W drugiej połowie XX wieku, gdy komputery były wielkimi maszynami zajmującymi cały pokój, polski geniusz stworzył pierwszy na świecie minikomputer, który mieścił się w… walizce. Był rok 1969 i nikt na świecie nie używał jeszcze takich nazw jak notebook czy laptop, bo takich urządzeń po prostu nie było.

Jacek Karpiński, Targi Poznańskie, 1971 r.

Wynalazek Jacka Karpińskiego był na tyle niezwykły, że w celu jego zaopiniowania zebrała się specjalna komisja. Peerelowscy eksperci orzekli, że zbudowanie czegoś podobnego jest… niemożliwe. Członkom tej komisji po prostu nie mieściło się w głowie, że człowiek, który w młodości zamiast ślęczeć z ołówkiem nad kartką papieru w szkolnej ławce, ganiał z karabinem w Powstaniu Warszawskim (miał pseudonim Mały Jacek), był w stanie dokonać tak epokowego odkrycia. A jednak…

Czym skorupka…

Czy istnieje recepta na geniusz? Odpowiedź wydaje się prosta – oczywiście, że nie. Bo jak można sklasyfikować coś, co można nazwać jedynie darem od Boga, pewnego rodzaju talentem zmieszanym ze „szczęśliwym zbiegiem okoliczności”? A jednak zgłębiając życiorysy genialnych wynalazców da się zauważyć jedną bardzo ważną cechę: sprzyjającą wszystkim okoliczność. Żaden z wynalazców i wizjonerów nie mógłby się tak nazwać, gdyby wcześniej rodzice czy znajomi nie zauważyli drzemiącego w nim potencjału i nie zachęcili do samodzielnego myślenia, do wyjścia poza schemat.

Pod tym względem Jacek Karpiński był wybrańcem. Adam Karpiński, ojciec „Małego Jacka”, był inżynierem mechanikiem i konstruktorem, weteranem wojny polsko-bolszewickiej i, jakby tego jeszcze było mało, zapalonym taternikiem i himalaistą. Był też bohaterem  kilkukrotnie odznaczonym za wojenne dokonania, m.in. Orderem Virtuti Militari. W Polsce niepodległej postanowił rozwijać zdolności konstruktorskie na studiach. Ojciec Jacka Karpińskiego skonstruował szybowiec SL-1 AKAR. W 20-leciu międzywojennym był jednym z ludzi, dzięki którym nastąpił rozwój zimowego taternictwa oraz alpinizmu w Polsce. Był doskonałym organizatorem, zwracał uwagę na konieczność dobrego przygotowania wyjazdów i odnosił sukcesy propagandowe. Wspinanie w Tatrach, Alpach, a także Andach traktował jako ćwiczenia przed wyprawami w Himalaje. Pasję tę podzielała także jego żona Wanda, z wykształcenia lekarka, zajmująca się m.in. medycyną sportową. Wanda Karpińska towarzyszyła mężowi w jego zimowych wejściach w Tatrach i Alpach.
Sekundowała też mężowi, gdy kierował pierwszą polską ekspedycją w Himalaje. Podczas tej wyprawy wraz z przyjaciółmi zdobył wierzchołek Nanda Devi East (7434 m), co było ówczesnym wysokościowym rekordem Polski. Niestety, wyprawa ta okazała się tragiczna. Podczas próby zdobycia kolejnego szczytu ojciec Jacka Karpińskiego zginął przysypany lawiną śnieżną. 12-letni Jacek bardzo przeżył jego śmierć. Było lato 1939 r. Zbliżała się wojna.

Powstanie Warszawskie

Nastoletni chłopak wyniósł z domu gorący patriotyzm, którym cechowali się jego rodzice. We wrześniu 1939 r. matka wysłała Jacka do obrony przeciwlotniczej jako gońca. Chłopak brał udział w konspiracyjnych formacjach harcerskich. Początkowo został skierowany do działań w tzw. małym sabotażu. Aby dostać się do Szarych Szeregów (Grupy Szturmowe) zawyżył swój wiek. Jako 16-latek brał udział w Powstaniu Warszawskim dowodząc sekcją pierwszą w batalionie „Zośka” (pluton „Alek”). Sekcją drugą dowodził inny geniusz – Krzysztof Kamil Baczyński. „Mały Jacek” nawet przekomarzał się ze słynnym poetą, także wymyślając wierszyki.

