Rezultatem wprowadzenia w Unii Europejskiej cenzury w postaci zablokowania rosyjskiego przekazu medialnego Moskwy jest to, że nie wiemy, co tak naprawdę dzieje się na Ukrainie.

Tomasz Cukiernik

Rosyjskie władze zablokowały prywatne, niezależne czy opozycyjne media: telewizję Dożd, stronę internetową Meduza, stację radiową Echo Moskwy, Głos Ameryki, Radio Wolna Europa, Deutsche Welle czy BBC, a także media społecznościowe: Facebooka, Twittera i Instagrama. Zarzuciły im rozpowszechnianie kłamliwych informacji. Pozostał rosyjski przekaz państwowy, w którym władze kłamią na potęgę – to oczywiste. Efektem tego jest bezkrytyczne przyjmowanie przez Rosjan propagandy i manipulacji władz. Rezultat skuteczności tych działań przedstawia sondaż zatytułowany „Specjalna operacja wojskowa na Ukrainie: postawa Rosjan” przeprowadzony w dniach 26–28 lutego 2022 r. przez niezależną grupę badawczą Russian Field. Wynika z niego, że 58,8 proc. obywateli Rosji popiera działania ich kraju na Ukrainie. Co więcej, po wybuchu wojny na Ukrainie zdanie prawie połowy Rosjan o prezydencie Władimirze Putinie zmieniło się… na lepsze. Wśród pozytywnych konsekwencji Rosjanie wymieniają m.in. wzrost wpływów Rosji na świecie czy ekspansja terytorialna ich państwa.

Niestety, prawda stała się ofiarą wojny także po drugiej stronie barykady. W Unii Europejskiej, w tym również w Polsce, zablokowano ten kłamliwy przekaz rosyjski – m.in. agencję prasową Sputnik oraz telewizję Russia Today i ich konta w mediach społecznościowych. U nas operatorzy likwidują także niektóre prorosyjskie strony internetowe, jak np. tygodnika „Myśl Polska”. Ma to również pewne konsekwencje. W rezultacie jesteśmy skazani wyłącznie na przekaz strony ukraińskiej jako jedyny prawdziwy. A jaki jest ten przekaz? Media ciągle podają, ile to zginęło rosyjskich żołnierzy i nie są to małe liczby, bo już ponad 11 tysięcy. Informują też o ciągłych sukcesach frontowych wojsk ukraińskich i coraz większych stratach po stronie rosyjskiej: zestrzeleniu dziesiątek samolotów i helikopterów wroga, unieszkodliwieniu setek rosyjskich czołgów i innych pojazdów wojskowych itd. Z drugiej strony w ogóle nie ma danych o tym, ilu jest rannych i ilu zginęło żołnierzy ukraińskich, czy też ile stracili oni sprzętu wojskowego.

Na pierwszy rzut oka z tego przekazu można wywnioskować, że to Ukraińcy wygrywają kolejne bitwy, odpychają Rosjan, zajmują kolejne terytoria i już niemal zwyciężyli w tej wojnie. Ale to chyba nie jest prawda, skoro z map dotyczących sytuacji wojennej wynika, że efektem tych wszystkich sukcesów ukraińskiego wojska jest to, że z dnia na dzień to… armia rosyjska zajmuje kolejne miasta, coraz większe terytoria Ukrainy oraz posuwa się coraz bardziej w głąb tego kraju.

