Od dziś w każdą środę w naszym serwisie swoje felietony publikował będzie Marcin Chmielowski – wiceprezes Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości, doktor filozofii, autor książek, scenarzysta, komentator życia polityczno-gospodarczego i popularyzator krakowskiej szkoły ekonomicznej.

Zapraszamy do lektury pierwszego z nich:

Sprzedawanie idei wygląda z grubsza tak, jak sprzedawanie szkoleń, bułek czy samochodów. I  nie ma w tym nic dziwnego. Musimy umieć przekonać odbiorcę do tego, że nasz produkt, pomysł czy oferta jest dla niego dobra. Nie możemy przy  tym manipulować i kłamać. Musimy za to zamykać furtki.

Sprzedawaniem pomysłów wolnorynkowych i libertariańskich zajmuję się już od dawna. Bardzo często słyszałem lub czytałem, że Polska musi być krajem takim, jakim jest: niechętnym przedsiębiorczości i prywatnej inicjatywie, przeregulowanym, zetatyzowanym, opodatkowanym i oclonym. Dlaczego tak miałoby być? Podobno dlatego, że Polacy nie mają swoich wolnorynkowych tradycji. Tak, naprawdę słyszałem taki argument. Musimy być krajem w najlepszym razie – i delikatnie mówiąc – umiarkowanej wolności gospodarczej, bo taki jest nasz los i taka jest ścieżka, którą powinniśmy podążać. Niech wolny rynek będzie gdzie indziej, tam, gdzie pisali i tworzyli Ludwig von Mises, Milton Friedman czy Fryderyk August von Hayek, no ale tu jest Polska i tutaj jest, jak jest. Po prostu.

Racjonalność takiej argumentacji jest dyskusyjna. Ale sprzedawca nie może kłócić się z klientem. Musi zamykać furtki. Spróbujmy zamknąć właśnie tę. Mamy ku temu argumenty.

Sto lat temu powołano do życia Towarzystwo Ekonomiczne w Krakowie. To dużo wcześniej niż American Institute of Economic Research, pierwszy, jak widzimy już po nazwie, amerykański think tank poświęcony badaniu i obronie wolnego rynku, który powstał w 1933 roku. Geograficznie i ideowo bliższy, Austriacki Instytut Badań Cykli Koniunkturalnych, otwarto w 1927 roku – z inicjatywy już wspomnianych Misesa i Hayeka. Nie byliśmy więc zapóźnieni, wprost przeciwnie. Nasze środowisko wolnorynkowe zorganizowało się w bardzo skuteczny wehikuł promocji idei lata wcześniej, niż zrobili to inni, zdawać by się mogło bardziej ku temu predestynowani. Pierwszy marca 1921 roku, data pierwszego Walnego Zgromadzenia Towarzystwa, uprzedzała podobne kroki w innych krajach, także tych bogatszych. Nie tylko finansowo, również bardziej zasobnych w postawy wspierające i promujące ład liberalny i wolnorynkowy kapitalizm, które za wybitną ekonomistką Deirdre McCloskey możemy nazwać „burżuazyjną godnością”.

W Towarzystwie działali zarówno uczeni jak i praktycy biznesu czy przemysłu. Jego głównym celem było „popieranie dążeń do powiększenia wytwórczości narodu, na zasadzie wolności gospodarczej” i cel ten, razem z upowszechnianiem wiedzy ekonomicznej, opiniowaniem aktów prawnych i rozwijaniem nauki, był realizowany poprzez działalność wydawniczą, publicystyczną, konferencyjną, zarówno fachową jak i popularyzatorską. Żaden ze współczesnych wolnorynkowych think tanków nie powstydziłby się takich zapisów. Mało kto powstydziłby się też ich realizacji. Do 1939 roku Towarzystwo wydało drukiem nieco ponad sto prac, czasami krótszych, niekiedy dłuższych, traktujących o problemach tak gospodarki, jak i teorii ekonomii. Odbywały się liczne odczyty, zapraszano gości, także zagranicznych. Działalność kierowana była też i do ludzi, którzy nie byli ekonomistami z wykształcenia. Aktywność publicystyczna i obecność także w radiu, medium ważnym dla popularyzacji, była domeną trzech wybitnych członków Towarzystwa, ludzi, którzy nadawali mu ton. Adam Krzyżanowski, Adam Heydel i Ferdynand Zweig nie tylko latami pełnili kierownicze funkcje w pierwszym polskim wolnorynkowym think tanku, ale też zbudowali swoją własną szkołę ekonomii, krakowską. I to dla niej Towarzystwo było formą organizacyjną pomagającą się rozwijać.