Już pierwszego dnia walk zostali okrążeni przez kilkuset Niemców. Połowa powstańców zginęła, wśród nich Baczyński. Ci, którzy ocaleli, drugiego dnia powstania postanowili przedrzeć się z dolnego Mokotowa na Plac Zawiszy. Jacek został wtedy postrzelony z pistoletu maszynowego. Z góry, z szóstego piętra. Kula przeszła wzdłuż kręgosłupa aż do miednicy. Upadł sparaliżowany, ale jakimś cudem przeżył piekło powstania. Przez półtora roku nie mógł sam wstać z łóżka. Po kapitulacji powstania został ewakuowany z miasta.  Przeżył dzięki lekarzom, którzy wystawili mu fałszywą kartę choroby, a następnie przewieźli do Pruszkowa.

W końcu odzyskał władzę w nogach, i – jak sam mówił – uczył się chodzić przemierzając, wzorem rodziców, górskie szlaki w okolicach Zakopanego. Najpierw o dwóch laskach.
– Ćwiczyłem w górach, codziennie wspinałem się coraz wyżej. Pewnego dnia dotarłem na Orlą Perć i tam, na grani, wyrzuciłem jedną laskę na czeską stronę. Powiedziałem sobie, że teraz będę chodzić, podpierając się tylko jedną. Ćwiczyłem dalej. Rok później poszedłem w to samo miejsce w górach i odrzuciłem drugą laskę – opowiadał.
Do końca życia utykał, ale to, że ustąpił paraliż i mógł samodzielnie chodzić i tak było cudem.

Prognozowanie pogody

Z Zakopanego trafił do Radomska, gdzie z wyróżnieniem zdał maturę. Przyszedł czas na wybór drogi życiowej. Karpiński wahał się pomiędzy naukami ścisłymi a… komponowaniem muzyki. Przeważył pociąg do wynalazków. Wybrał politechnikę w Łodzi, a następnie w Warszawie. Dyplom magistra inżyniera uzyskał w marcu 1951 r. Na podstawie nakazu zatrudnienia podjął pracę w Centralnym Laboratorium Polskiego Radia.

Na drugi dzień po przyjęciu do pracy usłyszał, jak kadrowa wybiega z pokoju z krzykiem: „Co pan tutaj robi?! Pan jest szpiegiem! To dywersja! Sabotaż! Wróg ludu!”.
Wyrzucano go z trzech kolejnych zakładów pracy, bo komuniści uznali żołnierzy batalionu „Zośka” za zdrajców i dywersantów. Byli akowcy trafiali do więzień zdając sobie sprawę, że w Polsce jeden totalitaryzm został zastąpiony drugim. Były to czasy, gdy młodzi ludzie rozmawiali o patriotyzmie tak często, jak dzisiaj o pieniądzach. Trwanie na stanowiskach i pracę na rzecz zniewolonej, ale jednak zawsze Ojczyzny, także uważano za patriotyczny obowiązek.

Jacek Karpiński znalazł w końcu zatrudnienie jako starszy konstruktor na Żeraniu w Warszawie, gdzie skonstruował nadajnik 2 kW NPK-2. Od 1955 r. pracował jako adiunkt w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki PAN, gdzie dwa lata później skonstruował maszynę AAH do… prognozowania pogody (według pomysłu Józefa Lityńskiego z Państwowego Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego). AAH był opartą na 650 lampach maszyną do długoterminowych numerycznych prognoz pogody na podstawie analizy harmonicznej. Dzięki wynalazkowi Karpińskiego sprawdzalność prognoz pogody poprawiła się o 10 procent. Dwa lata później okazało się, że na tym jedynym wynalazku się nie skończy. Karpiński skonstruował maszynę, którą nazwał AKAT-1. Był to pierwszy na świecie tranzystorowy analizator równań różniczkowych.

