Publikujemy polemikę Michała Góry z tekstem Remigiusza Okraski „Szczepionka na indywidualizm pilnie poszukiwana”, który ukazał się na portalu Teologia Polityczna i w którym autor krytykuje indywidualizm i liberalizm gospodarczy w dobie epidemii. Michał Góra to prawnik, który prowadzi kancelarię radcy prawnego, i gościnny felietonista serwisu fpg24.pl

Wbrew obiegowym sądom, pandemia rozstrzygnęła nie tyle słuszność konkretnych postaw czy światopoglądów, ale ujawniła rzecz wręcz przeciwną. Okazuje się, że ten sam zespół faktów różne grupy społeczne traktują jako potwierdzenie przeciwstawnych opinii. Jedni twierdzą, że nauka nas uratowała, bo szybko opracowano skuteczne i bezpieczne szczepionki. Inni, że wywiodła nas na manowce, bo tak naprawdę naukowcy wielu rzeczy nie wiedzą i ciągle zmieniają zdanie, na przykład co do tego, czy i jakie maseczki działają. Remigiusz Okraska w tekście „Szczepionka na indywidualizm pilnie poszukiwana” (teologiapolityczna.pl) próbuje natomiast bronić tezy, że kryzys sanitarny w sposób oczywisty uświadomił potrzebę zwrócenia się ku bardziej komunitarystycznemu albo kolektywistycznemu myśleniu o społeczeństwie. W tekście tym występują jednak uproszczenia, które nie powinny pozostać bez głosu polemicznego.

Autor zaczyna od przedstawienia danych, które dotyczą odsetka osób niewyrażających zgody na szczepienia w poszczególnych regionach i zauważa, że odmów jest więcej w tych częściach kraju, które uznawane są za bardziej „postępowe”. Zjawisko popularności poglądów antyszczepionkowych wśród teoretycznie wykształconej i zamożniejszej części społeczeństwa jest znane od dawna i trudno z nim polemizować. Podobne tendencje, sprzeczne chyba z intuicją, dotyczą choćby tego, z jakich środowisk rekrutują się członkowie sekt. Niemniej warto zwrócić uwagę na to, że masowe szczepienia są jedną z naszych najsilniejszych broni przeciwko epidemii, a jednocześnie większość państw zachodnich – w tym Polska – nie zdecydowała się na wprowadzenie prostego przymusu szczepień. Koercja w trakcie epidemii jest zarazem stosowana do wymuszania całej palety z pewnością mniej skutecznych, a czasem nieco absurdalnych zachowań. Jakiej zasadzie w przypadku dobrowolnych szczepień hołdujemy, jeśli nie autonomii woli pacjenta, jednej z naczelnych reguł indywidualizmu w kontekście medycznym?

W powołanym tekście jest także podany przykład państw wschodnioazjatyckich, które w powszechnej opinii dobrze poradziły sobie z kryzysem sanitarnym. Jednak i tutaj Autor nie wystrzega się istotnych pominięć, wygodnych dla założonej tezy. Po pierwsze, problem Chin zbyty jest w ten sposób, że były one „rozsadnikiem epidemii”. Niemniej państwa zachodnie – które przyjęły strategię twardej supresji albo eliminacji wirusa – często nie kryły nawet, że kopiują „model chiński”. Nie wiadomo, czy Czytelnikom znane są obecne realia życia w niektórych chińskich prowincjach, ale bezpiecznym będzie chyba założenie, że woleliby się ciężko rozchorować, niż zafundować przyszłym pokoleniom powszechną inwigilację metodami cyfrowymi. Paradoks z indywidualistami jest więc taki, że – być może błędnie, ale jednak w imię nieegoistycznych pobudek – chcą oni uchronić wspólnotę, dążącą do poprawy tymczasowego bezpieczeństwa, przed takim właśnie losem w długim terminie. Oczywiście, występuje tu problem skali i hiperbolizowania (a nie teorii spiskowych, jakby chcieli niektórzy), ale do dzisiaj w obrocie prawnym są pozostałości po tym, jak wyzyskano strach przed zagrożeniem terrorystycznym.

