Polska jest silnym graczem na światowym rynku mleczarskim. Poziom krajowej produkcji sytuuje nasz kraj na 5. pozycji w Unii Europejskiej i 14. na świecie. Wciąż jednak dostawcy muszą borykać się z licznymi problemami, z których część mogłaby zniknąć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdyby tylko pojawiła się taka wola polityczna. To jednak, przynajmniej na dziś, marzenie ściętej głowy.

fot. Couleur/Pixabay.com

Hodowcy bydła mlecznego dostrzegają znaczny wzrost kosztów produkcji. Dobitnie przekonują się oni na swojej skórze, że rolnictwo jest typowym systemem naczyń połączonych. Rekordowo wysokie ceny nawozów sprawiają, że słono zapłacić trzeba za paszę dla zwierząt. Nie bez znaczenia pozostaje inflacja, która – osiągając niespotykane poziomy – wcale nie ma zamiaru wyhamować i z pewnością znajdzie swoje ujście między innymi w ograniczeniu popytu na mleko i jego przetwory. Szalenie wysokie pozostają także ceny paliw i energii – kolejnych kosztów stałych gospodarstw rolnych.

Wszelkie te czynniki przekładają się na zmniejszoną opłacalność produkcji, a co za tym idzie – ograniczenie rentowności przedsiębiorstw rolnych, których działalność zogniskowana jest na produkcji mleka. Pocieszający jest fakt, że podobne problemy dotykają sektora w całej niemal Europie – odczuwają je także liderujący unijnemu rynkowi Niemcy i Francuzi. Gospodarstwa mleczarskie w UE borykają się z postępującą utratą płynności finansowej. Nie pomagają nawet stosunkowo wysokie ceny surowca.

Zielone pomysły urzędników

Producenci mleka obawiają się także skutków ekonomicznych Europejskiego Zielonego Ładu, który – zdaniem przedstawicieli sektora – jest strategią nie w pełni przygotowaną. Tym, co spędza sen z powiek rolnikom, jest brak realnej oceny skutków regulacji unijnych planów. Komisarz Janusz Wojciechowski obiecuje wprawdzie, że ta zostanie przedstawiona wówczas, gdy pojawią się pierwsze akty prawne mające za zadanie wdrożenie zmian. Mleczarze twierdzą – i należy przyznać im rację – że wszelkie wyliczenia, zważywszy na zakres zmian, zaprezentowane powinny zostać niezwłocznie tak, by przedsiębiorcy mieli szansę na przygotowanie się do rewolucji.

Wyzwanie stanowić będą choćby inwestycje, które obligatoryjnie ponieść będą musieli gospodarze. Te będą musiały nadejść, ponieważ nowa perspektywa zupełnie przeformułuje sposób funkcjonowania gospodarstw. Sami producenci mleka zadają sobie także pytanie, czy założenia przygotowane przez Komisję Europejską nie zostały stworzone „na oko”. Skąd bowiem wiedza dotycząca faktu, że akurat 25 proc. gospodarstwa zajmować się ma produkcją ekologiczną? Dlaczego nie 24 lub 26? Skoro komisarz odpowiada, że wynika to z konkretnych wyliczeń, naturalnym jest, że gospodarze chcą te wyliczenia zobaczyć, poznać kryteria i metodologię oraz dokonać ich oceny.

W przypadku rynku mleczarskiego ma to kapitalne znaczenie, ponieważ rzeczone 25 proc. może sprawić, że rolnicy będą zmuszeni do… wylewania mleka, jak robili to w tym roku ich koledzy z zachodniej części Europy. ¼ mleka i jego przetworów produkowanych metodami ekologicznymi to szalenie dużo, zważywszy choćby na fakt, że we Francji przy 8-procentowym udziale mleka „eko” na rynku, nie ma zbytu na cały ten wolumen. Przypomnijmy tu, że Francja jest krajem niewspółmiernie bogatszym od Polski, o wyższym spożyciu produktów ekologicznych i wyższych średnich wydatkach na tę kategorię. Trudno się zatem spodziewać, by polscy dostawcy byli w stanie sprzedać mleko ekologiczne, którego produkcja stanowić będzie 8 proc. ogółu! A rolnikom – niezależnie od regionu Europy – narzuca się tych procentów aż 25!

Zadanie jest karkołomne, bo dziś produkcja mleka ekologicznego w Polsce oscyluje wokół wartości 2–3 proc. ogółu. Nie dość, że rolnicy będą musieli ponieść ogromne inwestycje, by przystosować gospodarstwa do nowych wymogów, to dodatkowo ich zadaniem będzie zmusić konsumenta – wszelkimi dostępnymi metodami – by ten zmienił swoje preferencje i kupił droższe mleko, do którego wyprodukowania zmuszeni zostali hodowcy. Inaczej zbankrutują.

Co nam grozi?

Hodowcy bydła mlecznego mogą nie przetrwać unijnych zmian. Najważniejszą przyczyną są koszty produkcji, które rosną szybciej niż ceny mleka. Z całą pewnością nie zachęca to do zwiększania pogłowia krów tak w Polsce, jak i w całej UE. Wszystko wskazuje na to, że sytuacja najpewniej nie zmieni się w najbliższym czasie, ponieważ – z uwagi na zagrożenie płynące ze strony Europejskiego Zielonego Ładu – wszelkie inwestycje cechuje duża doza niepewności. Sytuacja rynku mleczarskiego jest paralelna względem problemów, z którymi borykają się przedstawiciele innych sektorów rolnych. Niesie to ze sobą ogromne zagrożenie dla bezpieczeństwa żywnościowego Europy.