W 1960 r., jako jeden z sześciu nagrodzonych, zwyciężył w ogólnoświatowym konkursie młodych talentów techniki organizowanym przez UNESCO. W nagrodę w latach 1961-1962 przebywał w Stanach Zjednoczonych, gdzie studiował m.in. na Uniwersytecie Harvarda i Massachusetts Institute of Technology. Amerykanie szybko dostrzegli potencjał, jaki drzemie w Polaku i złożyli mu propozycję kariery akademickiej. Karpiński jednak odmówił.

Dziś wiadomo, że jego wyjazdy do USA były współfinansowane przez wywiad gospodarczy PRL, którego w latach 60. Karpiński był tajnym źródłem osobowym o pseudonimie Jacek. Kontakty ze służbami specjalnymi PRL, o różnym natężeniu i temperaturze, utrzymywał do wyjazdu z Polski w początku lat 80. Uważał, że z jego wynalazków w pierwszym rzędzie powinna korzystać Ojczyzna. Taką postawę uważał za obowiązek każdego Polaka. Był to też jego swoisty rodzaj hołdu dla kolegów, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim.

Perceptron i komputer KAR-65

Po powrocie do kraju, w Pracowni Sztucznej Inteligencji w Instytucie Automatyki PAN, skonstruował drugą na świecie „uczącą się maszynę”, którą nazwał „perceptron”. Maszyna Karpińskiego rozpoznawała otoczenie przy użyciu kamery. Składała się z sieci neuronowej opartej na 2 tys. tranzystorów. Miała kamerę i system do analizy obrazu. Bez problemu potrafiła wskazać cechy charakterystyczne pokazywanego jej np. trójkąta i identyfikowała jego kształt.

W 1965 r. wynalazca skonstruował z kolei komputer KAR-65, który pracował z szybkością 100 tys. operacji na sekundę i był… 30-krotnie tańszy niż dwa razy wolniejsze ówczesne komputery Odra. Ewenementem było to, że komputer Karpińskiego z powodzeniem działał 20 lat – do połowy lat 80.
W ciągu trzech lat zrobiłem komputer KAR-65. Był zbudowany inaczej niż wszystkie maszyny na świecie. Bo ja naprawdę nie wiedziałem, jak się buduje komputery gdzie indziej – opowiadał.

Łatwość konstruowania i pomysłowość Karpińskiego była wprost zdumiewająca. Tylko w ciągu trzech miesięcy skonstruował również skaner do analizy fotografii zderzeń cząstek elementarnych. Zresztą w tym czasie miał już w głowie następną konstrukcję – komputer, który mógłby zmieścić się w walizce. To była niezwykła wizja. Ówczesne komputery zajmowały wielkie ściany w laboratoriach. Toteż nic dziwnego, że pomysł Karpińskiego wydawał się nierealny. Na szczęście był jeden człowiek, który mocno w niego wierzył. Właśnie Jacek Karpiński.

Gierek mówi: „Pomożemy”

Chyba tylko Karpińskiemu w połowie lat 60. mógł przyjść do głowy pomysł stworzenia komputera wielkości dzisiejszego większego laptopa. Zjednoczenie Mera, któremu podlegały w ówczesnej Polsce zakłady produkujące maszyny matematyczne, zwołało specjalną komisję, która w 1969 r. urzędowo orzekła, że nie da się zbudować takiego komputera. Uzasadnienie było proste – gdyby zbudowanie takiej maszyny było możliwe, to Amerykanie na pewno już by ją skonstruowali.

Jednak dzięki uporowi Karpińskiego udało się ruszyć z produkcją K-202. Pieniądze na to dała brytyjska firma, która natychmiast chciała produkować ten komputer w Anglii. Zgodziła się jednak na warunek Karpińskiego, żeby produkcja odbywała się w Polsce. Powstało pierwszych 30 komputerów, które miały wspaniałe parametry. K-202 pracowały z szybkością miliona operacji na sekundę, czyli szybciej niż pecety 10 lat później! Miały 150 kilobajtów pamięci, podczas gdy produkowane wtedy w ELWRO we Wrocławiu wielkie jak szafy komputery Odra-1204 miały tylko 48 kilobajtów. W dodatku K-202 – jak już wspomniano – były 30-krotnie tańsze. Produkowało je 200 osób, podczas gdy do wyprodukowania Odry potrzebnych było aż 6 tysięcy ludzi.