Jest też argument zupełnie przeciwny, wśród państw powołanych w tekście R. Okraski wyróżnia się przecież jedno, będące swego rodzaju „azjatycką Szwecją”. Mowa tu o Japonii, która w zeszłym roku zrezygnowała z ogłoszenia twardego lockdownu, powołując się na przesłanki natury wcale nie epidemiologicznej lecz konstytucyjnej. Nie trzeba zapewne przypominać, że współczesny konstytucjonalizm wiąże się silnie z indywidualistyczną genezą praw człowieka i obywatela. Autor pomija także wątek państw zachodnioeuropejskich, które utrzymują poziom zakażeń i zgonów na niskim poziomie. Za przykład może tu posłużyć Norwegia i Finlandia, przy czym są to społeczeństwa hołdujące raczej tendencjom indywidualistycznym. Stawianie znaku równości między kolektywizmem a skutecznością – pomijając ten wątek, czy efektywność w ogóle powinna być jedynym kryterium oceny naszych działań – jest więc nadużyciem. Poza tym, o ile u nas występuje strach, że wirus „jest”, o tyle w państwach, które go ogromnym kosztem twardo stłumiły, nierzadko wybucha panika, że „wróci” albo zaraz „przybędzie”. W całej tej dyskusji zapominamy także o sokratejskim paradoksie – „wiem, że nic nie wiem”. Okazuje się bowiem, że nawet specjaliści z zakresu zdrowia publicznego nie potrafią niekiedy wytłumaczyć, dlaczego niektóre państwa lepiej poradziły sobie z epidemią niż inne. W grę mogą wchodzić takie czynniki losowe jak odmienna demografia, kwestie immunologiczne, albo nawet mniej zaraźliwy wariant wirusa, który bardziej rozpowszechnił się w danym regionie.

Zresztą z samego założenia wyższości wspólnoty nad jednostką można wyciągać odmienne wnioski. Z jednej strony może to oznaczać potrzebę poświęcenia gospodarki i praw indywidualnych po to, żeby chronić bardziej wrażliwą część społeczeństwa. Z drugiej strony można argumentować, że uchronienie wspólnoty wymaga pozwolenia wirusowi, aby nieskrępowanie przedarł się przez ludzkość i szybciej pozwolił osiągnąć odporność stadną ogółowi (o ile w ogóle efekt stada jest możliwy w przypadku nowego koronawirusa), chociaż odbyłoby się to ogromnym kosztem poniesionym przez znamienną, ale jednak zawsze mniejszość. Zamknięcie szkół da się ocenić jako odpowiedzialne działanie mające na celu ochronę nauczycieli i ich rodzin przed zakażeniem. Można jednak powiedzieć, że nauczyciele powinni z poświęceniem zdrowia osobiście nauczać młodzież, dla której choroba stanowi przecież relatywnie niewielkie zagrożenie, natomiast brak odpowiedniego poziomu edukacji pogorszy jakość życia dzieci tu i teraz, ale także w perspektywie wieloletniej. Argumentem przeciw twardym zamknięciom, które trzeba jakoś sfinansować, jest zresztą często to, że zostawiają one z długiem młodsze i przyszłe pokolenia.

