„Tarcza antyinflacyjna” nie jest żadną tarczą, tylko kolejną dawką paliwa dla inflacji… Zapraszamy na kolejny felieton Łukasza Warzechy.

Fot. PAP/Artur Reszko

Najnowsze dane pokazują, że wskaźnik nastrojów konsumenckich wylądował właśnie najniżej od lutego. Prezentujący go analitycy banku Pekao sugerują, że wynika to przede wszystkim z inflacji, a w mniejszym stopniu z sytuacji epidemicznej – szczególnie że rząd tym razem przyjął w sprawie epidemii bardzo liberalne stanowisko, a więc przedsiębiorcy mogą się czuć względnie bezpieczni, a co za tym idzie – również ich pracownicy.

Wskaźnik nastrojów konsumenckich nie jest oczywiście badaniem opinii dla zabawy. Nastroje konsumentów przekładają się na ich decyzje zakupowe. Jeśli optymizmu jest mało, wielu konsumentów będzie odkładało ważne transakcje na relatywnie dla nich duże pieniądze. Dla jednego będzie to zakup domu albo gruntowny remont mieszkania, dla kogoś innego zakup nowego samochodu, a jeszcze dla kogoś innego – pralki. Niezmiennie jednak pogorszenie nastrojów przekłada się na zmniejszenie się popytu w niektórych dziedzinach.

Lecz zmniejszony popyt w jednym miejscu w sytuacji dużej inflacji nie oznacza, że zmniejsza się presja inflacyjna. Decyzje wynikające ze słabych nastrojów konsumentów, jako spowodowane inflacją, oznaczają, że Polacy prawdopodobnie muszą przesuwać część pieniędzy, które mieli przeznaczone na większe i bardziej trwałe zakupy – na sprawy codzienne, czyli energię czy żywność. Tym samym ilość pieniądza na rynku wcale się nie zmniejszy. Będzie on jedynie wydawany na usługi i produkty bardziej podstawowe.

Najwyraźniej Polacy nie podzielają optymizmu rządzących, którzy do niedawna twierdzili, że inflacja nie jest problemem, bo „płace rosną szybciej”, a teraz opowiadają, że zostanie wdrożona „tarcza antyinflacyjna” i to ma załatwić problem. Wątpię, żeby przeciętny Polak rozumiał, że obie te metody działania będą dodatkowo jeszcze inflację napędzać, ale najwyraźniej czuje, że coś tu jest nie tak. Ma rację – wzrost płac jest wymuszany z jednej strony niskim bezrobociem, ale z drugiej – decyzjami rządu, który jednostronnie, nie uzyskując porozumienia w Radzie Dialogu Społecznego, podnosi minimalną stawkę godzinową oraz płacę minimalną. Tym samym wymusza na przedsiębiorcach podnoszenie cen, bo przecież większe wynagrodzenia to również większe składki. Podnoszenie cen natomiast napędza inflację, a to z kolei zwiększa presję na wzrost wynagrodzeń – i tak w kółko.

„Tarcza antyinflacyjna” natomiast nie jest żadną tarczą, tylko kolejną dawką paliwa dla inflacji, bo ma się przecież sprowadzać do przekazywania pieniędzy „najbardziej potrzebującym” na opłacenie rosnących rachunków. Będzie to zatem kolejny mechanizm redystrybucyjny, a redystrybucja sprzyja inflacji.

Jedną z cech inflacji jest, że w pewnym momencie, przy zbiegu niekorzystnych okoliczności, zmienia się ona z pełzającej w kroczącą, a poszczególne czynniki proinflacyjne zaczynają tworzyć samonakręcający się mechanizm. Do tego dochodzi – co już widzimy w przypadku złotówki – deprecjacja pieniądza w relacji do innych walut, a to z kolei również wzmacnia inflację, bo przekłada się na koszt kupowanych za granicą surowców czy komponentów, koszt dużej części usług, oraz oczywiście koszt towarów sprowadzanych w całości z innych obszarów walutowych. Wartość lokalnej waluty zaś – to znów swoiste piękno zazębiających się mechanizmów gospodarczych – w znaczącej części uzależniona jest od tego, jak międzynarodowe rynki oceniają kondycję danej gospodarki. Postępująca szybko inflacja na ogół nie sprzyja dobrym ocenom.

W nawet najgorszych katastrofach ukryte jest swego rodzaju piękno: mechanicznych zależności, relacji przyczynowo-skutkowych, praw fizyki. Gdy będą państwo znów zastanawiać się, dlaczego pieniądze z konta znikają tak szybko, proszę spróbować choć przez chwilę popatrzeć na sytuację w taki sposób. Inflacji to z pewnością nie powstrzyma, ale być może chociaż poczują się państwo lepiej.