Zadzwonił do mnie jeden z posłów, gratulując mi artykułu na temat szkodliwości brania dotacji unijnych, który został opublikowany w tygodniku „Do Rzeczy”. Przy okazji powiedział, że rozmawiał z kilkoma osobami, które nie były w stanie odpowiedzieć mu na pytanie, dlaczego mimo tych wszystkich wad unijnych funduszy są one tak chętnie brane przez kraje członkowskie.

Tomasz Cukiernik

Oficjalna retoryka jest taka, że dzięki dotacjom z Unii Europejskiej Polska szybciej się rozwija i buduje dobrobyt, niż gdyby tych pieniędzy nie było. To by oznaczało, że ludzie wypowiadający taką tezę i wierzący, że rzeczywiście tak jest, uznają, że socjalizm działa. Przecież dotacje do jeden wielki system centralnego sterowania i interwencjonizmu państwowego. A wiadomo doskonale, że socjalizm może co najwyżej sprowadzić na nas kłopoty. Jak już wielokrotnie pisałem, dobrobyt buduje się pracą i oszczędnościami, a nie dotacjami i kredytami. Niestety zdecydowana większość społeczeństwa nie rozumie mechanizmów ekonomicznych, a politycy to wykorzystują. Na przykład opowiadają różne brednie, aby się wybielić, jak o tym, że inflację wywołał Putin.

Tak naprawdę główną przyczyną entuzjazmu polityków wszelkiej maści dla unijnych funduszy jest to, że dotacje dają taki sam efekt jak wszystkie wydatki publiczne. Jednym słowem, tak samo jak politycy chcą mieć do dyspozycji coraz więcej wydatków publicznych, tak samo i dotacji, które również przecież są zwiększeniem puli tych wydatków. A dlaczego politycy chcą wydawać coraz więcej? Pcha ich do tego żądza władzy. Większość robi to cynicznie dla własnej korzyści. Prawdziwi socjaliści dodatkowo wierzą, że robią coś dobrego dla ludu.

Dzięki rozbuchanym unijnym dotacjom politycy (również ci samorządowi) mają więcej możliwości, żeby zadowolić wyborców. Mogą się pochwalić inwestycjami. Podczas kampanii wyborczych nieprzypadkiem kończona jest znacznie większa liczba inwestycji publicznych niż w ciągu normalnego roku. Ponieważ ludzie mają krótką pamięć, samorządowcy tak kierują projektami, by właśnie przed samymi wyborami mogli przecinać wstęgi: a to wyremontowana droga (ale tak, że zwężona z dwóch do jednego pasa ruchu), a to wybetonowanie rynku w miasteczku, a to dom kultury (do którego trzeba będzie dopłacać), a to kolejna ścieżka rowerowa (po której przejedzie jeden rower na miesiąc), a to nowe infokioski na mieście. Może właściwie zagłosują też beneficjenci przepłaconych stron internetowych czy szkoleń z nawijania koralików. Nieważne, czy to było niezbędne, konieczne, a pieniądze zostały wydane sensownie. Wyborca o to nie pyta. Wyborca nawet o tym nie pomyśli. A unijne dotacje takie działania umożliwiają i je ułatwiają.

Wydawanie unijnych funduszy ma dla polityków i samorządowców jeszcze jedną istotną zaletę. Daje nowe okazje do korupcji i nepotyzmu. Wielu z nich tylko czeka na solidną łapówkę przy przetargu, by w ten sposób skorzystać na procederze korupcyjnym. Zjawisko jest bardzo powszechne, o czym świadczą niekończące się wpisy na ten temat na stronie CBA czy Prokuratur Krajowej. Zyskają też koledzy, którzy mają firmy budujące kolejne obiekty z dotacji. Innych znajomych będzie można z kolei zatrudnić do urzędu, by pracowali zarówno przy rozdzielaniu pieniędzy dotacyjnych, jak i pisaniu wniosków projektowych.