Okraska cytuje zarazem wyniki badań, z których wynika, że wyborcy PiS częściej oceniają pandemię jako zjawisko „poważne”, podczas gdy zwolennicy innych ugrupowań są bardziej skłonni umniejszać znaczeniu pandemii. Trzeba jednak mieć na uwadze, że badanie to miało na celu sprawdzenie opinii, a nie znajomości faktów. Różnie oceniać można znaczenie zjawisk poważnych, na co wskazuje często powoływany fakt przeszacowywania przez ankietowanych statystycznego ryzyka śmierci po zakażeniu koronawirusem. Autor abstrahuje całkowicie od tego, że nie dla wszystkich aktualna epidemia jest zdarzeniem stanowiącym jednakowe ryzyko indywidualne. Dla dwudziestopięcioletniego restauratora to lockdown, a nie wirus jest zjawiskiem ocenianym jako natychmiastowo i bezpośrednio niebezpieczne. Wyborcy PiS to często osoby starsze, wobec czego – całkiem racjonalnie – zagrożenie biologiczne oceniają jako bardziej pilne niż ewentualną zapaść gospodarki, edukacji czy erozję gwarancyjnych mechanizmów systemu prawnego. Lord Sumption, najbardziej chyba rozpoznawalny krytyk „etyki lockdownu”, na łamach The Telegraph kontrowersyjnie, ale nie bez słuszności stwierdził, że nacisk pewnej części społeczeństwa na priorytetowe traktowanie spraw zdrowia publicznego może wynikać z pobudek egoistycznych, mających na celu uchronienie własnej osoby przed zagrożeniem. W tym ujęciu poparcie dla daleko idących interwencji wynika nie tyle, albo nie tylko z troski o dobro wspólne, ile po prostu z oceny zagrożenia dla własnej osoby. Z tego względu lockdown zapewne chętniej popierają przedsiębiorcy zajmujący się dystrybucją produktów niematerialnych i sprzedawanych wysyłkowo, a nie na przykład ci działający w branży hotelarskiej.

Interesująca dla mnie, jako prawnika, jest kwestia „łamania obostrzeń”. Nie dziwi mnie, że wyborcy partii, która ustanowiła kontrowersyjne przepisy, są bardziej skłonni popierać ich obowiązywanie niż zwolennicy opozycji. Z uwagi na ten sam mechanizm częściej przecież bronią obecnego składu i orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Jeśli ktoś chciałby argumentować, że prawnicy jeszcze przed stanem epidemii widzieli bezprawie we wszelkich działaniach aktualnego rządu, to z zarzutem stronniczości zapewne wypadałoby się zgodzić. Rzecz w tym, że w przypadku przepisów antyepidemicznych krytyka jest obiektywnie uzasadniona. Nota bene niechęć establishmentu nie tyle do rządu jako takiego – bo to akurat nie jest prawda – ile do jego aktualnego składu, to prawdopodobnie główna przyczyna przymykania oka na polski sceptycyzm, który w innych państwach mógłby być uznany za niebezpieczną postawę antylockdownową. Rzecz w tym, że począwszy od blankietowego zakazu przemieszczania się, przez obowiązek noszenia maseczek, po zakazy prowadzenia działalności gospodarczej wątpliwa jest forma i podstawa prawna wspomnianych ograniczeń. Nie trzeba się zresztą odwoływać do wiedzy prawniczej, bo już z politycznego punktu widzenia obowiązywanie przez prawie rok ciągle nowelizowanych i niejasnych przepisów, uchwalanych głównie na poziomie rozporządzeń i niepoddawanych żadnym ograniczeniom temporalnym ani kontroli parlamentarnej, po prostu musi budzić wątpliwości. Przecież to też jest niszczenie wspólnoty i bliskich jej wartości parlamentaryzmu, wzajemnego kontrolowania się władz i ustanawiania praw, których celem jest ochrona jednostki przed arbitralnością kolektywu. Wbrew argumentom R. Okraski, nie jesteśmy społeczeństwem wschodnioazjatyckim i nie ma żadnych powodów, żebyśmy je bezmyślnie naśladowali. Możemy wykonać prosty test i zadać sobie pytanie, na które nie podano nam nigdy odpowiedzi: kiedy właściwie skończy się epidemia w sensie prawnym, przy czym nie chodzi tu o datę, ale o to, jaki wskaźnik musi osiągnąć określony poziom, żeby zaprzestano stosowania najdalej idących ograniczeń w życiu społecznym (wskaźnik reprodukowalności poniżej jedności, dzienna liczba hospitalizacji, zakażeń albo zgonów, poziom wyszczepialności?). Kto o tym zadecyduje i kiedy? I czy ciągle odpowiedzią będzie „jeszcze trochę wytrzymajcie”? (Na marginesie trzeba odnotować, że na początku lutego doszło do pewnego rozluźnienia ograniczeń w życiu gospodarczym i kulturalnym). Na to składa się jeszcze jeden skandal etyczny, jakim jest proponowanie w trakcie epidemii przepisów, które w żadnym wypadku nie ratują zdrowia ani życia chorych na COVID-19, a tylko ułatwiają pracę urzędnikom, naruszając przy tym podstawowe prawa obywatelskie (np. zawieszenie przedawnienia w prawie karnym).

Dochodzimy tu do ciekawego wątku. Otóż, w jaki to niby sposób zinstytucjonalizowana wspólnota ma wymusić na jednostce, której opinia w liberalnej demokracji to – według R. Okraski – „ostateczna instancja”, posłuch dla nadzwyczajnych i przedłużających się rozwiązań, radykalnie ingerujących w jej sferę osobistą? Może to oczywiście zrobić prostym przymusem, bez oglądania się na właściwe podstawy prawne proponowanych rozwiązań. Podobnie zachowują się na przykład przywódcy naszych wschodnich sąsiadów względem swoich przeciwników politycznych. Niemniej państwo może zaproponować jednostce dobrze zakomunikowane, przejrzyste, względnie niezmienne i przyzwoicie zredagowane prawo, które w przypadku stanów de facto nadzwyczajnych powinno jeszcze podlegać kontroli parlamentu i mieć chociaż ogólnie zarysowane ramy czasowe. Rzecz w tym, że w części państw europejskich – a w Polsce w dużym nasileniu – jest to mieszanka obu charakterystyk. Kiepsko napisane przepisy to tylko swego rodzaju „przykrywka” dla tępego przymusu i braku kreatywności, przejawiającego się w zamykaniu ludzi i gospodarki na chybił-trafił. Na to nakłada się jeszcze arbitralność władzy na każdym jej poziomie, zagrożenie podwójną karalnością oraz preferowanie mechanizmów administracyjnych nad ogólnymi, opartymi na winie i gwarancyjnym postępowaniu sądowym. Zjawiska te charakterystyczne są dla społeczeństw kolektywistycznych, ale w jednoznacznie złym sensie. Rządzącym przyświeca najwyraźniej następująca logika: skoro jest epidemia, to należy siedzieć w domu i nie zadawać pytań, a przepisy do tego jakoś się napisze. Zresztą, w zależności od sytuacji, zarówno eksperci medyczni potrafią poprzeć masowe protesty wbrew zdroworozsądkowemu zakazowi gromadzenia się w dobie epidemii, jak też politycy potrafią ściągać do lokali wyborczych seniorów, bo akurat stanowią grupę docelową wyborców partii rządzącej. Skoro dopuszczalny jest „kolektywny” egoizm i hipokryzja, to tracimy w ten sposób prawo do prymitywnego pouczania jednostek.

