Strategia “Od pola do stołu” została już zaprezentowana przez przedstawicieli Komisji Europejskiej. Jednym z jej elementów, poza nazbyt ekologicznym podejściem do kwestii areału upraw, jest konieczność ograniczenia stosowania nawozów i środków ochrony roślin. Pierwsza grupa ograniczy swój udział w europejskim rolnictwie o 20 proc., druga natomiast aż o 50 proc.

Takie ograniczenia sprawią – co naturalne – że część z obecnie funkcjonujących na rynku podmiotów nie wytrzyma presji ze strony konkurencji. Na polu gry mogą pozostać zatem tylko kluczowi gracze, którzy – biorąc pod uwagę strukturę branży w Polsce i Europie – wytworzą swoisty oligopol zaopatrujący rolników w tak zwaną chemię. Nowe wytyczne idą w parze z intensyfikacją kontroli oraz wprowadzeniem bardziej restrykcyjnych zasad dotyczących pestycydów. Środki mają natomiast zostać przeniesione w stronę integrowanej ochrony roślin, która jednak zapewnia rolnikom znacznie mniejsze plony.

Tym samym nasz kraj może utracić zarówno silną pozycje na rynku produkcji rolniczych środków chemicznych jak i silną pozycję eksportera w sektorze upraw. Problem ten nie dotnie jednak tylko naszego kraju. Przeciw nowym rozwiązaniom protestują już rolnicy z krajów Europy Zachodniej, ponieważ zdają oni sobie sprawę z konsekwencji bezkompromisowo narzucanych rozwiązań. Efektem unijnego bałaganu będzie zwiększenie importu w omawianych kategoriach. Kolejny raz Komisja Europejska oddaje pole, na którym rewelacyjnie radzili sobie wspólnotowi gospodarze, największym producentom rolnym z krajów pozaunijnych.

Przeklęty import
Import na rynku nawozów już dziś stanowi barierę rozwojową dla tego sektora w naszym kraju. Konkurencja jest silna i – poza wysoką skutecznością – opiera się także na rywalizacji cenowej. Do tego polscy producenci muszą zmagać się z rosnącymi cenami energii oraz gazu, które stanowią nawet blisko 70 proc. ogółu kosztów ponoszonych przy produkcji nawozów. Niestety saldo bilansu handlowego na rynku nawozów jest dla naszego kraju niekorzystne. Polska importuje tu więcej niż eksportuje. W ubiegłym roku poziom importu osiągnął niespotykaną dotąd skalę miliona ton. Najbardziej niepokojący jest jednak kierunek, który zaopatruje polskich rolników w niezbędny surowiec. Głównymi dostawcami są kraje wschodnie – na czele z rosnącą w siłę Ukrainą. Wciąż jednak nasz kraj pozostaje jednym unijnych liderów na rynku nawozów płynnych, biododatków i biokomponentów.

Rynek nawozów w naszym kraju to około 7 milionów ton produkcji rocznie i wciąż rośnie. Rośnie także dzięki zwyżkom cenowym, które w ostatnim czasie stanowiły pokłosie wspomnianych podwyżek cen energii i gazu. Niepokojący dla branży może być także trend, w którym następuję import marek własnych oraz zagranicznych przez krajowych dystrybutorów.

Różnica w saldzie eksportu wyniosła w ubiegłym roku aż 240 mln EUR na niekorzyść naszego kraju. Polscy dostawcy starają się niwelować różnice przez zwiększenie eksportu. Problem polega jednak na tym, że nadwyżki lokowane są przede wszystkim na rynkach Unii Europejskiej, które także obejmuje strategia Nowego Zielonego Ładu, której konsekwencją jest ograniczenie stosowania nawozów. Interesującym i perspektywicznym kierunkiem stała się w ostatnich latach Ukraina, jednak konkurencja nie śpi także na wschodzie.

Czy jest szansa?
Szansa istnieje. Polscy producenci nawozów skupili się w ostatnich latach na produktach wysoce specjalistycznych i poprawie opłacalności współpracy z dystrybutorami. To jednak może nie wystarczyć, jeśli unijna polityka nadal koncentrować się będzie wyłącznie na mitycznym już ekologicznym porządku, odsuwając na boczny tor samych rolników i pokrewne im branże.

* autor jest Dyrektorem Instytutu Gospodarki Rolnej