Polacy mają problem związany ze spożyciem cukru. To fakt. Badania pokazują, że nasz kraj przewodzi państwom Unii Europejskiej w niechlubnym rankingu nadwagi w grupie ośmiolatków. To niepokojąca statystyka, która powinna bezwzględnie spowodować reakcję legislacyjną. Ale czy planowane drastyczne podwyżki są tu rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem?

Eksperci wśród największych słodkich problemów wymieniają soki, napoje i nektary owocowe oraz warzywne. Odpowiadają one za aż 23,3 proc. udziału cukru w diecie czterolatków i niemal 20 proc. w diecie nastolatków. Nieco mniejszy udział, co może dziwić, notują tu słodycze. Dostarczają one 20,4 proc. cukru zawartego w diecie czterolatków i 18,2 proc. w diecie nastolatków. Wciąż największy problem stanowi jednak cukier dodawany do zbyt wielu pokarmów i napojów przygotowywanych w polskich kuchniach.

Jak to jest z tym „100 procent”?

Rodzice nie kontrolują diety swoich dzieci w wystarczającym stopniu, często kierując się zdawkowymi informacjami zawartymi na etykietach. Niejednokrotnie na kartonach soków czy nektarów pojawiają się lakoniczne wzmianki, jakoby zawierały one „100 procent owoców”. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. 100 procent rzadko bowiem oznacza tu zawartość naturalnych owoców, czy choćby dziennego zapotrzebowania na wartości odżywcze. Tylko najbardziej wprawni poszukiwacze odkryć mogą kluczową informację, czyli tę pokazującą prawdziwą zawartość cukru.
W przypadku starszych dzieci coraz większym kłopotem zaczynają być także napoje gazowane. Te najbardziej popularne zawierają około 11 gram cukru w 100 ml, a tak zwane energetyki jeszcze dodatkowe substancje słodzące.
Wnioskiem płynącym z tych danych powinna być szeroka akcja edukacyjna skierowana jednak nie tylko do najmłodszych konsumentów, ale także do rodziców, którzy powinni być strażnikami diety swoich pociech.

Spór o metodę

Teoretycznie drastyczne podniesienie stawek opłat na napoje zawierające cukier powinno dać zamierzone efekty. Niestety właśnie tylko teoretycznie. Dotychczas w krajach, w których wykorzystano podobną metodę, korzystne efekty okazały się niewspółmiernie małe do strat, jakie ponosiły tamtejsze branże dostarczające omawianym grupom produktów.

Dotychczasowa propozycja projektu rządowego zakłada, że na wysokość opłaty, w przeliczeniu na litr napoju, mają się składać:
0,50 zł podstawy – za zawartość cukrów mniejszą niż 5 g w 100 ml napoju oraz 0,05 zł za każdy kolejny gram cukrów. Razem jednak nie więcej niż 1,20 zł.
Co godne pochwały, część napojów została wyłączona spod planowanych zmian. Chodzi o te artykuły, które stanowią ważną i pożądaną część diety młodych Polaków. Mowa tu choćby o mleku, będącym ważnym źródłem wapnia. I to jest właściwy kierunek – ewolucja, nie rewolucja.

Jak właściwie policzyć stawkę?

Skokowe zwiększenie opłat da zapewne dużo mniej zadowalające efekty aniżeli stopniowe przyzwyczajanie do zmian zarówno konsumentów jak i – co niezmiernie ważne – producentów. Ci drudzy nadzwyczaj silnie odczuliby także skutki ekonomiczne planowanych regulacji.
Warto pomyśleć więc o precyzji naliczania nowych stawek, które mogłyby przecież zostać określone wprost stałą kwotą naliczaną od 1 grama cukru zawartego w produkcie. Konsumenci pozytywnie odczuliby to na zdrowiu, a jednocześnie nie odczuliby różnicy smaku. Producenci zaś zyskaliby impuls do ustawicznego, choć nie rewolucyjnego, zmniejszania zawartości cukru w swoich produktach.

Udałoby się wówczas uniknąć kuriozalnej sytuacji, do której mogą doprowadzić „degresywne” opłaty w obecnym modelu. Dziś bowiem opłata za litr napoju o zawartości cukru poniżej 5g/100ml wynosi aż 50 gr, gdy za napój o dwukrotnie wyższej zawartości cukru 10g/100 ml opłata wyniesie tylko o 0,25 zł więcej. Wysoka zawartość cukru kosztuje więc mniej – za każdy gram – niż niska. Jest to chyba niezgodne z zamysłem regulacji, a przede wszystkim ze zdrowym rozsądkiem.