Zauważmy, że po okresie wiosennym 2020 r. trudno w ogóle mówić o sytuacji nadzwyczajnej i nagłej w ścisłym tego słowa znaczeniu, co być może uzasadniało pewien pośpiech i brak dochowania standardów na wczesnym etapie epidemii. Niemniej powtarzane są ciągle te same błędy. Motywacją pierwszej kwarantanny narodowej miało być „spłaszczenie krzywej” i kupienie czasu w celu uzupełnienia zapasów medycznych oraz poszukiwania bardziej racjonalnych rozwiązań. Nikt nie wspominał wtedy o eliminacji wirusa albo długotrwałym zamknięciu gospodarki. Słuchając wypowiedzi choćby prof. Horbana wątpię zresztą, aby kiedykolwiek była to strategia narodowa. Jej wdrożenie dopiero na etapie, kiedy wirus jest już wszechobecny w społeczeństwie, byłoby zbiorowym samobójstwem ekonomicznym. Autor, z którym polemizuję, zdaje się jednak nie zauważać, że instytucjonalna emanacja wspólnoty, jaką jest państwo, tak naprawdę nas zawiodła. I to na dwa sposoby. Po pierwsze, okazuje się, że już na początku 2020 r. istniały raporty polskich służb specjalnych dotyczące zagrożenia, jakie niesie za sobą nowy koronawirus. Gdyby ten sygnał i inne potraktowano poważnie, być może żaden prewencyjny lockdown nie byłby potrzebny, tak jak nie był konieczny w Japonii. Społeczeństwo nie ma też na tyle krótkiej pamięci, aby zapomnieć, że w tamtym czasie polscy decydenci i niektórzy eksperci zdawali się bagatelizować zagrożenie. Wydaje się, że zdolności służb epidemiologicznych do przeprowadzania akcji masowego testowania, wykonywania sprawnego wywiadu i nadzoru są właściwie żadne, a przecież mogłoby to pozwolić uniknąć blankietowych zamknięć społeczeństwa. Nie sposób abstrahować od tego, że wprowadzane ograniczenia są często absurdalne, na przykład pozwalają na funkcjonowanie kasynom, a zamykają szkoły. Nic dziwnego, że coraz mniej osób chce je traktować poważnie, a fenomen spadku posłuchu dla wyjątkowych ograniczeń wraz z upływem czasu jest przecież oczywisty. Po drugie, fiasko państwa ma też inne oblicze. Skoro państwo dostało już nadzwyczajne uprawnienia do przymusowej izolacji, nakładania olbrzymich i arbitralnych, natychmiast wykonalnych kar pieniężnych, to niestety, ale nie może się powoływać na niesubordynację jednostek, żeby uzasadniać złą sytuację sanitarną. To oznacza, że jest po prostu nieskuteczne i ośmiesza się chociażby liczbą niekorzystnych rozstrzygnięć sądowych w sprawach związanych z ograniczeniami epidemicznymi. Przepisy stanowią natomiast swego rodzaju fasadę, zwalniającą z odpowiedzialności i poczucia winy zarówno jednostkę, jak i przedstawicieli władz. Skoro uchwaliliśmy formalnie surowe prawo, to przecież wszystko już jest w porządku i każdy może robić to, co zwykle. Zresztą przestrzeganie drakońskich przepisów głównie w celu uniknięcia kary jest niemal irrelewantne moralnie i nie świadczy o trosce o dobro bardziej zagrożonych członków społeczności.

Podsumowując, warto zauważyć, że zajęcie stanowiska bezkrytycznie popierającego wszelkie ograniczenia przeciwepidemiczne jest wygodne. Pozwala postawić się w moralizatorskiej pozycji człowieka powtarzającego poglądy, które aktualnie traktowane są jako przynależne ludziom okrzesanym i rozsądnym.  Hasłowa tylko obrona zdrowia publicznego może też stać się pożywką dla populistów, od dawna ma to przecież miejsce w przypadku spraw socjalnych i redystrybucji dóbr. Uczciwie jednak trzeba przyznać, że to samo dotyczy „obrońców wolności”. Fałszywe jest przekonanie, jakoby zdrowie publiczne było dla wszystkich, a gospodarka dla wybranych i żądnych zysku. Podobnie eksperci medyczni pełnią rolę tylko służebną wobec demokratycznego społeczeństwa, które na bazie ich opinii ostateczne podejmuje decyzje o charakterze etycznym i politycznym, a takie zakładają kompromisy nawet między życiem i wolnym wyborem, jak w przypadku aborcji. W grę wchodzi tutaj również niezrozumienie roli krytyków niektórych ograniczeń – mowa o kanonicznym „advocatus diaboli”. Diabłem w XXI w. staje się powoli wolność osobista, a nie dobro kolektywu. Zresztą zasadniczo mylne jest przekonanie, jakoby środowiska dotychczas kojarzone z liberalno-indywidualistyczną obroną praw człowieka były sceptyczne wobec ograniczeń epidemicznych. Być może pewne krytyczne wypowiedzi występują w Polsce, ale zachodnia prasa liberalna w sposób bliski cenzurze i polowaniu na czarownice tępi przejawy kwestionowania drakońskich rozwiązań prawnych, mających na celu przeciwdziałanie epidemii. Wbrew temu, co niektórzy zdają się sugerować, w tak zwanych mediach głównego nurtu widać przejście ze skrajnej pozycji bezkrytycznych obrońców indywidualistycznie rozumianych praw człowieka do innej skrajności – grzeszących syndromem myślenia grupowego zwolenników twardej ręki.