Temat nie jest nowy, ale akurat teraz – kiedy poszczególni biskupi, jeden po drugim, z powodu pandemii zaczęli odwoływać w swoich diecezjach wizyty duszpasterskie, czyli tzw. kolędy – wraca niczym bumerang. Chodzi o podatek kościelny. Pomysł, z której strony by na niego nie spojrzeć, jest po prostu zły i byłby dla Kościoła Katolickiego w Polsce fatalny w skutkach. Tym bardziej więc powinno martwić, że do grona jego zwolenników dołącza coraz więcej księży.

To oczywiste, że w „godzinie próby” u każdego włącza się czerwony alarm, bo któż na starość chciałby wydłubywać kit z okien, prawda? Ale wszystko ma swoją cenę. Również poczucie tzw. bezpieczeństwa socjalnego. Szczególnie księża powinni zdawać sobie z tego sprawę. Jak widać jednak, niektórzy w imię świętego spokoju bytowego gotowi są sprzedać albo co najmniej „oddać w zastaw” niezależność swoją i całego Kościoła.

Obecny sposób finansowania Kościoła na pierwszy rzut oka rzeczywiście może się wydać mało uporządkowany, chaotyczny, ktoś być może powie nawet, że niesprawiedliwy. Teraz, gdy dopadła nas pandemia COVID-19, pojawiają się więc propozycje systematycznego opodatkowania, by „księża nie musieli martwić się o byt”, a wszystkie rozliczenia „były w zgodzie z polskim prawem”. Szczytny cel? Jak to mówią, diabeł zawsze kusi szczytnymi celami, ale przecież warto pamiętać, że on (ten diabeł) tak naprawdę tkwi w szczegółach. Przecież lepsze bywa wrogiem dobrego. Podatek kościelny przyniósłby polskiemu Kościołowi (i nie tylko) bardzo negatywne skutki. Długofalowe, mniej widoczne na pierwszy rzut oka, ale bardzo niebezpieczne.

Kościół – jak słusznie zauważa chociażby werbista ks. Jacek Gniadek (felietonista „Forum Polskiej Gospodarki”, baczny obserwator życia społeczno-gospodarczego) – nie może swojego istnienia uzależnić od państwowych struktur. A tym niewątpliwie byłoby wprowadzenie tzw. podatku kościelnego. Tylko własność prywatna jest gwarantem bezpieczeństwa. Przecież nietrudno sobie wyobrazić, że w sytuacjach kryzysowych państwo wykorzysta to narzędzie do walki z Kościołem. Rząd jedną decyzją zamyka restauracje, hotele, czy stoki narciarskie, dlaczego więc jedną decyzją nie może nagle pozbawić Kościoła środków niezbędnych do pełnienia swojej misji? Nie ten rząd? No to inny. Czarzasty, Zandberg, Biedroń i spółka nie mogą się już doczekać, by dobrać się „klechom” do tacy i portfela, czemu co jakiś czas przecież głośno dają wyraz. Trzeba być wyjątkowo naiwnym, by tego zagrożenia nie dostrzegać.

Cóż, pokusa urządzania sprawiedliwego świata przy pomocy państwa jest stara jak… świat. Dotyka też księży. Wielu z nich nie zdaje sobie sprawy, a część być może zdaje i nawet by tego chciała, że tylko kwestią czasu byłoby w przypadku wprowadzenia podatku kościelnego, iż duszpasterze zaczęliby być postrzegani przez wiernych jako urzędnicy państwowi. Religia w państwowych szkołach już doprowadziła do tego, że księża katecheci niczym niepodległości są gotowi bronić przywilejów wynikających z Karty Nauczyciela i innych etatystyczno-socjalistycznych wynalazków.

– Kościół powinien zachowywać swoją niezależność bez względu na to, kto jest w rządzie. Mam tu na myśli nie tylko Kościół, ale wszystkich, a zwłaszcza rodziny. W społecznym nauczaniu Kościoła jednym z głównych argumentów za własnością prywatną jest to, że jest ona istotna dla utrzymania i ochrony rodziny. Dzisiaj przy pomocy polityki fiskalnej rodziny pozbawia są ich własnych owoców pracy. O tym, że wysokie podatki niszczą prawo własności prywatnej, pisał papież Leon XIII w encyklice „Rerum novarum”. Należy podkreślić, że wysokie podatki nie spełniają również celu, dla którego zostały ustanowione. Podatek progresywny, którego celem jest doprowadzenie do doskonałej równości finansowej wszystkich obywateli, uderza paradoksalnie w mniej zamożnych i jest autodestrukcyjny, gdyż hamuje proces tworzenia się kapitału – tłumaczy ks. Gniadek.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Wprowadzenie podatku kościelnego spowodowałoby wzięcie przez Kościół odpowiedzialności za obecny system podatkowy. System, który dziś woła o pomstę do nieba. To jest największa wada tego rozwiązania. Kościół ma być głosem sprzeciwu wobec niesprawiedliwości i ucisku. W każdym czasie i w każdych okolicznościach. Jeśli ustawi się w jednym szeregu z państwowymi urzędnikami, rządzącymi oraz aparatem karno-skarbowym, natychmiast sam siebie pozbawi prawa do tego, by nauczać, pouczać, upominać i wskazywać drogę. Stanie się kolejną instytucją „finansowaną z budżetu państwa”.

Poza tym powszechny podatek kościelny odwróci obecny, zdrowy i naturalny, kierunek obiegu pieniądza w Kościele: wierni przez tacę, kolędę (w tym roku odwołaną, ale przecież wierzymy, że nie na zawsze), opłaty przy sakramentach itd. finansują parafię, a ta opłaca z kolei swoisty podatek na rzecz instytucji diecezjalnych. Zróżnicowanie tysięcy budżetów parafii, domów zakonnych i innych instytucji kościelnych odpowiada zdrowemu zróżnicowaniu finansowemu firm, drobnych, a przez to normalnych, choć niebogatych.

Już kilkanaście lat temu zwracał na to uwagę prof. Michał Wojciechowski, teolog świecki, który pisał: „Zamiast tego powstanie quasi monopol, wpływy podatkowe będą dzielone na górze, czemu w sposób nieunikniony towarzyszyć będzie element dowolności i rozrost administracji centralnej (dla niej to może na krótką metę korzystne…). Księża będą żyli z płacy z góry zamiast z ofiar z dołu, co wytworzy w nich mentalność urzędników na pensji. Zniknie różnica w dochodach księdza szanowanego i marnego. Księża mniej będą wtedy zabiegali o pozyskanie wiernych. Na dłuższą metę będzie to czynnik sprzyjający opróżnieniu kościołów. Wierni z kolei odzwyczają się od ofiarności spontanicznej na rzecz swojej parafii, od odpowiedzialności za jej stan materialny i za wynagradzanie duszpasterzy, uznając, że podatek wystarczy. Jeszcze bardziej niż dotąd zajmą wobec księży postawę roszczeniową. Kościół katolicki, z dobrowolną przynależnością i dobrowolnym finansowaniem, stanowi pewną oazy normalności w kraju zbiurokratyzowanym i scentralizowanym. Religia to ostatnia sfera wolna od etatyzmu – obok części pracy charytatywnej i fundacji. Pomysły „regulacji” tych sfer przez podatek (a zwłaszcza obowiązkowy, choćby z prawem wyboru adresata) to zamach na wolność”.

Nic dodać, nic ująć.