Fot. Pixabay

Najniższa pensja etatowego pracownika wynosi w tym roku 2600 zł brutto. W porównaniu z zeszłoroczną wzrosła o 350 złotych, czyli o ponad 15 procent. Z kolei stawka godzinowa dla samozatrudnionych i osób pracujących na zlecenie wynosi obecnie 17 zł. Ta została podwyższona zaledwie o 2,3 złotego.

Prawdą jest, że płaca minimalna od wielu lat nie wzrosła tak wysoko jak na początku tego roku, stanowiąc 49,7 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia. Gdy to się stało, związki zawodowe były bardzo zadowolone, bo od lat postulowały, by ustawowe minimum płacowe stanowiło połowę średniej pensji. Teraz, gdy znowu rusza dyskusja o przyszłorocznej „minimalce”, niektóre związki zawodowe chciałyby, by jak najszybciej zapisać na przyszły rok jej podwyżkę do 3 tys. brutto. Część organizacji pracodawców postuluje z kolei, aby utrzymać ją w 2021 roku na poziomie z tego roku.

Zamrozić? Mówimy „nie”!
„Z oburzeniem przyjmujemy propozycje organizacji pracodawców, by zamrozić płacę minimalną w przyszłym roku na poziomie 2600 zł. Przypominamy, że roczny poziom inflacji wciąż przekracza 3 proc., a ceny żywności wzrosły w ciągu ostatniego roku o blisko 8 proc.. Zamrożenie płacy minimalnej oznaczałoby zatem spadek realnych płac najgorzej opłacanych pracowników i wzrost skali ubóstwa wśród osób pracujących” – dowiadujemy się z komunikatu Związkowej Alternatywy. Organizacja ta apeluje do rządu o realizację obietnic wyborczych i przyjęcia np., pakietu rozwiązań, który ułatwi wprowadzenie planu w życie, co miałoby przeciwdziałać spadkowi płac i ograniczać ubóstwo.

W oczywisty sposób nie zgadzają się z tym pracodawcy, a niektórzy publicznie apelują o nieuwzględnianie tego postulatu. Konfederacja Lewiatan uważa, że minimalne wynagrodzenie w 2021 roku, uwzględniając szczególne warunki w gospodarce i na rynku pracy, ustalić powinni tylko partnerzy społeczni.

– Te rozmowy, nie tylko ze względu na krótsze terminy, będą trudne, bo przecież mamy świadomość trudności gospodarczych, nasilenia się negatywnych zjawisk społecznych i bardzo złej kondycji budżetu, a to wszystko w warunkach wciąż nieznanego zagrożenia pandemią, jej perspektywy czasowej i skutków – mówi prof. Jacek Męcina, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Nie jest to dobry czas?

Przedstawiciele firm będą próbowali wytłumaczyć przedstawicielom pracowników, że przyszły rok nie jest dobrym czasem na podniesioną, najniższą płacę w gospodarce. Nie tylko publicznie, ale w rozmowach prywatnych deklarują, że chcą się skupić na ratowaniu miejsc pracy i swoich firm. Te zaś, szczególnie małe i średnie, jak wiemy już doskonale, najbardziej ucierpiały na skutek kryzysu COVID-19.

Eksperci Instytutu Badawczego Randstad w analizach estymujących skutki podnoszenia najniższej płacy krajowej, mówią o negatywnym generalnie oddziaływaniu tego zabiegu. Generuje on wzrost kosztów w firmach, które muszą ponosić także pracodawcy, co może przekładać się nie tylko na blokadę rekrutacji nowych pracowników, ale przyczyniać także do redukcji etatów już istniejących.

Czy ma wpływ także na inflację? W raporcie NBP z końca zeszłego roku, który siłą rzeczy nie brał pod uwagę skutków kryzysu COVID-19, 54 proc. przedsiębiorców przewidywało, że są na to duże lub umiarkowane szanse, a 45 proc., że szanse są małe lub zerowe. Było zatem – pół na pół. Istnieje jednak poważna obawa, że wskutek największych zawirowań rynkowych od 2008 r., te proporcje mogłyby się diametralnie zmienić i wyższa pensja minimalna stymulowałaby dodatkowo wzrost inflacji.

Nie mamy skrajnych nierówności
Z płacą minimalną wynoszącą 3,05 euro za godzinę, mniejszą czterokrotnie od luksemburskiej i ponad trzykrotnie od francuskiej, faktycznie jesteśmy w ogonie państw europejskich. Ale liczy się oczywiście siła nabywcza wynagrodzeń. Ostatecznie zaś jest ważne, czy mamy w kraju biedę i rażące nierówności społeczne, czy też nie? Indeks (wskaźnik) Kaitza oblicza stosunek płacy minimalnej do płacy przeciętnej lub do mediany. Dla Polski stoi on relatywnie wysoko. W 2017 r. wyniósł, według OECD, 54 proc. w relacji do mediany płac i 43,6 proc. w stosunku do wynagrodzenia przeciętnego. Tylko w kilku innych państwach był wyższy.

Wzrost wynagrodzenia minimalnego, szczególnie gdyby był skokowy, może mieć negatywne skutki dla niektórych grup pracowników. Efektem będzie wzrost bezrobocia w grupie osób o niższych kwalifikacjach, pracujących za najniższe wynagrodzenie, gdzie stety/niestety, ale nieuchronnym wydaje się być systematyczne wypieranie ich pracy pracą zautomatyzowaną. Oczywiście roboty nie zastąpią wszystkich, w każdym razie nie stanie się to szybko. Ta grupa w większości rzeczywiście skorzystałaby, ale na znaczącej, nie symbolicznej, jak to dawnymi laty bywało, podwyżce minimalnego wynagrodzenia.

Podwyżka, przy rozchwianym rynku pracy, uderzyłaby za to z pewnością w grupy pracowników zarabiających nieco powyżej minimalnej oraz średnio, a także w prowadzących działalność gospodarczą, których obciążenie ZUS wzrosłoby wraz ze wzrostem „minimalki”. Mogłaby pogłębić jeszcze bardzo poważne problemy wielu branż, szczególnie ochroniarskiej, sprzątającej, gastronomicznej oraz hotelarskiej. Wydaje się teraz, że lepiej jest szukać innych metod wzmacniania budżetów gospodarstw domowych.