Rozdawanie dotacji przez Unię Europejską jest również korzystne dla niej samej. Przede wszystkim pojawia się możliwość szantażu, co wyraźnie widzimy teraz, kiedy Polska musi spełniać jakieś absurdalne i niekorzystne dla nas kamienie milowe, by otrzymać dotacyjne pieniądze. Wcześniej Unia szantażowała premiera Węgier Wiktora Orbana w kwestii imigrantów. Jakie będą kolejne żądania? Mówi się już o „wiążących mechanizmach” na szczeblu Unii Europejskiej, które miałyby wymusić europejską solidarność w kwestii dzielenia się gazem ziemnym. Czyli będzie przymus przesłania Niemcom gazu, którego przecież Polska i tak nie będzie miała w nadmiarze, co będzie oznaczało konieczność zatrzymania wielu gałęzi przemysłu. Jednym słowem: z punktu widzenia Brukseli fundusze unijne to władza rządzenia całym kontynentem (dotacje otrzymują także państwa kandydujące). Co gorsze, to władza rządzenia przez eurokratów, czyli polityków i urzędników najbardziej oderwanych od rzeczywistości. W końcu oficjalnie dotacje są po to, żeby realizować abstrakcyjne polityki i cele Unii Europejskiej. Nie krajów członkowskich.

Przy okazji dotacje unijne spełniają jeszcze jeden bardzo istotny cel: propagandowy. No bo gdy spytamy przeciętnego Polaka, jakie mamy korzyści z członkostwa Polski w Unii Europejskiej, to na pierwszych miejscach pojawiają się dwie odpowiedzi: 1) Unia daje kasę oraz 2) nie ma granic. Pomijając kwestie granic, która też jest w pewnym sensie manipulacją, należy podkreślić, że takie myślenie wbijane jest Polakom do głowy od dwóch dekad właśnie dzięki niebieskim tablicom, które na każdym rogu ulicy psują krajobraz i wychwalają wspaniałe inwestycje współfinansowane z budżetu Unii Europejskiej. Skojarzenie jest proste: niebieska tablica = dobra Unia daje kasę. Nikt nie wchodzi głębiej w to, czy dana „inwestycja” ma sens i czy czasem pieniądze te nie zostały zmarnowane czy rozkradzione, inwestycja przepłacona, a nachapał się lokalny urzędnik. Mało kto zdaje też sobie sprawę, że długoterminowo wartość funduszy unijnych dla Polski netto to zalewie ok. 10 proc. wartości inwestycji w Polsce, a przecież tylko część eurodotacji idzie na inwestycje.

Prawda jest taka, że fundusze Unii Europejskiej są tak niewielkie w relacji do polskiego PKB, że siłą rzeczy nie mogą mieć znaczącego wpływu na gospodarkę. Choć mogą zaszkodzić, np. poprzez to, że ingerują w rynek i w rezultacie nie mamy optymalnej alokacji kapitału. Unijne pieniądze odpowiadają też za wzrost inflacji. Otóż jak tłumaczy w „Dzienniku Gazecie Prawnej” Leon Podkaminer, emerytowany pracownik naukowy Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Porównań Gospodarczych, w latach 2005–2009 członek zespołu doradców ds. polityki pieniężnej Parlamentu Europejskiego, „lwią część funduszy z Brukseli trzeba jednak najpierw wymienić na złotówki. W ostatecznym rachunku złote, na które wymienia się owe fundusze, pochodzą z emisji (w tym dodruku pieniędzy) realizowanej przez NBP. W rezultacie NBP emituje dodatkowy pieniądz krajowy”.

Interwencjonizm państwowy zawsze jest szkodliwy i zawsze źle się kończy. Dotacje unijne to rodzaj interwencjonizmu. I nieważne, z jakiego powodu jest on wprowadzany – czy w efekcie jakiegoś lobbingu, czy w rezultacie wiary w ideologię, wiary w to, że działa. Co więcej, fakt, że jest on realizowany w rezultacie lobbingu grup interesów nie powoduje, że przestaje on być szkodliwy. Wręcz przeciwnie. Ale to nikogo nie interesuje. Bo prawdziwe cele funduszy unijnych są całkowicie inne, niż to się oficjalnie głosi. I do realizacji tych ukrytych celów eurokratów i polityków krajowych dotacje unijne świetnie się nadają. Koncertowo spełniają swoje zadanie. Kosztem naiwnych i nieświadomych manipulacji podatników, którzy na to wszystko płacą.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułRząd pogubił się w gospodarce i podejmuje coraz bardziej chaotyczne decyzje
Następny artykułPowstała pierwsza w Polsce samorządowa spółka wodorowa