Także producenci niechętnie zmniejszaliby – w kontekście nowych regulacji – zawartość cukru w napojach. Potencjalne korzyści finansowe będą znikome, a ryzyko powziętych zmian niewspółmiernie wysokie. Obecnie wpisane do ustawy 5 gr podwyżki na każdy kolejny gram jest kosztem pomijanym w ogólnej kalkulacji ceny. Zamiast zachęty do zmniejszania ilości cukru, mamy sytuację niemalże zero-jedynkową. Dodajemy cukier i płacimy lub nie.

Logika nakazuje, aby napoje zawierające mniej cukru, były obarczone niższą opłatą za każdy jego gram. Tylko wówczas pojawi się szansa, że zbliżone smakowo napoje, które jednak znacznie różnić się będą ceną, staną się obiektem częstszych wyborów konsumenckich. Zyskać na tym mogą Polacy, ich zdrowie oraz opieka medyczna.
To niestety odwrotna reguła niż ta w obecnym rządowym projekcie, któremu – co trzeba oddać – przyświecają jak najbardziej szczytne idee.

Co z rolnikami?

Już na początku roku rolnicy skierowali do rządu list, w którym podnosili, że zmiany proponowane w obecnym kształcie uderzą w sektor sadowniczy. Chodzi o potencjalne obniżenie zapotrzebowania na dostarczane przez ten wiodący w Polsce sektor gospodarki rolnej produkty.
„Opłata cukrowa będzie szczególnie dotkliwa dla sadowników – producentów polskich jabłek i owoców miękkich (jak czarna porzeczka, aronia czy wiśnia). Wzrost cen wywołany nowym podatkiem, spowoduje drastyczny spadek popytu na nektary i napoje owocowe o 37,6 proc. (przy elastyczności cenowej 1,32 i wysokości opłaty określonej w pierwotnym kształcie ustawy). Docierające do nas informacje z mediów o wprowadzeniu pewnych zmian to żaden kompromis. Z wyliczeń branży wynika, że wprowadzenie ustawy oznacza zmniejszenie zapotrzebowania na owoce i warzywa dla przetwórstwa o około 95 tys. ton rocznie” – mogliśmy przeczytać w liście.

Niestety prognozowane spadki popytu będą mogły przełożyć się na spadek zatrudnienia w branży, co także podnosili sygnatariusze listu. Co ważne, w krajach sąsiadujących z Polską nie funkcjonują przepisy podobne do planowanych w naszym kraju. To z kolei przyczynić się może do zwiększenia niekontrolowanego importu towarów ujętych w projekcie ustawy. Sadownicy sygnalizują także kwestię nieobjęcia nową opłatą producentów słodyczy czy dosładzanych piw typu radler. Może się więc okazać, że napoje z tego najszybciej rosnącego segmentu napojów piwnych za chwilę będą tańsze od napojów gazowanych. W ramach walki z cukrem zamienimy więc go na alkohol. Brzmi jak mało śmieszy żart, ale taki scenariusz może okazać się realny.

Dyskusja tylko merytoryczna

Nie warto jednak, mimo pewnych niedoskonałości rządowej propozycji, dać porwać się manipulacjom opozycji, która z właściwej idei – jeśli chodzi o zdrowie Polaków – próbuje uczynić kolejne poletko walki politycznej.
Jednak merytoryczne argumenty w dyskusji nad projektem warto rozważyć. Zarówno postulaty rządu, rolników, grup konsumentów, jak i producentów napojów mają swoje uzasadnienie. Czy to zdrowotne, czy fiskalne. A o żadnym z tych elementów zapomnieć nie można.
Za nami czas kampanii wyborczych i politycznych przepychanek. Dobrze, że temat podatku cukrowego został wstrzymany na ten okres i nie stał się narzędziem walki politycznej. Przed nami spokojny czas bez żadnych wyborów – wykorzystajmy go na merytoryczną dyskusję o zdrowiu Polaków i sytuacji rolników.

Jacek Podgórski
Dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej