralne. Prymitywna propaganda proszczepionkowa kojarzy mi się z Rysiem z Klanu upominającym dzieci, aby umyły rączki. Tyle że my nie jesteśmy dziećmi, a państwo nie jest naszym ojcem.

Jednocześnie dezinformację prowadzoną przez środowiska antyszczepionkowe widzę jako szkodliwą, program dobrowolnych szczepień uważam za cenny, bo może nas przybliżyć do ograniczenia strat, jakie wywołuje wirus. Nie wiem przy tym, jaka jest najlepsza metoda walki z tą bądź co bądź śmiertelną chorobą, szczepienia na pewno są jednym z nich, ale być może niewystarczającym. To, na co powinniśmy się wobec tego zdać, to rynek i jego kolektywne decyzje podejmowane przez przeróżne podmioty.

I nie uważam tak dlatego, że wolny rynek to odpowiedź na wszystko i doskonałe rozwiązanie. Na wolnym rynku, sumie dobrowolnych wymian, codziennie popełniane są miliony błędów, ale już nazajutrz są one naprawiane. Państwo nie musi się aż tak starać, urzędnik nie uwija się jak menadżer, a odpowiedzialność zbyt często ponosi ktoś inny. Po prostu nie mamy nic lepszego, mamy tylko niedoskonałe narzędzia, bo sami jesteśmy dalecy od doskonałości. Ale pracując razem, wspólnie uczestnicząc w wielkim projekcie zaspokajania potrzeb ludzi przeważnie nam nieznanych, możemy też poszukiwać rozwiązań, które naszemu jednostkowemu pojmowaniu nie są dostępne. Skoro rynek może zarządzać ceną, może też zarządzać radzeniem sobie z pandemią. I skoro coraz trudniej o konsensus odnośnie tego, jak w ogóle walczyć z przedłużającą się zarazą i w dodatku rośnie ryzyko nadużycia sytuacji stanu wyjątkowego – to lepiej zdecentralizować proces i pozwolić przedsiębiorcom brać na siebie ciężar. Państwo, co powoli zaczyna być coraz bardziej widoczne, zawodzi w radzeniu sobie z kryzysem i nie chodzi mi tylko o państwo polskie. Cały czas wisi też nad nami ryzyko zrobienia u nas drugiej Australii, jeśli pozwolimy politykom na dalsze zarządzanie epidemiczną sytuacją. Ten problem należy rozbić na jego prywatne składowe i rozwiązywać odrębnie.

Decyzja organizatorów wykładu Petersona to właśnie przykład takiej decentralizacji, oddolnego, a nie odgórnego zarządzania sytuacją epidemiczną. To prawo do decydowania o tym, kto może wejść na teren naszego wydarzenia wprost wynikające z prawa własności. Które to prawo cenię sobie dużo bardziej niż państwowe zakazy lub nakazy. Wykorzystanie go to również sprywatyzowanie ryzyka. Przeciwnicy szczepień są głośni i dobrze zorganizowani. Możemy się z nimi zgadzać lub nie, ale oni też stanowią jakiś segment rynku. Mają swoje preferencje i przyjazd Petersona na wydarzenie, na które nie mogą wejść, było w jakiś sposób ryzykowne. Podkreślam, że była to odmowa prywatnego podmiotu, niezgoda na zawarcie umowy z jakimś klientem. Do tego każdy kupujący lub sprzedający powinien mieć pełne prawo.  Ktoś inny może z kolei tą decyzję aprobować lub nie, podobnie jak jeszcze czyjąś decyzję o zaszczepieniu się bądź też nie. Każdy powinien mieć prawo nie tylko do swoich zysków, ale też do strat, które miałby na własne życzenie przez to, że w imię swoich preferencji odciąłby się od szansy na zarobek, wykorzystanie nadarzającej się okazji. Każdy może na swojej imprezie gościć, lub nie, kogo tylko chce. To elementarz i brak jego znajomości, mylenie prywatnej odmowy zawarcia z kimś umowy z państwową dyskryminacją, przytłacza skalą ignorancji.

Opór mógł być ostatecznie na tyle duży, że bilety po prostu by się nie sprzedały. W momencie, kiedy piszę ten tekst, rozchodzi się druga transza wejściówek. Kiedy tekst zostanie opublikowany, możliwe, że bilety będzie można już kupić tylko od koników. Organizator wziął na siebie ryzyko i umiejętnie nim zarządzał. Ale gdyby się przeliczył, po prostu poniósłby taką porażkę, jaką wcześniej sam sobie przygotował.

I to właśnie odpowiedzialności za własne decyzje uczy Jordan Peterson. Najwyraźniej organizatorzy jego polskiego wykładu czytali już jego książki.

Marcin Chmielowski

Poprzedni artykułRząd przyjął unijny zamach na polskie firmy
Następny artykułBędą zmiany w opodatkowaniu infrastruktury kolejowej