Co z tego możemy wywnioskować? Otóż to, że straty ukraińskie prawdopodobnie muszą być znacznie większe niż rosyjskie. Jakie – nie wiemy, bo ukraińska strona na ten temat milczy, a rosyjski przekaz – z pewnością podający zawyżone liczby, ale jednak – jest zablokowany. Z powodu unijnej cenzury nie jesteśmy w stanie tego zweryfikować. Gdybyśmy mieli dostęp równocześnie zarówno do kłamstw rosyjskich, jak i kłamstw ukraińskich, to moglibyśmy z tego coś wydedukować. Np. jeśli Ukraina twierdzi, że zginęło ponad 11 tysięcy rosyjskich żołnierzy, co oczywiście jest prawdopodobnie liczbą zawyżoną, a mielibyśmy również dostęp do rosyjskich mediów, które informowałyby, że zginęło ich np. pięćset czy tysiąc, to moglibyśmy wyciągnąć jakąś średnią. Jeszcze kiedy Ukraińcy twierdzili, że zginęło ponad 7 tysięcy rosyjskich żołnierzy, rosyjskie ministerstwo obrony mówiło o niecałych pięciuset zabitych, a zachodnie media szacowały tę liczbę na 2 tysiące. Jeśli mamy dostęp do kłamstw tylko jednej strony, to znacznie trudniej jest wyciągnąć wnioski, które byłyby bliższe prawdy na temat tego, co rzeczywiście dzieje się na froncie niż w sytuacji, gdybyśmy mieli dostęp do kłamstw obu stron. Rezultatem cenzury, którą wprowadziła Unia Europejska, likwidując dostęp do mediów rosyjskich, jest to, że wiemy znacznie mniej na temat tego, co się tak naprawdę dzieje na tej wojnie, niż moglibyśmy wiedzieć, gdybyśmy mogli słuchać kłamstw również mediów rosyjskich.

Te działania propagandowo-manipulacyjne obu stron konfliktu są zrozumiałe i nie powinny dziwić. Takie są potrzeby wojenne. Chodzi o to, by nie odstraszać potencjalnych rekrutów, a jednocześnie podnieść morale i ducha walki własnych żołnierzy i całego narodu oraz obniżać morale żołnierzy wroga. No bo gdyby np. ukraińskie władze podały, że do tej pory zginęło 20 tysięcy, a może i 50 tysięcy ukraińskich żołnierzy, to z pewnością ochotników do armii byłoby znacznie mniej, a opór społeczeństwa mniejszy z uwagi na beznadziejność sytuacji.

Wszystkim oczywiście żal Ukraińców, których należy wspierać pomocą humanitarną, ale trzeba realnie spojrzeć na sprawę. Eksperci podkreślają, że przewaga militarna Rosji nad Ukrainą jest tak duża, że nie ma szans na to, by Kijów tę wojnę wygrał. Być może bohaterstwo i opór Ukraińców spowoduje, że wojna będzie trwała dwa lub trzy razy dłużej, niż planowali rosyjscy stratedzy, ale ostatecznie prawdopodobnie te plany i tak zostaną zrealizowane. Oznacza to, że im dłużej Ukraina będzie się broniła, tym ofiar będzie więcej i będą większe zniszczenia, a efekt tego konfliktu i tak będzie taki sam.

Rosjanie mogą mieć dwie opcje na temat tego, co chcą zrobić po wojnie z Ukrainą. Albo uzależnią ją w całości od Rosji, albo tylko wschodnią część – zadnieprzańską, a z zachodniej Ukrainy zostanie utworzone słabe państwo buforowe pomiędzy Rosją a krajami NATO ze stolicą we Lwowie. Pamiętajmy o tym, że to na wschodzie Ukrainy jest większość przemysłu ciężkiego i ta część kraju jest znacznie bogatsza od pozbawionej przemysłu Ukrainy zachodniej, no i co najważniejsze – mieszka tam znaczna liczba Rosjan. Mało mówi się też o tym, że podczas pierwszych kilku dni tej wojny 150 tysięcy obywateli Ukrainy uciekło nie do Polski, Rumunii czy Mołdawii, tylko do Rosji. Na podział Ukrainy wskazuje również to, że wschodnią, bardziej prorosyjską część Ukrainy, będzie Rosjanom znacznie łatwiej ujarzmić.

Tak czy inaczej wyłania się z tego problem dla Polski: Rosja przybliży się do naszych granic. Teoretycznie ten sam problem, co Ukraina teraz, możemy mieć za kilka czy kilkanaście lat. Choć po zakończeniu aktualnej wojny będziemy mieć prawdopodobnie kilka lat oddechu, których nie można zmarnować i należy się do przyszłej agresji Rosji bardzo dobrze przygotować. Tak więc to przybliżenie się Rosji do naszych granic nie jest dobrym scenariuszem dla Polski. Jednak nie mamy wpływu na to, że taki właśnie będzie bardzo niekorzystny dla nas efekt tej wojny.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułAplikacja Pola wskaże rosyjskie produkty
Następny artykułRekordowa inwestycja Google w Warszawie