fot. KPRM/materiały prasowe

Zaproponowane przez Mateusz Morawieckiego podatki to: podatek od transakcji finansowych (FTT), gigantów cyfrowych i śladu węglowego. Ten pierwszy, znany także jako podatek Tobina, jest przedmiotem dyskusji w Unii Europejskiej od wielu lat. Dotyczy ona nie tyle nawet jego wprowadzenia, chociaż i tutaj są opory, którym daje wyraz Szwecja, ale także dystrybucji spodziewanych dochodów z tej daniny. W założeniu wpływy z tego podatku miałyby zasilać budżet Unii Europejskiej. Stamtąd zaś środki powinny wracać do państw członkowskich. Problemem jest oczywiście ustalenie parametrów tego podziału. Hiszpania dla przykładu podnosi, że jeśli udział w tych transferach miałby być zależny od dochodu narodowego brutto, dostałaby mniej pieniędzy, niż jej się należy. Taka redystrybucja byłaby zatem nieuczciwa, ponieważ kraje, które wpłacają więcej dostałyby przy podziale środków niższe sumy. Hiszpanie szacują swoje straty na niemal 100 mln euro. W dzisiejszej rzeczywistości spory te byłyby zapewne jeszcze ostrzejsze.

Kontrowersje wzbudzają także skutki wprowadzenia FTT. Jego zwolennicy wskazują, że może to być skuteczny sposób na walkę z destabilizującą rynki finansowe spekulacją. Zwrócić można uwagę na to, że coraz większa część obrotu na rynku aktywów finansowych dokonywana jest przez algorytmy, które potrafią wykonywać ich tysiące, dosłownie w mgnieniu oka. To zaś miało w ostatnich kilku latach negatywne skutki znane jako flash crash. W największym skrócie roboty doprowadzały do trwających sekundy załamań na rynkach poszczególnych aktywów. Co prawda sytuacja szybko wracała do normy, niemniej nikt nie da gwarancji, że w przyszłości skutki działania algorytmów nie będą znacznie poważniejsze. Przeciwnicy tego podatku podnoszą jednak, że jego wprowadzenie doprowadzić może do ucieczki kapitału oraz zachwieje efektywną alokacją środków na rynku finansowym. Pobudzi także wielkie firmy działające w tym sektorze do stosowania metod agresywnej optymalizacji podatkowej.

O podobnych problemach można mówić, jeśli chodzi o podatek od gigantów cyfrowych, znany także jako GAFA (od nazwy czterech wielkich amerykańskich firm: Google. Amazon, Facebook i Apple). Oprócz tego zdecydowanym jego przeciwnikiem, z wiadomych względów, jest rząd Stanów Zjednoczonych. Amerykanie grożą retorsjami tym państwom, które zdecydują się na wprowadzanie tej daniny. Prezydent Donald Trump podkreślał, że to USA powinny mieć prawo opodatkowywania podmiotów pochodzących z tego kraju. Prace nad wprowadzeniem podatku od gigantów cyfrowych prowadzono także w Polsce, od dłuższego czasu jednak w tym temacie nic się nie dzieje. Wiele wskazuje na to, ze nasz kraj uległ amerykańskiej presji i stąd przyjęcie stosownych rozwiązań zostało zawieszone, chociaż w dokumentach rządowych uwzględniano już nawet wpływy jakie miał przynieść GAFA. W drugiej połowie minionego roku premier Morawiecki mówił, że Polska wdroży takie rozwiązania, jakie zostaną zatwierdzone na szczeblu unijnym oraz przez OECD. Widać wyraźnie, że nasz kraj działa tutaj ostrożnie i woli chować się za plecami organizacji międzynarodowych, tak aby spodziewane reperkusje ze strony Ameryki nie było w nią wymierzone bezpośrednio.

Bardzo ważna jest z pewnością kwestia opodatkowania tzw. śladu węglowego. Tą daniną obłożone miałyby być towary importowane, pochodzące spoza Unii Europejskiej. Obecnie wspólnota narzuca swoim członkom drakońską wręcz politykę klimatyczną. Jej celem jest redukcja emisji CO2, finalnie bowiem UE ma być obszarem zeroemisyjnym netto, cel ten wyznaczono na 2050 rok. Problem polega na tym, że może to poskutkować tzw. ucieczką emisji, czyli przenoszeniem wysokoemisyjnych sektorów gospodarki do państw, które nie mają takich obostrzeń związanych z CO2. Ucierpi na tym między innymi Polska. A efekt dla całego globu, jeśli chodzi o przedostawanie się dwutlenku węgla do atmosfery, będzie żaden, trafi tam np. z Chin. Aby temu przeciwdziałać, produkty z takich kierunków miałyby być obciążone podatkiem od śladu węglowego i tym samym przynajmniej zrównane, jeśli chodzi o cenę z tymi produkowanymi na Startym Kontynencie. Także tutaj jednak powstaje pytanie, na jaki cel miałby zostać przeznaczone pozyskane w ten sposób środki oraz według jakiego kryterium dystrybuować je pomiędzy państwami członkowskimi UE.

W swoim sejmowym wystąpieniu premier Morawiecki wspomniał także o kwestii rajów podatkowych działających wewnątrz wspólnoty. Według obliczeń Polskiego Instytutu Ekonomicznego członkowie Unii tracą rocznie na procederze szkodliwej konkurencji podatkowej 170 miliardów euro. Chodzi o mechanizm wyprowadzania zysków do takich krajów jak Luksemburg z państw, w których faktycznie zostały one osiągnięte. Następnie od tak przetransferowanych środków odprowadzana jest danina w minimalnej wysokości. Oprócz wspomnianego Luksemburga z omawianego procederu słyną także inni, w tym Niderlandy, Belgia czy Irlandia. Zadziwiające jest to, że organy wspólnotowe nie podejmują zdecydowanych działań zwalczających to zjawisko. Można zatem sądzić, że panuje tam ciche przyzwolenie na istnienie wewnątrzunijnych rajów podatkowych. Polska ma słuszność apelując o zmianę takiego podejścia. Domaga się tego zarówno traktatowo gwarantowane istnienie rynku wewnętrznego jak i elementarna uczciwość. Póki co jednak wołanie szefa polskiego rządu nie przynosi większego efektu. Co innego upominanie i karcenie naszego kraju za reformę wymiaru sprawiedliwości. Tutaj reakcja unijnych instytucji jest natychmiastowa.

Jest jeszcze inna istotna kwestia dotycząca nakładania podatków przez Unię Europejską. Co do zasady UE nie ma własnych dochodów, funkcjonuje w oparciu o środki, które dostaje od państw członkowskich. W związku z tym wspólnota nie posiada wyrażonych bezpośrednio w prawie pierwotnym uprawnień do nakładania własnych danin, to prerogatywa, którą posiadają wyłącznie państwa narodowe. Może lepiej, żeby tak zostało.