Towarzystwo odniosło umiarkowany sukces popularyzatorski, skutecznie namawiając wielu Polaków do innej, bardziej wolnorynkowej optyki na sprawy gospodarcze. Większość proponowanych przez krakowskich uczonych i przedsiębiorców rozwiązań pozostawała jednak tylko niezrealizowaną możliwością. Sanacja nie była zainteresowana gospodarką opartą o dobrowolność, nie skorzystała z rad mówiących, że mniej etatyzmu, zawłaszczenia gospodarki przez państwo, będzie lepsze.

Krzyżanowski, Heydel i Zweig nie działali w próżni, garściami czerpali z dorobku szkoły austriackiej, utrzymywali koleżeńskie, niekiedy wręcz przyjacielskie kontakty z uczonymi z Wiednia. Adam Heydel, jako seminarzysta Ludwiga von Misesa, stał się najważniejszym polskim adwokatem jego metody badawczej i wniosków, do jakich doszedł wielki Austriak. Wniosków jednoznacznie antyetatystycznych, promujących ludzką przedsiębiorczość i godność człowieka jako jednostki – nie kolektywu rasowego, klasowego bądź też jeszcze innego. Obrona wolności skończyła się niestety tragicznie i polscy wolnorynkowcy ulegli, nie oni jedyni zresztą, sile dwóch potwornych ideologii. Towarzystwo zostało zniszczone przez nazizm. Adam Heydel zginął w Auschwitz, Ferdynand Zweig uciekł przed okupacją do Wielkiej Brytanii, gdzie wspierał rząd na obczyźnie. Adam Krzyżanowski, najstarszy z tej trójki, przeżył wojnę, ale w nowej rzeczywistości nie osiągnął już zbyt wiele. Popadł w zapomnienie, tak jak i szkoła krakowska.

I tak naprawdę to bardzo skrótowe przypomnienie o fragmencie polskich tradycji wolnorynkowych nie jest spojrzeniem w przeszłość. Każda historia może być podstawą pod jakąś przyszłość, może nawet taką, w której polscy rządzący, obojętnie z której partii, nie popełniają wcześniejszych błędów. Do tego jednak potrzebne jest społeczeństwo zdolne artykułować swoje poglądy i łączyć się w organizacje, instytucje, wehikuły, które pozwalają przenosić się, wyrywać się z obecnego niesatysfakcjonującego stanu w kierunku takich realiów, jakie chcielibyśmy widzieć i jakich moglibyśmy doświadczać. Towarzystwo Ekonomiczne w Krakowie tak naprawdę również i dziś mogłoby z powodzeniem realizować swój program. I to wcale nie jest dowód na jego uniwersalność. Po prostu wciąż jest bardzo dużo do zrobienia, a mówienie o wolności to często za mało. Trzeba ją jeszcze urzeczywistniać, budowanie instytucji, które mogą to robić skutecznie, jest na pewno jednym z możliwych rozwiązań.

Jest tylko jedno zastrzeżenie. Każda tradycja musi być przemyślana i dostosowana do nowych realiów, zabawa w grupę rekonstrukcji historycznej mającą urzeczywistniać dawne poglądy w skali 1:1 zwyczajnie nie ma sensu. Towarzystwo działało w realiach jednocześnie podobnych do nam współczesnych, ale też niekiedy zupełnie odmiennych. I trzeba umieć to rozgraniczać.

Świadomość tego, że już ktoś to zrobił przed nami, że ktoś rozwiązał krzyżówkę, tylko że później ktoś jeszcze inny złośliwie wygumkował odpowiedzi, może pomóc. Powstają buty, w które możemy wejść, wiedza o tym, że jacyś Polacy już kiedyś byli naprawdę mocni nie tylko w teoretycznych rozważaniach, ale też łączeniu biznesu i nauki w dziele promocji wolnego rynku – może być dla wielu odbiorców naszych idei zwyczajnie cenna. To może zamykać furtkę.

Marcin Chmielowski