Prototyp nowej maszyny – nazwanej K-202 – pokazano na Targach Poznańskich w 1971 r. Przy komputerze zatrzymał się wtedy sam Edward Gierek. I sekretarz PZPR oglądał komputer „aż przez kwadrans”, co zauważyły wszystkie gazety, by na koniec zapytać, czy konstruktorzy zdołają doprowadzić K-202 do produkcji. – Zapytałem: „Pomożecie?” – opowiadał po latach Karpiński. – A Gierek, rozumiejąc żart, odpowiedział: „O tak, pomożemy”.

K-202 był zupełnie inny, niż produkowane wtedy w Polsce komputery Odra (będące kopiami brytyjskich maszyn ICL) powszechnie określane mianem „szafy”, w których kręciły się szpule ze wstęgami papieru albo taśmy. Komputer Karpińskiego natomiast mieścił się w niewielkiej walizce i był całkowicie polskim, nowatorskim na światową skalę wynalazkiem.

W 1973 r. kierownictwo ELWRO spotkało się w tej sprawie z PRL-owskim dygnitarzem Piotrem Jaroszewiczem. Pod adresem wynalazcy padło oskarżenie: „Towarzyszu premierze, ratujcie nas przed Karpińskim, bo on nas zniszczy ekonomicznie”. Jaroszewicz zapewnił: „Dobrze, ja go załatwię”. Na teczce Karpińskiego w biurze paszportowym widniał napis: „Nie wydawać paszportu. Powód: dywersja gospodarcza”.

Wkrótce Karpiński został wyprowadzony z zakładu pracy, którym kierował – pod karabinami. A 200 komputerów, które były w trakcie produkcji, zniszczono. Wynalazcy pozwolono jedynie wykładać w Instytucie Przemysłu Budowlanego Politechniki. Nie mógł też wyjechać do pracy w USA. O skali wynalazku Karpińskiego świadczy fakt, że wyprodukowany dekadę później komputer IBM PC był… wolniejszy od polskiego K-202.

Od komputerów do świń

Rozgoryczony wynalazca w 1978 r. przeniósł się na mazurską wieś, gdzie zajmował się rolnictwem oraz hodowlą drobiu i świń. Wkrótce odnaleźli go dziennikarze. Na pytanie, co właściwie tam robi, dlaczego już nie projektuje, odparł bez zastanowienia: – Bo wolę mieć do czynienia z prawdziwymi świniami.
Cała Polska zobaczyła to w telewizji, a władze znów zyskały pretekst, by go sabotować. Przyjaciele, znając jego podejście, namówili go w końcu na wyjazd do Szwajcarii, gdzie Karpiński wyjechał na trzy dni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Tam początkowo pracował w firmie Nagra u innego znanego polskiego wynalazcy, po czym założył własną firmę Computer Systems. Był rok 1981 i takie przedsięwzięcia nie zdarzały się często. Informatyk miał 54 lata. Konstruował robota sterowanego głosem. Nigdy nie zdołał go jednak wyprodukować, bo zbankrutował.

Chyba największą rekomendacją jakości wynalazku Karpińskiego był fakt, że stworzony przez niego zespół fachowców zdołał po kilku latach ponownie wdrożyć do produkcji jego wynalazek, ale już pod nazwą Mera 400. Była to udoskonalona wersja K-202. Mera 400 produkowany był aż przez 11 lat (w latach 1976-1987). Jeden z nich używany był jeszcze w roku… 2018 (sic!).

W jednym z wywiadów Karpiński powiedział: – Nie wiem, czy można to nazwać patriotyzmem, ale ja po prostu chciałem pracować dla Polski. Zawsze wierzyłem, że ruscy kiedyś sobie pójdą, a technologia zostanie.

– Jego komputer świetnie się sprawdzał – wspomina wynalazca Andrzej Dembiński. – A ja, kiedy myślę o Jacku, zawsze się wzruszam. To był wielki, a przy tym niezwykle skromny człowiek, który wiedział, że musimy być silni i niepodlegli także gospodarczo. Już wtedy mogliśmy być Tajwanem Europy.